[Nasz Dziennik] Pos. M. Romanowski o rekonstrukcji rządu: Zmienia się człowieka, ale cel pozostaje ten sam: zastraszyć, zdyskredytować, zniszczyć przeciwnika
Jeśli ktoś liczył na zastrzyk rozsądku po politycznej porażce Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich, to srodze się zawiedzie. Zresztą Polacy właśnie to ocenili – ponad połowa nie wierzy, że rekonstrukcja przyspieszy realizację obietnic. Te wyniki to prawdziwa katastrofa dla „koalicji 13 grudnia”. Tusk, czując, jak grunt usuwa mu się spod nóg, sięga po ludzi, którzy są gwarantem frontalnego starcia z opozycją. I nie chodzi tu wyłącznie o ostrze słów – chodzi o wykorzystanie całego aparatu państwowego: prokuratury, służb, sądów. Nominacja Waldemara Żurka doskonale wpisuje się w ten scenariusz: chodzi o podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości politycznemu interesowi obozu rządzącego, a nie jego reformę – mówił dr Marcin Romanowski, poseł Prawa i Sprawiedliwości, były wiceminister sprawiedliwości, w rozmowie z dziennikarzem „Naszego Dziennika”.
Rafał Stefaniuk: Były już sędzia Waldemar Żurek obejmuje tekę ministra sprawiedliwości. Co to oznacza?
Marcin Romanowski: Zmienia się człowieka, ale cel pozostaje ten sam: zastraszyć, zdyskredytować, zniszczyć przeciwnika. Z jeszcze większą zaciekłością i brakiem poszanowania dla prawa. To nie przypadek, to desperacja – ale taka, która ma twarz strategii szkodliwej dla Polski. Jeśli ktoś liczył na zastrzyk rozsądku po politycznej porażce Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich, to srodze się zawiedzie. Zresztą Polacy właśnie to ocenili – ponad połowa nie wierzy, że rekonstrukcja przyspieszy realizację obietnic. Te wyniki to prawdziwa katastrofa dla „koalicji 13 grudnia”. Tusk, czując, jak grunt usuwa mu się spod nóg, sięga po ludzi, którzy są gwarantem frontalnego starcia z opozycją. I nie chodzi tu wyłącznie o ostrze słów – chodzi o wykorzystanie całego aparatu państwowego: prokuratury, służb, sądów. Nominacja Waldemara Żurka doskonale wpisuje się w ten scenariusz: chodzi o podporządkowanie wymiaru sprawiedliwości politycznemu interesowi obozu rządzącego, a nie jego reformę. Tak samo wygląda awans Marcina Kierwińskiego w MSWiA – to element tej samej układanki. Co to oznacza dla obywateli? Nic dobrego. A jeżeli chodzi o Adama Bodnara, to – w mojej opinii – w historii zapisze się jako jeden z najgorszych ministrów sprawiedliwości III RP.
Jego następca Waldemar Żurek ma wszelkie predyspozycje, by zająć pierwsze miejsce w tej niechlubnej konkurencji?
Żurek to chodząca definicja „nadzwyczajnej kasty”. Jego nominacja to wyraźny sygnał: wracamy jeszcze mocniej do starych czasów, do układów, które miały się za nietykalne. I owszem, nie wszystko da się wprowadzić bez zmian ustawowych, ale to nie powstrzyma tych, którzy z wymiaru sprawiedliwości chcą uczynić narzędzie politycznego odwetu. Nie liczmy na reformy, na przywrócenie elementarnego szacunku do rzetelnej pracy szeregowych sędziów. To będzie kadencja dla swoich – z próbą zagonienia opozycji w kąt przy użyciu usłużnych sądów, prokuratury, służb specjalnych. Ale warto pamiętać, że ten system już się kruszy. Poziom bezprawia i niekompetencji, który osiągnął obecny aparat państwa, zaczyna być zbyt wysoki nawet dla wielu funkcjonariuszy tego systemu. Rośnie opór, rośnie niechęć do bycia trybikiem w machinie politycznego odwetu. Żurek będzie musiał opierać się na wąskiej grupie ludzi, którzy i tak nie mają już nic do stracenia. A to zawsze oznacza jedno – polityczną misję samobójczą, niestety, bardzo niebezpieczną dla państwa.
Czy Waldemar Żurek, rezygnując ze statusu sędziego, ma świadomość, że nie będzie już miał do czego wracać?
Dokładnie tak to widzę. On wie, że to tylko kwestia czasu. Zostało im maksymalnie 2,5 roku, kiedy Donald Tusk utraci władzę, a w Polsce pojawi się rząd naprawdę patriotyczny – zdeterminowany, by naprawić instytucje państwa. Środowisko, którego Żurek jest immanentnym elementem, zostanie pociągnięte do odpowiedzialności. Nie tylko moralnie, ale też prawnie. Mowa tu o odpowiedzialności karnej, dyscyplinarnej, majątkowej, a w wielu przypadkach także o trwałym usunięciu z zawodu. I chodzi nie tylko o Waldemara Żurka czy prokurator Ewę Wrzosek – choć to nazwiska symboliczne – ale o cały ten krąg prokuratorów i sędziów, którzy dziś uczestniczą w demolowaniu państwa prawa. Przejęcie urzędu Prokuratora Krajowego, nominacje przyjmowane z rąk osoby niemającej do tego ustawowych uprawnień – uzurpatora – to wszystko są działania, które wypełniają znamiona poważnych naruszeń prawa karnego. Ci ludzie już dziś wiedzą, że jeśli nie zejdą ze ścieżki bezprawia, nie tylko ich przyszłość zawodowa jest zagrożona. Mogą zapomnieć o sytych i spokojnych sędziowskich czy prokuratorskich emeryturach.
A może oni wierzą, że utrzymają władzę po 2027 r.?
Mam wrażenie, że to już nie wiara, lecz rozpaczliwe liczenie na jakieś nadzwyczajne okoliczności, które zdołają ich uchronić przed odpowiedzialnością karną, dyscyplinarną, polityczną. Tusk straszy wojną w 2027 r., co w mojej ocenie nie jest przypadkowe. To sygnał, że być może szykują się do wprowadzenia stanu wyjątkowego, by zawiesić zasady gry, jeśli okaże się, że nie są w stanie ich już wygrać. To gra na przetrwanie, nie na zwycięstwo, w której sukces Tuska byłby możliwy tylko w przypadku sprowadzenia poważnych zagrożeń dla Polski. Ale ufam – i nie jestem w tym osamotniony – że Polacy jeszcze raz pokażą im czerwoną kartkę. Pokazali ją już w wyborach prezydenckich. Trzeba tylko dobrze pilnować Polski, żeby nie doszło do sytuacji, w której demokracja zostanie zawieszona. Ważne są wolne media, społeczna aktywność, ale też wsparcie przyjaciół z administracji USA, którzy również doskonale rozumieją, że Polska jest już najważniejszym partnerem USA w Europie. Ten rząd trwa – ku szkodzie Polski – i może nawet administrować jeszcze te dwa i pół roku. To będą zmarnowane miesiące, czas przeżarty wewnętrznym gniciem, konfliktem i brakiem wizji.
Jaką wiadomość wysyła Donald Tusk, utrzymując w rządzie Barbarę Nowacką (edukacja) i Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk (praca i rodzina) – symbole lewicowej ofensywy?
To bardzo wyraźny sygnał, który trudno odczytać inaczej niż jako potwierdzenie, że opowieść o centrowym, umiarkowanym rządzie była jedynie marketingowym mirażem stworzonym na użytek kampanii Rafała Trzaskowskiego. I zupełnie niewiarygodnie będą wyglądać próby kreowania Radosława Sikorskiego na „konserwatystę”. Mogli się na to nabierać Amerykanie czy Anglicy, ale nie Polacy. Nawet odwołanie Katarzyny Kotuli to w istocie jedynie kosmetyka. Bo przecież ona nadal pozostaje w strukturach rządowych, tylko pod nowym szyldem – jako sekretarz stanu w kancelarii premiera. To nie jest zmiana jakościowa, to jest przemalowanie fasady. Tymczasem na eksponowanych stanowiskach zostają Barbara Nowacka i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. To nie są osoby z marginesu debaty, ale centralne figury lewicowego aktywizmu, które niosą sztandar – raz czerwony, raz tęczowy – z wyraźnym przekonaniem, że mają misję. I chodzi tu nie o klasyczną politykę społeczną, lecz o niebezpieczną agendę ideologiczną, której ważnym elementem jest rewolucja w systemie edukacji. Właśnie przez takie personalne decyzje rząd daje do zrozumienia, że kurs na promowanie genderowych, a nawet transgenderowych treści w szkołach zostanie utrzymany. I to nie w dalekiej przyszłości, tylko od września, pod pozorem „edukacji zdrowotnej” wprowadzają deprawację dzieci i młodzieży. Ministerstwo nie informuje, że rodzice mogą nie wyrazić zgody na udział swoich dzieci, dlatego ważne jest mówienie o tym i ostrzeganie. Robi to wiele organizacji, również w moim biurze poselskim w Biłgoraju i Hrubieszowie rodzice mogą wypełnić taki formularz. Czas jest tylko do 25 września.
Dziękuję za rozmowę.
Rafał Stefaniuk/Nasz Dziennik



