PAP/Grzegorz Michałowski

Prezes IPN: Dzięki strajkowi łódzkich kobiet sprzed 50 lat, krew z grudnia 1970 roku nie poszła na marne

Data 15 lutego 1971 roku symbolizuje zwycięstwo Łodzi, kobiet, matek, włókniarek. To zakończenie strajku, który spowodował cofnięcie podwyżki cen żywności – powiedział dziś w Łodzi prezes IPN, Jarosław Szarek, podczas odsłonięcia tablicy upamiętniającej protest.

Uroczystość odbyła się w miejscu, gdzie 50 lat temu rozpoczęły się pierwsze strajki, w ówczesnych zakładach im. Juliana Marchlewskiego, a w czasach fabrykanckiej Łodzi w koncernie Izaaka Poznańskiego. Teraz jest tu kompleks handlowo – rozrywkowy Manufaktura.

Prezes Instytutu Pamięci Narodowej Jarosław Szarek powiedział, że właśnie tutaj, gdzie w lutym 1971 roku zaczynał się i kończył strajk łódzkich włókniarek, jest najlepsze miejsce, aby ludzie idący na zakupy czy do kina, przystanęli i przypomnieli sobie, komu, między innymi, zawdzięczają wolność słowa i swobodę ekonomiczną.

„Łódzkie kobiety po zakończeniu strajku ufundowały sztandar, na którym wyszyto napis: <<Matko Przenajświętsza dziękujemy za opiekę, 10-15 lutego 1971 roku>>. Dzisiaj my dziękujemy łódzkim kobietom, matkom, włókniarkom za ten protest” – podkreślił Jarosław Szarek.

Powiedział, że brutalnie stłumione przez komunistów protesty m.in. stoczniowców na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku – na skutek masowego strajku łódzkich włókniarek – zakończyły się jednak sukcesem.

„Krew przelana na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, dzięki protestowi łódzkich kobiet, nie poszła na marne” – powiedział prezes IPN.

„Protest z lutego 1971 roku był zapomniany, ale to zmieniamy” – zapewnił.

Jarosław Szarek dodał, że kierując się logiką historii, bez grudnia 1970 roku i lutego 1971 roku nie byłoby m.in. zwycięstwa „Solidarności” z 1980 roku i zakończonego 10 lat po proteście włókniarek strajku łódzkich studentów z lutego 1981 roku, który doprowadził do rejestracji Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

Maria Filipowicz, która strajkowała 50 lat temu w zakładach im. Marchlewskiego, mniej więcej w tym miejscu, gdzie dziś odsłonięto tablicę pamiątkową, mówiła, że do dziś na wspomnienie tamtych strajkowych dni ogarnia ją wzruszenie.

„Pracowałam tutaj, na terenie tego centrum Manufaktura, wtedy w tkalni. Zaczęło się na przędzalni odpadkowej 10 lutego” – wspominała włókniarka.

„W grudniu wprowadzono te podwyżki, Wybrzeże zaprotestowało. W lutym 1971 roku my nie wytrzymałyśmy. Przymierzali się jeszcze, aby nam włókniarkom, obniżyć zarobki. Tego było już za dużo” – mówiła Maria Filipowicz.

„Nie byłyśmy w stanie wyżywić rodziny, przecież miałyśmy małe dzieci. Jedzenie, nawet takie zwykłe jedzenie, nawet mleko to takie <<niebieskie>> też to wszystko było bardzo drogie” – dodała włókniarka Ewa Michniewska, która również 50 lat temu przystąpiła do strajku.

„Najpierw stanęła <<odpadkowa>>, potem zakład, później cała Łódź” – przypominała Maria Filipowicz.

Mówiła, że komunistyczni dygnitarze przysyłani do włókniarek z Warszawy nie wiedzieli, co powiedzieć.

„Jak przemawiał premier Piotr Jaroszewicz to tak łagodnie mówił: <<Kobitki, my o was pomyślimy, ale my zastaliśmy taką ruinę w gospodarce. Wrócicie do pracy?>> A my do Jaroszewicza: <<Nie>>”- relacjonowała Maria Filipowicz.

Przewodniczący NSZZ „Solidarność” Ziemi Łódzkiej, Waldemar Krenc, zaznaczył, że 50 lat temu w Łodzi warunki pracy kobiet były najgorsze w Polsce.

„To były warunki urągające ludzkiej godności. Niewiele to się różniło od tego, co opisywał Władysław Reymont w <<Ziemi obiecanej>>, od dziwiętnastowiecznych strasznych warunków w fabrykanckiej Łodzi” – powiedział Waldemar Krenc.

„Oprócz tego, że były bardzo niskie pensje, włókniarki nie miały nawet minimum sanitarnego” – zaznaczył prezes łódzkiego oddziału IPN, Dariusz Rogut.

„Była też bardzo zła organizacja pracy, pracy na trzy zmiany” – dodał.

Rozpoczęte 10 lutego 1971 roku strajki łódzkich włókniarek, były jednymi z największych protestów robotniczych w powojennej historii Polski. 50 lat temu w Łodzi i okolicach strajkowało nawet ok. 60 tys. osób, głównie kobiet.

Po masakrze robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, w wyniku tarć frakcyjnych na szczytach władz komunistycznych, do rezygnacji z funkcji I sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej zmuszono Władysława Gomułkę. Zastąpił go szef partii na Śląsku Edward Gierek.

Najpierw była zapowiedź wycofania się nowej ekipy rządzącej z planów podwyżek cen żywności, które miesiąc wcześniej doprowadziły do protestów krwawo stłumionych przez wojsko i milicję, m.in. w Trójmieście. Okazało się, że podwyżki jednak będą. Znów pojawiły się protesty. Tym razem najmocniej zawrzało w Łodzi, głównie wśród kobiet w zakładach przemysłu lekkiego. 10 lutego 1971 wybuchły strajki.

Pierwszy protest był w zakładach im. Juliana Marchlewskiego, dawnej fabryce Izraela Poznańskiego, tam, gdzie teraz mieści się centrum handlowo-rozrywkowe Manufaktura. Potem do strajku przyłączyło się ponad 30 zakładów z Łodzi i okolic, głównie przemysłu lekkiego, gdzie kobiety stanowiły czasem nawet 80 procent załogi.

Negocjacje ze stroną rządową były trudne. Kiedy do jednego z łódzkich zakładów przyjechał nowy premier Piotr Jaroszewicz, na jego pytania o powrót do pracy, włókniarki konsekwentnie odpowiadały przecząco. Jedna z kobiet wytrąciła mu mikrofon.

Gorąca atmosfera utrzymywała się również podczas spotkań z innymi delegatami z Warszawy. Do legend przeszła opowieść o tym, że podobno podczas wizyty wicepremiera Jana Mitręgi, jedna ze strajkujących szwaczek pokazała mu gołe pośladki. Wtedy w całej Polsce powtarzano, że wielu odpowiada I sekretarzowi PZPR: „pomożemy”, a łódzkie włókniarki nie boją się pokazać ekipie Gierka… swojej determinacji.

W połowie lutego 50 lat temu w Łodzi strajkowało od 55 do 60 tys. osób. To więcej niż w całej Polsce podczas następnych protestów robotniczych z 1976 roku.

„Przez lata utrwalił się powszechny wizerunek oporu z robotnikami przemysłu ciężkiego, mężczyznami we flanelowych koszulach w kratę w roli głównej” – powiedział politolog z Uniwersytetu Łódzkiego, prof. Jacek Reginia-Zacharski.

„W tym znaczeniu strajki łódzkich włókniarek z 1971 roku nie były typowym robotniczym protestem” – zwrócił uwagę.

„Uważało się, że moc wywracania systemu komunistycznego mieli m.in. górnicy, czy stoczniowcy” – mówił.

„Włókniarki z Łodzi do tego modelu nie pasowały. Komuniści nie doceniali protestujących kobiet” – powiedział naukowiec.

Jego zdaniem, związany z tradycyjnie patriarchalnym Śląskiem, Edward Gierek nie spodziewał się tak radykalnych postaw wśród strajkujących włókniarek i po prostu zlekceważył je.

„Takie protesty nie mieściły mu się w głowie, dlatego tak szybko jego ekipa musiała ustąpić i spełnić żądania kobiet z Łodzi” – podkreślił prof. Jacek Reginia-Zacharski.

PAP

drukuj