Moją Ojczyzną jest Polska podziemna…

W niedzielę, 21listopada koło południa, w uroczystość Chrystusa Króla,
odeszła do Pana Maria Fieldorf-Czarska – córka generała Augusta Emila Fieldorfa
"Nila", zastępcy ostatniego dowódcy głównego Armii Krajowej, pierwszego
komendanta organizacji NIE jak Niepodległość, zamordowanego przez sowieckich
komunistów na Mokotowie 24 lutego 1953roku. Przyczyną śmierci pani Marii był
atak serca.

Od dłuższego czasu nie wychodziła z domu, kilkakrotne pobyty w szpitalu nie
pomogły w ustaleniu przyczyn permanentnie podwyższonej temperatury ciała, bólów
i zawrotów głowy. Mimo tych cierpień, dla każdego gościa – tak jak przez całe
swoje życie – twarz miała uśmiechniętą i nieraz wprowadzała nas w zakłopotanie,
proponując poczęstunek, kawę, herbatę, choć wiedzieliśmy, że jest osłabiona, że
cierpi. Radość obcowania z ludźmi, która towarzyszyła jej przez całe życie, była
silniejsza od wszelkiego cierpienia. Miała wielu przyjaciół – starych i młodych.
Tych młodych chyba więcej, i to był prawdziwy fenomen starszej pani, która w
marcu świętowała 85.urodziny. Ci młodzi pytali ją czasem, czy nie nadeszła już
pora odtworzyć Kedyw… – Jak będzie pora, dam rozkaz – mawiała ze śmiechem, a
my nazywaliśmy ją wtedy Komendantką. Po jakimś czasie zauważyłem, że między sobą
mówimy o niej po prostu "Maria", choć byliśmy od niej 30-50 lat młodsi. Nie był
to wyraz braku szacunku czy nadmiernej poufałości. Raczej rodzaj porozumienia i
współodczuwania ważnych spraw ponad czasem. Bo przecież "przeszłość to dziś,
tylko cokolwiek dalej" – jak pisał Norwid. – Będziesz dziś u Marii? – pytaliśmy
się przez telefon i jechaliśmy do niej, by się dowiedzieć o zdrowie, ale przede
wszystkim, by posłuchać, co sądzi o najnowszych wydarzeniach w kraju. Zawsze
była świetnie zorientowana, na stole zawsze leżały "Nasz Dziennik" i "Nasza
Polska". Redaktor Małgorzatę Rutkowską traktowała jak członka rodziny, a z panią
Marylą Adamus łączyła ją przyjaźń i wspólne bolesne doświadczenia, jakże
podobne! Rozumiały się bez słów.

Tak żyłam…

Dzień śmierci pani Marii zapowiadał się od rana wyjątkowo. Mimo cierpienia
postanowiła wyjść tego dnia z domu. Na stole leżał przygotowany dowód osobisty,
by nie zapomnieć, na krześle odświętny strój. Nie wyobrażała sobie, że ktoś w
wolnej Polsce ("jaka by ona nie była"…) może zrezygnować z udziału w wyborach
– parlamentarnych czy lokalnych. – Patrz, w czasach sowieckich wszyscy szli na
te niby-wybory, bo się bali. Teraz nie idą, nie szanują Polski – mówiła z żalem.
Tematu rozmów nie stanowiły nigdy pogoda ani żadne błahe sprawy – chyba że był
to dobry dowcip. Lubiła się śmiać, a my razem z nią, patrząc, jak młodnieje i
zamienia się znowu w niesforną Marysię, co przed wojną biła się z chłopakami
albo wbrew zaleceniom mamy zdejmowała w drodze do szkoły buty i szła na bosaka,
żeby się nie odróżniać od najbiedniejszych dzieci i nie sprawiać im przykrości.
Interesowała się naszymi sprawami rodzinnymi, o których jej czasem
opowiadaliśmy. Przeżywała radość z narodzin Irka i Piotra – synków bliskich jej
młodych ludzi, gratulowała mi narodzin pierwszej wnuczki. – Pani Mario, Julcia
się urodziła na obczyźnie, w Londynie, w Dzień Polskiego Państwa Podziemnego…
Najpierw się roześmiała z mojego konceptu, a potem się zamyśliła: – Czy te nasze
dzieci wrócą kiedyś z tych wszystkich londynów, czy już tam zostaną?
Razem szukaliśmy odpowiedzi na trudne pytania. W sprawach rodzinnych szukała
rozwiązania problemów, doradzała, ale nigdy się nie narzucała. Z domu wyniosła
kulturę osobistą, która pozwala się śmiać i żartować, ale najchętniej z siebie
samej. Nie pozwalała człowiekowi przekroczyć granicy, za którą jest ból zadany
drugiemu człowiekowi – nawet gdyby to było nieumyślne.

Młodzi – klucz do przyszłości Polski

Fascynacja pani Marii młodymi ludźmi, zwłaszcza tymi, którzy dopiero wchodzą w
dorosłe życie, nie brała się z często spotykanej u starszych tęsknoty za
utraconym czasem, młodością, urodą. Ona niczego nie żałowała, nie rozczulała się
nad sobą, a o cierpieniach swojej rodziny mówiła, że nie były wyjątkowe, bo
przecież cała Polska wtedy cierpiała. Zainteresowanie młodzieżą i sposobem jej
myślenia, odbierania świata, związane było z pytaniem, które często nam
stawiała: Jaka będzie Polska w następnym pokoleniu, jaka za 50lat? Bała się, by
ofiara życia wielu młodych ludzi z jej pokolenia i tych nieco starszych –
których młodość i "czas męski" przypadły na wojnę – nie poszły na marne. Ale jak
o tym opowiedzieć młodzieży roku 2010? Trzeba by chyba najpierw edukować ich
nauczycieli, bo edukacja szkolna "to jest prawdziwa katastrofa".
Była bardzo szczęśliwa, gdy zaproszono ją do Krakowa na spotkanie z młodzieżą
Zespołu Szkół Mechanicznych nr4 im. Generała "Nila". Jakżeż ona do nich mówiła!
Z jaką miłością! Jakże bardzo chciała przekazać im wszystko, co dla niej było
najważniejsze, najserdeczniejsze. Przygotowała specjalne przesłanie do
młodzieży, które potem rozsyłaliśmy po całej Polsce, do znajomych nauczycieli,
bo to było przesłanie nie tylko do uczniów szkoły fieldorfowskiej:
"Musicie od siebie wymagać, choćby inni od Was nie wymagali" – przypominała
słowa Jana Pawła II. "Wasze oczekiwania i wymagania kierowane są przede
wszystkim do rodziców, potem do nauczycieli, do kolegów. Co dajecie w zamian?
Czy zastanawiacie się czasem, co dobrego możecie zrobić nie tylko dla siebie,
nie tylko dla bliskich – ale także dla swojej Ojczyzny? Całe moje życie
podpowiada mi, że ten, kto służy Ojczyźnie, służy także sobie samemu, bo wielkie
idee wyzwalają w człowieku wielkie siły, radość życia, energię i szlachetność,
przybliżają go do Boga. Czy my jeszcze rozumiemy dziś słowa największego poety
czasów starożytnych o tym, że słodko i zaszczytnie jest umierać za Ojczyznę? Co
możecie więc zrobić dla Polski? Możecie wiele i nie musicie już, jak pokolenia
przed Wami, rzucać Čswój życia los na stosÇ. Wasza pokoleniowa misja to przede
wszystkim nauka i doskonalenie się w różnych dziedzinach wiedzy i umiejętności.
Polska potrzebuje obywateli światłych, prawych i kochających swój Kraj. Polska
potrzebuje ludzi idei i wartości, gotowych tych idei i wartości bronić. Polska
potrzebuje obywateli świadomych historii swego Narodu i swego państwa,
potrafiących bronić swoich bohaterów przed oszczercami i pokazywać ich innym
narodom. Wierzę, że będziecie godnymi następcami naszego pokolenia, pokolenia
Armii Krajowej, które powoli odchodzi. Wam, młodzi Polacy, powierzamy Polskę,
Ojczyznę naszą i Waszą. Niech Pan Bóg ma Was w swojej opiece"… Dziś te słowa
brzmią szczególnie mocno, jak Jej testament. Czy zostanie odczytany i wykonany?
A potem była uroczystość Sztafety Pokoleń – na terenie krakowskiej jednostki
wojsk specjalnych im. Generała "Nila". I przesłanie do oficerów i żołnierzy:
"Oficerowie i żołnierze Wojska Polskiego, przyszłość Polski od Was zależy. Od
Waszej cnoty żołnierskiej i od Waszej mądrości. Każdy musi "znaleźć swoje
Westerplatte", z którego nie wolno zdezerterować – by odwołać się do nauki Sługi
Bożego Jana Pawła II. Człowiek wątpiący i nazbyt uległy staje się wbrew swej
woli sprzymierzeńcem wroga. Musicie być silni i świadomi swych zadań. Życie jest
piękne i fascynujące tylko wtedy, gdy się je poświęca pięknym i fascynującym
ideałom, o które warto walczyć i za które warto czasem oddać życie.
Dla nas, odchodzącego już pokolenia Armii Krajowej, jesteście pokoleniem późnych
wnuków, którym ziścił się nasz sen z długich lat komunistycznej opresji. Niech
Wam Bóg pomaga w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej!".
Głęboko przeżyła tragedię smoleńską i śmierć generała Włodzimierza Potasińskiego
– dowódcy wojsk specjalnych, inicjatora nadania jednostce imienia Generała "Nila".
Razem umieścili akt erekcyjny pod pomnik "Nila" na terenie jednostki – w tym
roku poświęcony. Ale pod Smoleńskiem zginęło wielu innych ludzi, których znała i
podziwiała. Płakała nad prezesem Januszem Kurtyką ("co teraz będzie z IPN-em?"),
nad Czesławem Cywińskim, prezesem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej –
tak jej bliskim przez wspólne ścieżki wileńskie. Nade wszystko nad prezydentem
Lechem Kaczyńskim, nad cierpieniem i upokorzeniem całej Polski. Czytała do końca
wszystko, co na temat tragedii smoleńskiej pisał "Nasz Dziennik", a pisał bardzo
dużo, nie bacząc na polityczną poprawność.

Niepokój

Były w ostatnich latach życia pani Marii chwile szczególnej rozterki i
szczególnego niepokoju. Wiadomość o realizacji filmu fabularnego, poświęconego
ojcu, przyjęła z wielką radością. Później przyszło wielkie rozczarowanie, gdy
się okazało, że scenariusz zawiera różne głupstwa ("licentia poetica"…) i że
trzeba jeszcze prosić, by mogła go obejrzeć przed wejściem na ekrany. Obraz
niby-autorski, niedokumentalny, ale z jej nazwiskiem i nazwiskami najbliższych.
Nie mogła pojąć takiej sofistyki. Pisała, protestowała, groziła niewyrażeniem
zgody na użycie nazwiska Fieldorf. Na koniec zapytała przyjaciół o radę.
Poprosiliśmy, by się zgodziła dla dobra sprawy, dla pamięci o "Nilu". Ta zgoda
wiele ją kosztowała, nie rozumiała bowiem kompromisów, które nie mają żadnego
uzasadnienia. Na koniec reżyser nazwał ją publicznie "antysemitką", wchodząc w
ten sposób na utarty szlak polskich "elit". Wtedy nie wytrzymała i wybuchła: –
Co on sobie wyobraża! Powinnam ukrywać fakt, że oprawcami mojego ojca byli
Żydzi? Bardzo szybko przeprosił, gdy zagroziła sądem.
A potem był ten koszmarny wywiad w "Rzeczpospolitej" z Aliną Całą z Żydowskiego
Instytutu Historycznego w Warszawie, która powiedziała, że Polacy "są w pewnym
sensie odpowiedzialni za śmierć wszystkich Żydów"! Pani Maria czekała kilka dni
na reakcję historyków, której była pewna. Nic… Strach i umiejętnie wzbudzane
przez lata poczucie winy? Napisała do Całej list otwarty. Nigdy nie otrzymała
odpowiedzi…

Strażniczka pamięci

Nade wszystko Maria Fieldorf-Czarska była strażniczką pamięci swego ojca. Nie
dla korzyści, nie dla odszkodowań, nie z powodu nienawiści do oprawców. Sprawa
Generała "Nila" była dla niej nie tylko rodzinną tragedią. Uważała, że sposób, w
jaki się tę sprawę pokazuje i jak się rozlicza zabójców, daje prawdziwy obraz
tego, co dzieje się w Polsce po roku 1990. Niestety, wnioski były bardzo
pesymistyczne. Nie pomogło kołatanie do sądów, które się przed nią opędzały tak
spektakularnie i ostentacyjnie, że Alina Czerniakowska kiedyś nie wytrzymała i
poszła z panią Marią na rekonesans po sądowym korytarzu z telewizyjną kamerą. Do
środka nie wpuścili…
– Wszystko pozamiatali, winnych nie ma, wszystko zgodnie z "ówczesnym" prawem. I
mówią to mnie, córce i prawnikowi… – mówiła pani Maria, a podczas publicznych
wystąpień – pod wpływem tych doświadczeń – powtarzała często za poetą znamienne
słowa: "Moją ojczyzną jest Polska podziemna".
– Żyliśmy wtedy pod terrorem okupantów, ale żyliśmy w prawdzie. Znaliśmy strach,
ale nie znaliśmy samookłamywania się, które teraz jest powszechne. Ja naprawdę
tęsknię do tej Polski podziemnej…

Na granicy życia i śmierci

W ostatnich latach najbardziej tęskniła do spotkania z Bogiem i z bliskimi. Była
pewna, że kiedyś dowie się pełnej prawdy o męczeństwie ojca. Na stole w pokoju
leżała często otwarta książka Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy z wizjami Anny,
podczas których doświadczała spotkań z Generałem "Nilem". I książeczki Wandy
Sieradzkiej z wierszami o "Nilu".
Niedawno panią Marię odwiedziła Aleksandra – córka generała Potasińskiego. Pani
Maria przywitała ją jak kogoś najbliższego, jak swoje dziecko. – Czy i ona
będzie musiała czekać latami na pełną prawdę o wszystkich okolicznościach
śmierci swojego ojca? – zapytała nas przy ostatnim spotkaniu.

Świadectwo

"Była dla nas oparciem, roztropnym doradcą, szczerym przyjacielem na dobre i na
złe. Angażowała się bez wahania tam, gdzie mogła pomóc. I sama była otoczona
życzliwymi i uczynnymi ludźmi. Bezustannie odwiedzana przez gości, których
przyjmowała w skromnym mieszkaniu w bloku. Telefon stale w ruchu, na biurku
najnowsza korespondencja i sprawy do załatwienia, jak zwykle szczególnie te
związane z upamiętnieniem Ojca. Nigdy się nie poddawała, nawet w tak
beznadziejnej sprawie jak odnalezienie szczątków Generała "Nila" i ukaranie
winnych jego zabójstwa. Jednak już od dłuższego czasu miała świadomość, że może
nie osiągnąć tego celu. Była z wykształcenia prawnikiem, a mimo to nazywała
organa władzy sądowniczej "Ministerstwem Niesprawiedliwości’" – napisał redaktor
portalu Wolna Polska, z którym pani Maria była związana i który jako pierwszy
podał wiadomość o jej śmierci.

 

Piotr Szubarczyk

************************

Pani Mario, wspomagaj nas, tak jak nas wspomagałaś za życia. Bardzo tego
potrzebujemy.

drukuj