Różaniec na obcasach

Gietrzwałd – miejsce jedynych w Polsce uznanych przez Kościół objawień maryjnych, centrum modlitwy różańcowej, a od niedawna także… kobiecości. „Kiedy zaczyna się modlić na Różańcu, to tak jakby uczyło się chodzić na obcasach. To jest trudne. Wymaga odwagi, ale niesie ze sobą ogromne piękno. Kobiece piękno. I siłę. Zapraszam każdą kobietę, żeby włożyła te obcasy i weszła na drogę różańcową” – mówi Magdalena Orlankowicz, inicjatorka kobiecych spotkań „Różaniec na obcasach”, a prywatnie żona i mama trzech córek.

W maju – miesiącu poświęconym Maryi – ruszyły spotkania kobiet w ramach „Różańca na obcasach”. Co to za inicjatywa?

„Różaniec na Obcasach” to modlitwa wspólnotowa i siła kobiecości. Spotykamy się raz w miesiącu w sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Rozpoczynamy Mszą Świętą, odmawiamy Różaniec i słuchamy świadectwa zaproszonej osoby. To grupa dla kobiet, które chcą wrócić do Boga – swojej pierwszej miłości, do której jesteśmy powołani. Głęboko rezonowały we mnie słowa z Apokalipsy: „Mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości” (Ap 2,4). I pomyślałam, że rzeczywiście my tę pierwszą miłość zatracamy w swoim życiu. Na spotkaniach chciałabym pomóc każdej kobiecie Ją odnaleźć (…). Pragnienie „Różańca na obcasach” dojrzewało we mnie latami. Od dawna prowadzę Róże Różańcowe, ale czułam, że Pan Bóg zaprosił mnie do czegoś więcej – do stworzenia przestrzeni tylko dla kobiet.

Dlaczego „na obcasach”?

Obcasy to symbol kobiecości. Nie każda kobieta nosi obcasy, nie każda potrafi w nich chodzić, ale każda je kocha. Myślę, że tak samo jest z Różańcem. Nie każdy się na nim modli, dla niektórych jest trochę nieosiągalny, a może staroświecki. Kiedy zaczyna się na nim modlić, to tak jakby uczyło się chodzić na szpilkach. Bo to jest trudne. Wymaga odwagi, ale niesie z sobą ogromne piękno. Kobiece piękno i siłę. Zapraszam każdą kobietę, żeby włożyła te obcasy i weszła na drogę różańcową.

Kiedy dokładnie mamy „założyć obcasy” i ruszać do Gietrzwałdu?

Organizujemy spotkania od maja do września – w miesiącach objawień Matki Bożej. Każde spotkanie zaczyna się Mszą Świętą, następnie modlimy się na różańcu i słuchamy świadectwa zaproszonej osoby.

 
Jak było z Różańcem w Pani życiu? Nie od razu go Pani odkryła.

Przyznam, że dosłownie doznałam oświecenia. Osiem lat temu, podczas Uroczystości Zesłania Ducha Świętego, przystąpiłam do spowiedzi świętej. Ksiądz jako pokutę zadał mi, żebym pomodliła się do Ducha Świętego o to, aby na mnie zstąpił. Pomyślałam sobie: „Boże, jak ja mam to zrobić?”. I wyrwał mi się taki szybki akt strzelisty: „Duchu Święty, zstąp na mnie”. Tyle. I wróciłam na Mszę Świętą. Podczas Eucharystii usłyszałam wyraźny głos: „Stworzysz Różę Różańcową”. Rozejrzałam się wokół, wszyscy modlili się normalnie dalej. Dla mnie to było dziwne, przekraczało moje rozumowanie. Po Mszy Świętej poszłam do księdza proboszcza. Powiedziałam my, co usłyszałam, a on cofnął się dwa kroki ode mnie, jakby stwierdził, że chyba zwariowałam. Odpowiedział jednak, że on miał tak samo. I o ile przed chwilą myślałam, że może oszalałam, wtedy już nie było mi do śmiechu. Dzięki kapłanowi miałam potwierdzenie, że to Boże natchnienie.

I odpowiedziała Pani na nie?

Pojechałam do domu i wygooglowałam, co to są te „róże”. Nigdy wcześniej nie modliłam się na Różańcu. Myślałam, że Różaniec to modlitwa pogrzebowa. Znałam tylko Koronkę do Bożego Miłosierdzia, której nauczyła mnie babcia. Przeraziłam się, gdy się dowiedziałam, że do stworzenia Róży Różańcowej potrzeba dwudziestu osób. „Co ja teraz zrobię?” – myślałam. Niedawno przeprowadziliśmy się z mężem z Londynu do Polski, więc znajomych za bardzo jeszcze w okolicy nie mieliśmy. Na palcach jednej dłoni mogłam policzyć, ile mniej więcej mam osób, które zaangażuję do Różańca. W swojej dziecięcej ufności wiedziałam, że skoro to natchnienie pochodziło od Pana Boga, to przecież te Róże będą Jego dziełem i po prostu będę Go o wszystko w tej sprawie pytać. Mieszkam w Olsztynie, więc słyszałam, że w pobliskim Gietrzwałdzie objawiła się Matka Boża. W jednym z objawień mówiła: „Przychodźcie tu odmawiać Różaniec”. Postanowiłam więc, że tam pojadę. „Skoro usłyszałam raz głos Ducha Świętego, to może i tam jeszcze do mnie przemówi?” – myślałam. Muszę przyznać, że nigdy od tamtej pory nie doświadczyłam już takiego głosu, jako głosu, ale miałam bardzo dużo natchnień i zawsze się one potwierdzały. Aby dobrze odczytać Jego wolę, musiałam być świeżo po spowiedzi. To było z sobą powiązane. Kilka dni po przystąpieniu do tego sakramentu już tak „nie działało”. To bardzo ciekawe doświadczenie, dlatego zawsze mówię innym, że aby usłyszeć głos Boży, naprawdę trzeba być po sakramencie spowiedzi. Jeździłam do Gietrzwałdu i modliłam się. I tam Maryja już zaczęła mnie prowadzić. Oddałam Jej to dzieło w stu procentach. Pierwsza Róża Różańcowa powstała 27 czerwca 2017 roku. Dzisiaj mamy w naszej wspólnocie 2031 osób.

 
Niesamowite!

Właśnie…

Wracając do kobiecości… Jak to z nią dzisiaj jest? Nie zapominamy być kobiece?

Prowadząc wspólnotę Róż, zaczęłam dostrzegać, jak bardzo brakuje nam zakorzenienia w prawdziwej kobiecości. Kobiety boją się być kobiece w kościele, czasami to nie wypada, albo „za bardzo są”. Nikt nie uczy, gdzie jest ten balans. Powinnyśmy odkrywać siebie każdego dnia, nie zamykając się na nic. Najpierw musimy zadbać o swoje wnętrze. Droga różańcowa jest drogą, na której każda kobieta powinna zacząć odkrywać sama siebie – łapiemy wówczas za rękę Matkę Bożą i Ona zaczyna nas prowadzić. Bardzo mało błędów wtedy popełniamy.

Piękno kobiety to oczywiście wnętrze, ale czy nie zaniedbujemy również zewnętrznych aspektów?

Kobiecość to siła Maryi, miłość, która nie krzyczy, wrażliwość, którą widać, jak patrzy się na kobietę, mądrość. Jak nabędziemy te cechy, wzorując się na Matce Bożej, to naprawdę będzie to widoczne również na zewnątrz (…). Każdy powinien wiedzieć, jak ubrać się do kościoła. Mam trzy córki i my mamy „ubrania kościelne”. Tak jak w moim domu, gdy byłam małą dziewczynką, mieliśmy ubrania do kościoła, również teraz jest podobnie. Moja czternastoletnia córka na co dzień nosi szerokie spodnie i za dużą bluzę, ale do kościoła nakłada białe, ładne, lniane spodnie i marynarkę czy długa spódniczkę. Każdy się dziwi i pyta, jak to zrobiłam, ale tak u nas jest od zawsze. Nawet moja pięcioletnia córka wie, że ma inne ubranka do kościółka niż do przedszkola. Nie musi to być coś bardzo szykownego, a raczej coś specjalnego. Tłumaczę zawsze moim dziewczynkom, że idziemy na spotkanie, takie upragnione. Kiedy jadę do Gietrzwałdu, to mówię, że jadę na kawę do Mamy i po prostu wtedy się szykuję, nakładam inne ubrania. Gdy idziemy na wesele, również się pięknie ubieramy. A spotkanie z Bogiem jest właśnie taką specjalną uroczystością. Powinniśmy dbać o to, co na zewnątrz. Jednak dbanie o to, co zewnętrzne, przychodzi dopiero po tym, kiedy się jest pięknym wewnętrznie.

Artykuł ukazał się na łamach miesięcznika „W Naszej Rodzinie”

Monika Tomaszek

 

 

drukuj