Rok 1939 – sojusznicy daleko, a wrogowie blisko

Niedawno obchodzona 90. rocznica zwycięstwa polskiego pod Warszawą była
okazją do przypomnienia, że Ojczyznę i Europę w sierpniu 1920 roku uratowaliśmy
samodzielnie i w osamotnieniu. Wrogów mieliśmy blisko, a przyjaciół – bardzo
nielicznych – daleko. Taka sytuacja – geopolityczna oraz dyplomatyczna – była
cechą charakterystyczną całego dwudziestolecia.

Jednym z aksjomatów polityki zagranicznej II Rzeczypospolitej było przekonanie,
że naszym najpewniejszym sojusznikiem jest i pozostanie Francja. W 1921 roku
została podpisana umowa o współpracy wojskowej i politycznej, która była niejako
potwierdzeniem tego przeświadczenia. Jednak już cztery lata później Paryż,
zawierając w Locarno traktat z Niemcami Stresemanna, który gwarantował tylko
tyle, że Niemcy uznają swoje zachodnie granice (o wschodnich nic nie
wspomniano), okazał swoje faktyczne désintéressement sprawami swojego polskiego
sojusznika. Dziesięć lat później zaangażowanie się francuskiej dyplomacji w
konstruowanie tzw. paktu wschodniego, czyli próba wciągnięcia stalinowskiego
Związku Sowieckiego w szerszy układ polityczno-wojskowy o ostrzu antyniemieckim,
raz jeszcze udowodniło, że na wschodzie dla Francji najważniejszym sojusznikiem
nie jest Warszawa. Na dodatek III Republika w tym okresie przechodziła serię
ostrych kryzysów politycznych, a przede wszystkim opadło ją znużenie moralne.
Okrzyki: "Nie chcemy umierać za Gdańsk!", z roku 1939 były tylko
uzewnętrznieniem procesu upadku morale, który nad Sekwaną miał o wiele dłuższą
historię.
Brytyjczycy aż do 1939 roku kontynuowali swoją tradycyjną politykę niezawierania
wiążących ich paktów sojuszniczych z żadnym mocarstwem (państwem)
kontynentalnym. To brytyjska dyplomacja w 1935 roku dała pierwszy sygnał do
polityki appeasementu, czyli systematycznego ulegania kolejnym żądaniom Adolfa
Hitlera, zgadzając się na proces remilitaryzacji Niemiec. Najdalej na wschód
Europy oczy brytyjskich dyplomatów sięgały nad Ren i kraje późniejszego
Beneluksu. Udowodnił to aż nazbyt przekonująco rok 1938 i ugięcie się Arthura
Neville’a Chamberlaina w Monachium przed "naprawdę ostatnim żądaniem kanclerza
Niemiec" w sprawie Niemców Sudeckich i właściwie całej Czechosłowacji.
Stany Zjednoczone krótko po zakończeniu I wojny światowej powróciły na ścieżkę
polityki izolacjonistycznej, której wyrazem była odmowa Senatu USA ratyfikowania
traktatu wersalskiego (przypomnijmy, że jego integralną częścią było
postanowienie powołujące do życia Ligę Narodów).

Sojusznicy chwiejni

Wiosną 1939 roku – po wkroczeniu wojsk niemieckich do Pragi i ogłoszeniu przez
Berlin utworzenia Protektoratu Czech i Moraw – nad Sekwaną i Tamizą obudziło się
zainteresowanie Polską. 31 marca 1939 roku brytyjski premier Chamberlain,
przemawiając w Izbie Gmin, udzielił Polsce gwarancji, że Zjednoczone Królestwo
nie zgodzi się na akt agresji wymierzony w niepodległość i integralność
terytorialną Polski. Z tym że od początku Foreign Office za jedynego,
potencjalnego agresora wobec Polski uważało Niemcy. Ex definitione wykluczano z
tego kręgu Związek Sowiecki. Po drugie zaś, brytyjskie gwarancje (do których
zaraz dołączyli ze swoimi Francuzi) nie oznaczały wcale intencji istotnego
militarnego zaangażowania się Wielkiej Brytanii czy Francji w rejonie Europy
Środkowej.
Rozpoczęte wiosną i kontynuowane latem 1939 roku rozmowy polskich oraz
brytyjskich i francuskich sztabowców były traktowane przez Londyn i Paryż jako
zasłona dymna, bardziej jako element uspokojenia (czyt. oszukania) polskiego
sojusznika, a nie sposób wypracowania skutecznego planu obrony przed agresją III
Rzeszy. W kwietniu 1939 roku, tuż przed rozpoczęciem się wspomnianych rozmów,
nasi brytyjscy i francuscy partnerzy uzgodnili między sobą, że "w pierwszej
fazie wojny jedyną bronią ofensywną, której będą mogli skutecznie użyć
sprzymierzeni, będzie broń ekonomiczna". W lipcu 1939 roku francuscy i brytyjscy
sztabowcy wspólnie uznali, że "los Polski będzie zależeć od ostatecznego wyniku
wojny (…) a nie od naszej zdolności odciążenia początkowego naporu na Polskę".
De facto więc jeszcze przed 1 września 1939 roku nasi zachodni alianci
postanowili, że Polska będzie walczyć w osamotnieniu. Dodajmy, że równolegle z
rozmowami toczonymi z przedstawicielami naszych władz dyplomatyczno-wojskowe
delegacje z Francji i Wielkiej Brytanii prowadziły negocjacje z Józefem
Stalinem, ciągle postrzeganym przez zachodnie demokracje jako cenny partner w
nadchodzącej zbrojnej konfrontacji z Niemcami. Odżywała w ten sposób stara idea
"paktu wschodniego" i jeszcze starsze (sprzed 1914 roku) przekonanie zachodnich
dyplomatów, że na wschodzie Europy liczy się tylko Rosja jako realna przeciwwaga
dla mocarstwa niemieckiego.
Wybiegając nieco naprzód, należy w tym kontekście przypomnieć nikłe protesty,
jakie na Zachodzie wzbudziła agresja sowiecka 17 września 1939 r. oraz brak
reakcji brytyjskiej dyplomacji w latach 1939-1941 na domaganie się przez polskie
władze potępienia przez naszych zachodnich sojuszników aneksji dokonanych na
ziemiach polskich przez Związek Sowiecki oraz okrutnych represji, jakie spadały
w tym czasie na polskich obywateli.
O tych sympatiach wiedziano doskonale w Warszawie. 25 sierpnia 1939 roku został
zawarty formalny sojusz polsko-brytyjski. Sojusznicy zobowiązali się w nim do
"udzielenia sobie natychmiast wszelkiego poparcia i pomocy środkami będącymi w
ich dyspozycji". Zasługą naszej dyplomacji było zawarte we wspomnianym traktacie
zastrzeżenie, że układające się strony zobowiązywały się do niezawierania z
innymi państwami układów, których "egzekucja mogłaby przynieść uszczerbek
suwerenności lub nienaruszalności terytorialnej drugiej układającej się strony".
Parę lat później w Teheranie (1943) i Jałcie (1945) nasi zachodni sojusznicy
gładko przeszli do porządku dziennego nad tymi zobowiązaniami.

Wrogowie zdecydowani

Sojuszników – chwiejnych i ślepych na jedno oko (jedyny wróg to Niemcy) –
mieliśmy daleko. Wrogów – zdecydowanych i stałych w swojej wrogości wobec Polski
– mieliśmy bardzo blisko. Nie trzeba przypominać, że drogi do wybuchu II wojny
światowej nie utorowała przede wszystkim słabość zachodnich dyplomacji i upadek
morale zachodnich społeczeństw (choć z pewnością były to czynniki, które
odegrały niepoślednią rolę), ale sowiecko-niemiecki pakt o nieagresji z 23
sierpnia 1939 roku.
Pakt Ribbentrop – Mołotow z jednej strony usuwał trapiący Niemców od czasów
Ottona von Bismarcka koszmar konieczności toczenia wojny na dwa fronty, z
drugiej dawał Stalinowi korzystny punkt startowy do podjęcia dalszej agresji w
głąb Europy. Decydował o tym wszystkim słynny tajny protokół zapowiadający IV
rozbiór Polski i podział "stref wpływów" między Niemcami a Sowietami w całej
Europie Środkowej – od Finlandii po Rumunię. Przypomnijmy, że Stalin to, co w
sierpniu 1939 roku dostał od Hitlera, ponownie otrzymał, tym razem od zachodnich
demokracji, na początku 1945 roku w Jałcie.

Postpolityka: historię zapomnieć; jest dobrze!

Taka była historia. Teraz, u progu XXI wieku, jest zupełnie inaczej. Zasadniczo
mamy postpolitykę, czyli panujące wśród "młodych, wykształconych z dużych miast"
przekonanie, że bezpowrotnie do przeszłości odeszła epoka wojen, twardo
realizowanych interesów narodowych, tajnej dyplomacji; jesteśmy w NATO i w Unii
Europejskiej, mamy potężnych sojuszników za Atlantykiem i żyjemy na zielonej
wyspie. Jedyne poważne zagrożenie to "budzące się demony polskiego patriotyzmu",
grupa ludzi stojących pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i polityk, który
"obrażał" wielu swoim milczeniem po 10 kwietnia, a gdy się odezwał, okazał się
"człowiekiem pełnym resentymentów i nienawiści". Tyle postpolityka propagowana z
rozmaitych stacji telewizyjnych ("nasi przyjaciele z Polsatu i TVN").
A jakie są realia? Takie m.in., że naszą całą armię możemy zmieścić na jednym
stadionie piłkarskim średniej wielkości. Zupełna przepaść w porównaniu z II
Rzecząpospolitą, dla której armia była oczkiem w głowie i dla której ponoszono
wielkie wyrzeczenia. Unia Europejska – co widać gołym okiem (por. kryzys euro) –
przechodzi kryzys, nie tylko polityczny, również przyszłość NATO nie przedstawia
się w różowych barwach. Wszystko to odbywa się na tle wzrastającego
désintéressement Waszyngtonu sprawami Europy, a zwłaszcza naszego regionu.
Atrapa rakiet typu Patriot na Mazurach jest tutaj aż zanadto wymowna. Atrapa
gwarancji bezpieczeństwa dla Polski – zupełnie jak wiosną i latem 1939 roku.
To prawda, że Rosja także przeżywa kryzys (chyba najbardziej dotkliwy w
kontekście demograficznym). Należy jednak pamiętać o słowach Bismarcka, że
"Rosja nigdy nie jest na tyle słaba, żeby nie należało jej się obawiać". A jest
czego. Ostatnio do Białorusi dołączyła Ukraina jako państwo, w którym wpływy
Kremla rosną systematycznie (umowa o przedłużeniu obecności rosyjskiej floty
wojennej na Krymie). Sprawa Gazociągu Północnego przekonuje, że epoka twardego
realizowania narodowych interesów Rosji oraz Niemiec, kosztem Polski, nie
odeszła bynajmniej do przeszłości. Nie kto inny, jak obecny szef MSZ Radosław
Sikorski porównał swego czasu Nord Stream do paktu Ribbentrop – Mołotow. Ale
wtedy nie "dorzynał jeszcze watahy" i nie uczył publiki skandować kupletów o
"byłym prezydencie".
Parafrazując początek Sienkiewiczowskiej "Trylogii", można powiedzieć, że rok
2010 jest to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastują
jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.
Znaków nam nie brakuje. Ile mamy czasu?
 

Doc. dr hab. Grzegorz Kucharczyk

Autor jest kierownikiem Pracowni Historii Niemiec i Stosunków Polsko-Niemieckich
Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk, autorem m.in. książek: "Czerwone
karty Kościoła", "Pierwszy holocaust XX wieku", "Kielnią i cyrklem. Laicyzacja
Francji w latach 1870-1914".

drukuj