Cieszyło ją, co wojsko robiło dla jej ojca
Z Marią Fieldorf, bratanicą gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila", siostrą
stryjeczną Marii Fieldorf-Czarskiej, rozmawia Bogusław Rąpała
Pani Maria odeszła, ale zostawiła nam dobro, które wnosiła i bogactwo
wspomnień…
– Jest mi niewypowiedzianie smutno i czuję wielki żal, że już jej nie ma z nami.
Tym bardziej że jeszcze nie tak dawno rozmawiałyśmy przez telefon. Zadzwoniła do
mnie, kiedy znalazła się w szpitalu. Opowiadała, że przechodzi różne badania,
które mają wykluczyć kolejne domniemane choroby. Była pogodna, żartowała i nic
nie zwiastowało takiego smutnego i niespodziewanego zakończenia.
Jaki obraz Marii Fieldorf-Czarskiej pozostanie w Pani pamięci?
– Marysia była starsza ode mnie. Znałyśmy się od zawsze. Z tym że jej rodzina
mieszkała w Wilnie, a ja w Krakowie. Jako dziecko pamiętam ją bardzo słabo z
czasów przedwojennych. Dużo lepiej z lat powojennych, kiedy opuścili Wilno i
czasowo zamieszkali w Krakowie. Pamiętam dobrze, że w późniejszych latach
również bywała u nas, kiedyś często, a ostatnio – ze względu na swoje zdrowie
oraz moje, także dość kiepskie – trochę rzadziej. Dlatego częściej
kontaktowałyśmy się listownie i telefonicznie. W zeszłym roku brała udział w
uroczystości wmurowania kamienia węgielnego pod pomnik ojca, patrona Jednostki
Wsparcia Dowodzenia i Zabezpieczenia Wojsk Specjalnych w Krakowie. Była to dla
niej bardzo ważna i wzruszająca uroczystość. Wtedy była jeszcze na tyle w dobrej
formie, że razem z moim mężem wybrała się na cmentarz, na grób naszych wspólnych
dziadków.
Nigdy nie dowiedziała się, gdzie spoczął jej ojciec…
– Marzyła o tym, że kiedyś Instytut Pamięci Narodowej odnajdzie miejsce pochówku
jej ojca. Bardzo chciała, żeby spoczął w Krakowie. Niestety, jak dobrze wiemy,
nie doszło do tego i pewnie już nigdy nie dojdzie.
Również Pani wraz z mężem, Leszkiem Zachutą, bardzo angażowała się w
kultywowanie pamięci o Generale "Nilu".
– Jesteśmy autorami dwóch książek o nim, a także wielu wystaw, które pokazywane
były w różnych miastach w Polsce. Marysia wspierała naszą działalność. Na
wszystkie prośby o udostępnienie pamiątek po ojcu, które się u niej zachowały,
zawsze odpowiadała pozytywnie. Aprobowała i doceniała naszą działalność.
Pani Maria całe życie walczyła o prawdę o okolicznościach śmierci swojego
ojca…
– Najpierw walczyła jej matka, żona gen. Augusta Emila Fieldorfa "Nila". Robiła
wszystko, co można było, żeby ta pamięć ocalała, ponieważ stryj został skazany
na niepamięć. Niewielu zresztą wie, że wysyłała także za granicę fotografie
swojego męża, z obawy przed tym, że tutaj mogą zostać zniszczone lub zaginąć. My
o tym doskonale wiemy, bo kiedy w 1993 r. ukazała się nasza pierwsza książka,
pewien pan z Paryża przysłał nam zdjęcia, których nie mieliśmy, a które żona
gen. "Nila", a moja stryjenka, wysłała do niego wiele lat wcześniej. Później
nasza działalność była już wspólna i zaowocowała książkami, wieloma artykułami i
wypowiedziami Marysi, również na łamach "Naszego Dziennika".
Jakim wartościom była wierna przez całe życie?
Z pewnością triadzie: Bóg, Honor i Ojczyzna, oraz prawdzie.
Do końca była też bardzo aktywna w służbie tych pryncypiów.
– Tak. Jak już powiedziałam wraz z mężem publikowaliśmy książki i artykuły,
organizowaliśmy wystawy, a Marysia działała inaczej. Słała pisma do urzędów,
starała się o dostęp do różnych dokumentów. Wystarczy przypomnieć sprawę sędziny
Marii Górowskiej, której miał zostać wytoczony proces o zabójstwo sądowe.
Marysia miała być oskarżycielem posiłkowym. Niestety, Górowska zmarła przed
rozpoczęciem procesu, więc aktywność Marysi w tym konkretnym przypadku, mająca
sprawić, że winni zostaną osądzeni, nic nie dała. Dążyła do ukarania żyjących
winnych, także tych, którzy pośrednio uczestniczyli w sprawie jej ojca. Jak
widać, była to bardzo niełatwa i żmudna działalność, która nie przyniosła
oczekiwanych efektów. Nikt nie został ukarany. Często mówiła o tym w swoich
wywiadach. Nasza działalność była więc dwutorowa i skupiała się na Generale
"Nilu". Ten sam cel staraliśmy się osiągać dwiema różnymi drogami.
Pani Maria spotykała się często z młodzieżą. Troszczyła się o przekazanie
młodemu pokoleniu prawdy o swoim ojcu…
– Tak, wiem, że lubiła te spotkania z młodzieżą. Są trzy szkoły, które noszą
imię jej ojca. W zeszłym roku, kiedy była w Krakowie, spotkała się z młodzieżą
Zespołu Szkół Mechanicznych Nr 4. Bardzo miło wspominała tamto wydarzenie. Ale
najbardziej cieszyło ją to, co wojsko robiło dla jej ojca. Kiedy nie tak dawno
temu odsłaniany był pomnik w jednostce wojskowej, nie miała dostatecznie dużo
sił, żeby przyjechać do Krakowa. Dlatego otrzymała od jednostki pełną
dokumentację z uroczystości, zdjęcia, miniaturkę sztandaru, proporczyk i to
sprawiło jej ogromną radość. Uważała bowiem, że ojciec, który był wojskowym,
najbardziej cieszyłby się z honorów przyznawanych mu właśnie przez wojsko.
Dziękuję za rozmowę.
