fot. archiwum Lucyna i Tomasz Kuśmirek

Przebaczenie, utrata dzieci, siła małżeńskiej miłości – świadectwo Lucyny Kuśmirek  

Moglibyśmy siedzieć, płakać i biadolić, że nie mamy na nic, że nic nam w życiu nie wychodzi, że dzieci nam umierają: co będzie dalej? Ale my trwamy w jedności – powiedziała Lucyna Kuśmirek, koordynator wspólnoty „Serce Kecharitomene”, a prywatnie żona Tomka i mama szóstki dzieci. „Dlatego was zapraszam: trwajcie w jedności. Proście o tę jedność. Nie pozwólcie, aby świat ją wam zniszczył” – apelowała podczas IV Ogólnopolskiego Modlitewnego Kongresu Małżeństw „Ocalić Jedność” w Krakowie.

Lucyna pochodzi z trudnego domu. Jej ojciec był alkoholikiem. Mając cztery lata straciła starszą siostrę w wypadku samochodowym, a osiem miesięcy później zginął jej brat podczas zabawy w parku osiedlowym.

– O tyle, o ile mój tata „poradził sobie” ze śmiercią mojej siostry, nie poradził sobie ze śmiercią mojego brata – jedynego syna. Uciekł w alkohol. To były lata osiemdziesiąte. Tato absolutnie nie poradził sobie emocjonalnie. Bycie dzieckiem alkoholika-boksera to nie jest tylko to, że tata przyszedł pijany do domu. Tata przychodził i traktował mnie oraz moją mamę jak worek treningowy. Mama zamykała mnie w szafie, żeby chować mnie przed tatą, a następnego dnia patrzyła, ile mam siniaków i czy mogę pójść do szkoły, bo nie będzie ich widać. Takie było moje dzieciństwo. Od zawsze bałam się mężczyzn – mówiła.

Drugim domem Lucyny było środowisko księży salezjanów. W wieku 15 lat spotkała kapłana, który nauczył ją modlić się za – jak sama go nazwała – „tatę-kata”.

– Mój ojciec to był kat. To był facet, który po prostu przychodził, a ja się przed nim chowałam, jeżeli zdążyłam. Kiedy wróciłam do domu rodzinnego, potrzebowałam prawie roku, żeby wejść do mojego pokoju, w którym odbijałam się od ściany do ściany. Dosłownie. Byłam rzucana przez mojego tatę. I ten ksiądz mówi: „Słuchaj, spróbuj się modlić za swojego tatę”. To było zupełnie niepojęte. Jak mam się modlić za kogoś, kto przez kilkanaście lat znęcał się nade mną i nad moją mamą!? Dalej mówi: „Dobra, to szukaj dobra w swoim tacie”. To już w ogóle był absurd! Jak szukać dobra w człowieku, który nie okazał mi żadnej miłości, żadnych dobrych emocji; nie pokazał mi, że jestem ważna… Ten kapłan stał się moim spowiednikiem. Z każdym miesiącem tak mnie prowadził, że faktycznie raz na jakiś czas znalazłam coś dobrego w moim tacie. I zaczęłam się za niego modlić – zaznaczyła koordynator wspólnoty „Serce Kecharitomene”.

Ojciec Lucyny zachorował. W krótkim czasie doznał trzech udarów i trzech wylewów.

– Miał bardzo dużo krwiaków w głowie, one zaczęły pękać. Tata wyzdrowiał, ale był „roślinką”. Dwa tygodnie przed śmiercią trafił do szpitala. Jako jedyna byłam w tym czasie przy nim. Moja mama już do taty nie jeździła – miała drugą rodzinę, o czym dowiedzieliśmy się po kilkunastu latach. Pamiętam, że o godz. 4.00 rano pojechałam do domu, żeby się umyć i przespać. Cały czas miałam jednak z tyłu głowy: „Jedź z powrotem. Jedź z powrotem do szpitala”. Wsiadłam w samochód i pojechałam. Dochodziła godz. 9.00. Wchodzę na oddział, pani doktor mówi: „Lucyna, jeszcze zdążysz. Tata umiera”. Pobiegłam, usiadłam przy moim tacie, zaczęłam odmawiać Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Otworzył oczy, wybudził się z tej śpiączki. Wiedziałam, że to jest ostatnia moja szansa, żeby tacie wybaczyć. To był ostatni moment, kiedy tata spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczami. Powiedziałam: „Tato, kocham cię i ci wszystko wybaczam”. I mój tato zmarł – powiedziała. 

Lucyna nie miała dobrego wzorca mężczyzny w domu, który otoczyłby ją opieką, więc postanowiła nigdy nie wychodzić za mąż.

– Zaczęłam sobie podróżować. To był mój pomysł na życie. Później był jeszcze lepszy – poszłam do zakonu. Dobry schron, tam nie ma mężczyzn. Pan Bóg na mnie patrzył i śmiał się razem ze mną. Szybko dał mi do zrozumienia, że zakon nie jest dla mnie. Siostry też wiedziały, że z moim kaszubskim charakterem tam nie pasuję. Wróciłam więc do domu i zachorowałam na raka. Rak był na tyle poważny i taką miał odmianę, że w Polsce nie chcieli mnie leczyć. Dali mi rok życia i puścili do domu. Byłam po trzech chemiach, bez włosów. Dwadzieścia kroków do łazienki zajmowało mi pół godziny tarzania się po podłodze i – przepraszam – robienia po prostu pod siebie, bo nie zdążyłam, a mieszkałam wtedy sama. Nie umiałam prosić o pomoc. Mój dom mnie nauczył, że albo poradzisz sobie sama, albo do niczego się nie nadajesz. Jeżeli prosisz kogoś o pomoc, to jesteś beznadziejna. I to była moja lekcja życia dana przez tatę. Więc nie prosiłam nikogo o pomoc, ale w momencie, kiedy pewnego dnia znalazłam się we własnych wymiotach w domu, zrozumiałam, że albo w tym domu zamieszkam z kimś, albo po prostu zginę – podkreśliła koordynator.

Z pomocą przyszedł św. Józef. Nie od dziś wiadomo, że jest skutecznym orędownikiem w odnalezieniu dobrego współmałżonka.

– W Poznaniu u ojców karmelitów jest sanktuarium na Wzgórzu Świętego Wojciecha. Przepiękne sanktuarium. Tam zaczęłam jeździć i prosić świętego Józefa, żeby coś zrobił. I święty Józef – też ma dobre poczucie humoru – postawił na mojej drodze człowieka, którego bardzo nie lubiłam. To brat mojej przyjaciółki, który bardzo mnie wkurzał. Zawsze z Moniką, jego siostrą, mówiłyśmy: „Boże, co będzie miała jego żona z nim. To będzie dramat. Współczujemy dziewczynie, która zostanie żoną Tomka”. Tą żoną Tomka jestem ja (…). Pewnego dnia na Facebook’u napisałam post, że jadę nad morze (mieszkamy w Rumii) i może ktoś ma ochotę pojechać. Oprócz Tomka nikt się nie odezwał. Już nie miałam ochoty na morze, ale pojechaliśmy z Tomkiem razem. Rok później byliśmy małżeństwem – opowiedziała.

Wiadomość o poczęciu się dziecka była dla młodego małżeństwa wielką radością. Z punktu widzenia medycyny Lucyna nie powinna zajść w ciążę: miała raka macicy, usunięto jej jajnik i jajowód. Lekarze dawali do zrozumienia, że jest 1 proc. szansy, by donosiła dziecko.

– Kiedy dowiedzieliśmy się, że pod moim sercem jest dziecko, nasza radość była niesamowita, ale pewnego dnia, gdy pojechałam na badania, pani doktor powiedziała, że serce tego dziecka nie bije. Taki scenariusz w naszym życiu powtórzył się czterokrotnie. Czterokrotnie musiałam te dzieci urodzić. Nie miałam poronień naturalnych. Każde poronienie musiało być wywoływane i musiał nastąpić poród. Historie czwórki naszych dzieci pokazały nam jedno: albo będziemy w tym razem, albo się rozejdziemy. Płakaliśmy, razem żegnaliśmy się z tymi dziećmi, byliśmy ze sobą, razem stawaliśmy przed Panem Bogiem. Byliśmy i krzyczeliśmy: „Ulituj się nad nami!”, tak jak niewidomy nad sadzawką. Ulituj się nad nami! Jezus widział nasze pragnienie: bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Cały czas w tym wszystkim trwaliśmy razem, w jedności. Nigdy nie było tak, przez te wszystkie lata, żebym odczuła, że jestem sama, czy Tomek odczuł, że jest sam. Pan Bóg dał nam łaskę w każdym dziecku – zwróciła uwagę Lucyna Kuśmirek.

Kluczowa do zrozumienia trudnego doświadczenia utraty dzieci stała się postać Sługi Bożej Chiary Corbello, którą Lucyna miała okazję spotkać. Chiara to Włoszka heroicznie oddana wierze i macierzyństwu. Wraz z mężem powitała na świecie dwójkę dzieci, które zmarły kilkadziesiąt minut po urodzeniu. Gdy nosiła pod sercem trzecie dziecko dowiedziała się, że choruje na złośliwego raka języka. Z uwagi na dobro dziecka nie zdecydowała się na pełną terapię onkologiczną. Syn urodził się zdrowy, a rok później Chiara Corbello zmarła w opinii świętości.

– Bóg dał mi łaskę poznania tej kobiety kilkanaście lat temu, kiedy prowadziła u siebie we Włoszech wieczerniki domowe. Po iluś latach, kiedy straciliśmy dzieci, zrozumiałam, dlaczego tam zaczęłam jeździć.  Chiara Corbello dała nam łaskę zrozumienia, że Pan Bóg wybrał moje kobiece ciało po to, żeby te dzieci przygotowały się na spotkanie z samym Bogiem (…). Nieważne, ile te dzieci żyły: dzień, miesiąc, kilka lat, ale my – ja i mój mąż – mamy czwórkę świętych dzieci. Pan Bóg daje nam łaskę obecności dzieci w naszym życiu. Obdarzył nas też życiem dwójki dzieci tutaj na ziemi, Maćka i Kingi. W stu procentach zdrowych dzieci – mówiła.  

Tomasz Kuśmirek rozpoczął formację w męskiej wspólnocie „Wojownicy Maryi”. Lucyna przyznała, że patrząc na niego, też chciała być tak zapatrzona w Matkę Bożą.

– Widziałam, jak przemienia się jego serce. Widziałam, jak buduje się jego braterstwo (…). I pewnego dnia Maryja zaprosiła mnie do wspólnoty „Serce Kecharitomene”. A ponieważ Pan Bóg ma poczucie humoru, zaprosił mnie do tego, aby za tą wspólnotę odpowiadać na całą Polskę. Moi rodzice nie żyją, moje rodzeństwo nie żyje, ale w zamian Bóg dał mi rodzinę we wspólnocie. To jest moja rodzina duchowa (…). Każdemu życzę takich relacji, jakie budujemy między rodzinami wojowników i serc (…). Mimo, że jesteśmy z mężem w dwóch wspólnotach, jesteśmy prowadzeni przez Maryję. To Maryja nas prowadzi w świętości małżeńskiej do tego, aby kiedyś ktoś o nas powiedział: oni są święci – po to jesteśmy tu z mężem na ziemi. Każdy z nas po wstaniu z łóżka powinien powiedzieć: dzisiaj mam dzień walki o świętość. A jeżeli budzę się rano i zaczynam myśleć: „Boże, muszę przeżyć ten dzień. Jak ja dam radę?”, to proszę cię, połóż się z powrotem i wstań jeszcze raz. I podziękuj Bogu, że się obudziłeś.  Powiedz: Jezu, daj siły do walki o świętość (…). Moglibyśmy siedzieć, płakać, biedolić i mówić, że nie mamy na nic, że nic nam w życiu nie wychodzi, że dzieci nam umierają, co będzie dalej. Ale my trwamy w jedności. My jesteśmy ze sobą – akcentowała koordynator wspólnoty „Serce Kecharitomene.

Zwróciła się też do małżonków:

– Stawajcie razem do modlitwy. Proście razem. W jedności. Nie, że ty idziesz i prosisz o swoje, a mąż idzie i prosi o swoje. Jesteśmy jedno. Małżeństwo jest jednością. Jesteśmy razem. Dlatego was zapraszam: trwajcie w jedności. Proście o tę jedność. Nie pozwólcie, aby świat ją wam zniszczył. Proszę, dbajcie o siebie i proście o jedność między wami – zaznaczyła Lucyna Kuśmirek.

 

radiomaryja.pl

drukuj