fot. PAP/EPA

[NASZ DZIENNIK] Liban. Życie w strachu i niepewności

Chrześcijanie po zamachu na przywódcę Hezbollahu spodziewali się, że to zakończy konflikt i że Izrael zrealizował swoje cele. Niestety, to się jednak nie skończyło i nadal wybrane części kraju są bombardowane, m.in. Bejrut. Szczególnie przez ostatnie kilka tygodni żyjemy w niepewności. Nie wiemy, czy bomba spadnie tam, gdzie zawsze, czy też na mnie, bo o te trzy kilometry się przesunie. Jest to po prostu życie w strachu i niepewności – wskazał Dominik Derlicki, szef misji Caritas Polska w Libanie, w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”

„Nasz Dziennik”: Po nalotach sił izraelskich w Libanie wiele osób straciło domy.

Dominik Derlicki: Jeśli chodzi o uchodźców, to musimy pamiętać, że konflikt zaczął się rok temu. W październiku, czyli w momencie, kiedy rozpoczął się konflikt w Gazie, sytuacja na granicy libańsko-izraelskiej stała się bardzo napięta. Już w ciągu pierwszych kilku miesięcy było 100 tysięcy uchodźców z południa. Ludzie w obawie przed eskalacją, przed rakietami izraelskimi, które zaczęły spadać na południu kraju, po prostu uciekali. Ten stan jedynie się pogarszał z miesiąca na miesiąc. Obecnie nie mamy dokładnych danych na temat liczby osób wewnętrznie przesiedlonych. Tak naprawdę jeszcze nie opadł kurz po bombach, abyśmy to mogli policzyć. Niestety, część osób uciekających z południa trafiła do Bejrutu, do południowych dzielnic, do dzielnic szyickich, które kilka dni temu też znalazły się pod bardzo ciężkim ostrzałem izraelskim. Tej nocy spadały bomby 3 km ode mnie, od mojej obecnej lokalizacji. Jest to niezwykły dramat dla tych osób, bo nie dość, że wcześniej musiały porzucić swoje domy na południu, to teraz giną pod izraelskim ostrzałem albo muszą się tułać po jakichś schroniskach czy innych częściach Libanu. Więc sytuacja jest dramatyczna. Myślę, że osób wewnętrznie przesiedlonych jest kilkaset tysięcy, ale czy milion, to nie wiem. Nie mamy takich danych.

Pewnie wielu osobom na świecie trudno zrozumieć takie niezawinione cierpienie. Jednak samo współczucie nie wystarczy, bo tutaj potrzeba konkretnej pomocy.

My, jako pracownicy organizacji humanitarnych, staramy się coś z tym robić. Od tego roku włączyliśmy osoby uciekające z południa do naszego projektu w Libanie (program Rodzina Rodzinie), w ramach którego libańskie rodziny otrzymują comiesięczne wsparcie finansowe. W związku z tym, że trwało to tyle miesięcy, przygotowaliśmy się de facto na tę eskalację i właśnie uruchamiamy wsparcie medyczne, czyli kliniki mobilne, darmowe porady, leki, łącznie ze wsparciem rzeczowym, finansowym i psychologicznym dla osób wewnętrznie przesiedlonych. Już teraz przekażemy na to kwotę pół miliona złotych. Mamy nadzieję, że będziemy ją zwiększali, ale to zależy od życzliwości polskich darczyńców.

Liban od wielu lat jest pogrążony w kryzysie ekonomicznym, społecznym i politycznym.

Prawie od dwóch lat nie ma prezydenta, hiperinflacja szaleje i mamy półtora miliona uchodźców, głównie syryjskich, a populacja Libanu liczy sześć milionów. Jedna czwarta społeczeństwa to są uchodźcy, co stanowi gigantyczne obciążenie dla gospodarki. Jeśli chodzi o społeczność międzynarodową, to pomoc płynęła szerokim strumieniem po tragicznym wybuchu w porcie w Bejrucie w sierpniu 2020 roku. To właśnie w ramach odpowiedzi na ten wybuch Caritas Polska otworzyła biuro w Libanie, aby po prostu pomóc tym ludziom. Wówczas setki ludzi zginęło, tysiące zostało rannych, dziesiątki tysięcy straciło dach nad głową. Ale to w końcu zostało zapomniane. A niestety ten wybuch w porcie w Bejrucie był symbolem kryzysów trawiących kraj, a nie ich przyczyną.

Czy w libańskim społeczeństwie tli się jeszcze nadzieja?

To zależy od tego, z kim się rozmawia. Społeczeństwo libańskie jest szalenie podzielone, więc na przykład chrześcijanie po tym zamachu na przywódcę Hezbollahu spodziewali się, że to zakończy konflikt i że Izrael zrealizował swoje cele. Niestety, to się jednak nie skończyło i nadal wybrane części kraju są bombardowane, m.in. Bejrut. Szczególnie przez ostatnie kilka tygodni żyjemy w niepewności. Nie wiemy, czy bomba spadnie tam, gdzie zawsze, czy też na mnie, bo o te trzy kilometry się przesunie. Jest to po prostu życie w strachu i niepewności.

Ciągłe poczucie zagrożenia?

Bomby wybuchają każdego dnia i każdego dnia je słyszymy, ale jest też tak, że cały czas słyszy się na przykład szum izraelskich dronów, które krążą nad miastem, albo przelatujące odrzutowce izraelskie. A kiedy taki odrzutowiec przekracza barierę dźwięku, jest to huk tak niesłychany, że przypomina wybuch. Więc od razu całe ciało zamiera w oczekiwaniu na falę uderzeniową. I trudno sobie racjonalnie tłumaczyć, że to tylko samolot.

Co Panu daje siłę do przebywania w tych trudnych warunkach i przede wszystkim do niesienia pomocy potrzebującym?

Uważam, że jest to powołanie. Niektórzy ludzie rodzą się po to, aby być inżynierami, lekarzami. Niektórzy się rodzą, by być duchownymi, a mnie zawsze sprawiało radość i satysfakcję pomaganie ludziom. Postanowiliśmy powołać misję i byłem tą osobą, która tutaj otworzyła biuro Caritas Polska w 2021 roku, po tym tragicznym wybuchu, i dotąd nie zamknęliśmy drzwi. Cały czas niesiemy pomoc i mam nadzieję, że nie będę osobą, która te drzwi zamknie.

Jacek Sądej/Nasz Dziennik

drukuj