pixabay.com

[NASZ WYWIAD] Ks. D. Glibowski: Dawanie pieniędzy bezdomnym to tworzenie im komfortu picia i podtrzymywanie ich w bezdomności. Nasza obecność, wysłuchanie takiego człowieka, jest dużo cenniejsza

Dawanie pieniędzy czy robienie dużych zakupów to nie pomoc bezdomnym, a tworzenie im komfortu picia. W ten sposób podtrzymujemy te osoby w bezdomności. Nasza obecność, wysłuchanie takiego człowieka, jest dużo cenniejsza – powiedział w rozmowie z Mateuszem Rzepeckim z portalu Radia Maryja ks. Daniel Glibowski, który jest jedynie współautorem Dzieła Przyjaciele Bezdomnych, gdyż – jak zaznaczył – głównym pomysłodawcą jest Duch Święty.

***

Kim są bezdomni, co się stało, że ci ludzie wylądowali na ulicy?

Ks. Daniel Glibowski: Przede wszystkim są to osoby bardzo samotne, które nie poradziły sobie z trudami życia, z odpowiedzialnością w swojej rodzinie czy w pracy. Bardzo często przyczyną ich bezdomności jest choroba alkoholowa, w którą najczęściej wpadają przez małą odporność na stres. Czasem brakowało wsparcia ze strony bliskich czy pomocy terapeutów. Ludzie ci często wychodzą z rodzin dysfunkcyjnych, gdzie u ich rodziców czy dziadków było dużo alkoholu, przemocy. Czasem są to osoby z domu dziecka. Każdy z nich ma duży bagaż doświadczeń, którego nie uniósł.

Jak mądrze im pomagać? Czy dawanie pieniędzy to dobry pomysł?

Ks. D. Glibowski: Nigdy dawanie pieniędzy nie jest dobrym pomysłem, dlatego że jeżeli dajemy pieniądze osobie uzależnionej, to one zawsze są przeznaczane na alkohol lub papierosy. Ważną rzeczą jest też, żeby nie robić im dużych zakupów, ponieważ produkty mogą trafić do takich miejsc, gdzie można je wymienić na tani, niekoniecznie zdrowy i legalny alkohol. Jedyna mądra pomoc w bezpośrednim kontakcie to zapytanie, czy możemy kupić jakieś bułki, ciepłą herbatę i chwilę potowarzyszyć takiej osobie. Nasza obecność, wysłuchanie tego człowieka, jest o wiele cenniejsza niż wszelka inna pomoc. Warto też poznać, jak w danym mieście działa system pomocy bezdomnym, żebyśmy mogli im to naświetlić. Aczkolwiek bardzo często takie osoby są świadome tego, jak mogą uzyskać pomoc, jednak warunkiem otrzymania wsparcia w tych miejscach jest trzeźwość. Natomiast nigdy nie powinniśmy się dawać naciągnąć na pieniądze, duże zakupy czy inne zachcianki. Jest to jeden z największym problemów, bo tego nie można nazwać pomocą. To jest tworzenie komfortu picia. W ten sposób ludzie podtrzymują te osoby w bezdomności.

Zdarzyło się, że Dzieło Pomocy Bezdomnym uratowało bezdomnego, jednak ten uciekał z bezpiecznego schronienia na ulicę.

Ks. D. Glibowski: Pewien bezdomny, którego udało nam się uratować i przeszedł leczenie w domu pomocy społecznej, mówił, że zimą miał taką metodę, że prosił ludzi o wezwanie karetki. Wtedy zawozili go do ciepłego miejsca, z którego rano uciekał i wieczorem sytuacja się powtarzała. Parę tygodni po naszej rozmowie przeszedł terapię, aczkolwiek w ciągu prawie trzech lat uciekał pięciokrotnie. Robił to, ponieważ coś się wydarzyło. Wystarczyło złe zdanie, z którym psychicznie nie mógł sobie poradzić. Czasem nie miał kto mu pomóc w danej sytuacji i z emocji szybko uciekał z bezpiecznego miejsca. To osoby, którym jest ciężko się odnaleźć nawet w dobrze zaopatrzonych miejscach. Czasami czują się najlepiej tam, gdzie jest dzikie życie, mają swoje krzaczki, swoją klatkę, do których się przyzwyczaili. To też pewien bunt przed ludźmi, systemem, krzywdzącym życiem. Nie odbierają oni sobie życia od razu, ale odbierają je na raty z wielkiego bólu i rozpaczy.

A jak wygląda pomoc w dobie koronawirusa?

Ks. D. Glibowski: Musieliśmy ograniczyć nasze działania. Kontynuujemy nocny wolontariat. Jeździmy w dwie, trzy osoby na rowerach i spotykamy bezdomnych, tak żeby w jednym momencie nie było więcej niż pięć osób. Możemy spokojnie porozmawiać, poczęstować ciepłym napojem czy krówką z Bożym przesłaniem. Spotkania kończymy modlitwą, do której bezdomni są bardzo chętni. Było wiele świadectw, że nawet po jednej modlitwie ktoś próbował iść na leczenie, zawalczyć o siebie. W soboty spacerujemy po parku, częstujemy jedzeniem, nawiązujemy relacje, rozdajemy maseczki. Mamy wymienne zespoły, które mają konkretne zadania. Bezdomni traktują nas bardzo przyjaźnie.

Nie boi się Ksiądz zarażenia koronawirusem?

Nic nie zastąpi żywego kontaktu z ludźmi. Pandemia nie może nas powstrzymać. Dzisiaj mamy pewne trudności przez koronawirusa, a co dopiero ludzie bezdomni, którzy boją się odrzucenia, a są obecnie podwójnie odrzuceni. Od początku pandemii nikt z wolontariuszy nie zaraził się od bezdomnego, a cały czas mamy z nimi kontakt. Oczywiście zachowujemy odpowiednie środki, nosimy rękawiczki, maseczki. Miałem pewne obawy w czasie całkowitego lockdownu ze względu na rodziców oraz księdza-seniora na parafii. Natomiast później wróciliśmy do spotkań. W pewnym momencie czułem, że musiałem wsiąść na rower i pojechać do nich. Bezdomni mówili, że nikt nie chciał do nich podejść. Paraliż ludzi był bardzo duży przy pierwszej fali. Ludziom po prostu trzeba pomagać. Wolontariat jest specyficzną pomocą, która musi działać w takich sytuacjach. Nie możemy skazać ich na śmierć, głód. Człowiek potrzebuje człowieka. Choćby to był ciężki alkoholik, to potrzebuje wsparcia, mobilizacji, towarzyszenia.

Czego wolontariuszy uczy pomoc bezdomnym?

Ks. D. Glibowski: Gdybyśmy nie widzieli w nich Jezusa, to nasza pomoc nic by nam nie dała. Jan Paweł II powiedział, że jak zobaczymy Pana Jezusa w Eucharystii, to zobaczymy Go też w braciach i siostrach, a w szczególności w najuboższych. Pierwszy raz zobaczyłem to, kiedy podpisałem krucjatę wyzwolenia człowieka w intencji osób, które nadużywają alkoholu, chociaż takich osób za bardzo nie znałem. Ledwo to podpisałem, zacząłem takie osoby widzieć. Świat mi się zatrzymywał. Widziałem w tych osobach cierpiącego Jezusa. Miłość do nich wzrastała. Zacząłem się tymi ludźmi zachwycać, widzieć w nich piękno. Przestałem czuć zapach, a zacząłem o nich mówić. Pan Bóg sprawił, że zaczęło się tworzyć grono osób Przyjaciół Bezdomnych. Sianie słowa zaczęło owocować w wolontariuszach, którzy chętnie zaangażowali się w to dzieło. Oni się rwą do kontaktu z osobami bezdomnymi. Każdy, kto poczuł smak wolontariatu i robi to bezinteresownie, dla Jezusa, ma skrzydła.

Jest Ksiądz pomysłodawcą Dzieła Przyjaciele Bezdomnych, którym możemy pomóc również poprzez duchową adopcję. Czym ona jest?

Ks. D. Glibowski: Małe sprostowanie. Pomysłodawcą Dzieła Przyjaciele Bezdomnych jest Duch Święty. My byśmy sobie tego po ludzku nie wymyślili. Zanim pojawiło się Dzieło, chcieliśmy zorganizować akcję „Zaadoptuj bezdomnego”. Duchowa adopcja trwa już trzy lata i angażuje się w nią ponad 2 tys. osób z Polski i z zagranicy. Polega ona na tym, że chętni wysyłają na mail przyjacielebezdomnych@gmail.com deklarację, w której wyrażają chęć adopcji osoby bezdomnej. Wtedy wysyłamy konkretne imię i dzień tygodnia, w którym dana osoba podejmie modlitwę dziesiątką różańca za bezdomnego oraz modlitwę o dom, bezpieczne miejsce dla tej osoby. Można do tego dołączyć uczynek miłosierdzia, małe wyrzeczenie, żeby wzmocnić modlitwę. Nie sama modlitwa, ale również nasze posty, wyrzeczenia sprawiają, że szybciej udaje się uratować osobę bezdomną. Duchowa adopcja trwa dowolny czas. W każdej chwili można z niej zrezygnować. Zapotrzebowanie jest duże.

Dlaczego powinniśmy podjąć się duchowej adopcji bezdomnego? Dlaczego to jest takie ważne?

Ks. D. Glibowski: Mamy doświadczenie, że osoby, które podjęły duchową adopcję, nie przestaną myśleć o bezdomnych. Jest konkretny dzień tygodnia, w którym automatycznie sięgają po modlitwę. Wzbudzają w sobie intencję, myśli, że istnieje pośród nas konkretny bezdomny człowiek, którego nawet nie znają, ale się za niego modlą. To sprawia, że mamy świadomość obecności pośród nas ludzi bezdomnych. Trzeba pamiętać, że nie jesteśmy pępkiem świata, bo w kącie jest człowiek, który cierpi. Modlitwa sprawia, że mamy głębszą wrażliwość duchową na takie osoby. To też sprawia, że na ulicy nie przejdziemy obojętnie obok takiego człowieka. Duchowa adopcja bezdomnych leczy z braku wrażliwości, z ludzkiego chłodu wobec innych. To jeden z ciekawszych sensów duchowej adopcji.


Dziękuję za rozmowę.

Ks. D. Glibowski: Dziękuję.

 

radiomaryja.pl

 

drukuj