fot. PAP/EPA

Minister szkolnictwa wyższego Francji: Islamo-lewactwo zagraża uniwersytetom

Na uniwersytetach niektórzy wykorzystują swe tytuły i prestiż w celu szerzenia idei radykalnych i stronniczości politycznej – powiedziała francuska minister szkolnictwa wyższego Frederique Vidal. Stwierdziła, że „islamo-lewactwo”, czyli sojusz skrajnej lewicy z islamizmem, szkodzi uczelniom.

Minister zapowiedziała we wtorek w parlamencie, że powierzy zbadanie sprawy Narodowemu Centrum Badań Naukowych (CNRS). Chodzi o stworzenie „bilansu całości badań akademickich” we Francji, tak, by można było odróżnić, co jest naprawdę badaniami, a co agitacją – tłumaczyła minister.

Na jej inicjatywę natychmiast odpowiedziała Konferencja Prezydentów Uniwersytetów, nazywając oskarżenia „karykaturalnymi” i „godnymi knajpianego mędrkowania”.

Tymczasem mnożą się świadectwa studentów i doktorantów, którzy twierdzą, że aby uzyskać dobre noty, zmuszeni są w swych pracach popierać tezy dekolonialne czy gender oraz używać pisowni inkluzywnej.

„Niektórzy wykładowcy bliscy (dekolonialnej) Partii Tubylców Republiki czy (zdelegalizowanego w październiku ub.r., po zamordowaniu profesora podparyskiego gimnazjum przez młodego dżihadystę – PAP) Kolektywu przeciw Islamofobii we Francji, uczą importowanej z USA, radykalnej geografii, w której rozwój miast zredukowany jest do wykluczenia klas pracujących” – cytował dziennik „Le Figaro” prof. Annie Fourcaut, historyk urbanistyki.

Profesor twierdzi, że może mówić swobodnie, bo jest już na emeryturze, ale podkreśla jednocześnie, że inaczej jest w wypadku młodszych kolegów, którzy „po to, by być publikowanymi, żeby dostać posadę, muszą poddać się temu nowemu konformizmowi”, w którym należy się ogniskować „na nieszczęściach imigrantów”. Jej zdaniem „kierownicze instancje wyższych uczelni kładą uszy po sobie” wobec „widma sal wykładowych okupowanych przez niecofające się przed przemocą grupki solidarności z ofiarami rzekomej dyskryminacji”.

Liczni obserwatorzy, wśród nich wykładowczyni Uniwersytetu Lille, psychoanalityczka Celine Masson, zwracają uwagę na sprowadzane z Ameryki dziedziny, takie jak intersekcjonalność czy studia postkolonialne, które sprowadzają się do atakowania Zachodu za nieustający rzekomo rasizm i imperializm.

„Ideologie dekolonialne, tzw. realizmu rasowego i proislamistyczne wdarły się na studia. Te pseudonaukowe teorie w narcystycznej euforii sprowadzają tożsamość do cielesności i rasy” – tłumaczyła.

W środę rano uczestnicy debaty w telewizji C-News zwracali uwagę, że choć pisownia inkluzywna (np. wszyscy/tkie) potępiona została w roku 2017 okólnikiem premiera i zakazana jest przez ministerstwo edukacji, wielu wykładowców nie odpowiada na maile, jeśli nie jest w nich użyta taka pisownia. A studenci, chcąc nie chcąc, muszą używać neopisowni, gdyż inaczej będą źle oceniani.

Reporterka „Le Figaro”, Judith Waintraub, cytowała „studenta prestiżowej uczelni”, który skarżył się, że „tylko po kryjomu może czytać francuskich klasyków filozofii i historii”. Twierdził, że na ćwiczeniach obowiązuje wyjęte z gender studies traktowanie męskości i kobiecości, jako „konstrukcji czysto społecznych” „laickość inkluzywna (niedyskryminująca)”, której „głównym celem jest walka z islamofobią”.

Według studenta, na jego uczelni „maszyna do prania mózgów pracuje na najwyższych obrotach”. Kiedy profesor tłumaczy, jak Picasso inspirował się sztuką afrykańską, z ławek podnosi się krzyk przeciw „grabieży kulturowej”.

Anne, która sześć lat temu skończyła w Paryżu studia języka i kultury perskiej, wspomina, jak jeden z profesorów wychwalał hidżab, jego walory estetyczne i znaczenie feministyczne, „którego głupi Europejczycy nie rozumieją”. I przyznaje, że w pracy pisemnej dla tego profesora „nawet nie odpowiadając na pytanie”, wychwalała islam, dzięki czemu, tak jak się spodziewała, dostała bardzo wysoką ocenę. Anne przytacza również „pozbawione sensu, kłamliwe” wypowiedzi arabskich studentów o „braku zasad moralnych na Zachodzie”.

„Nie są to zjawiska nowe i nie ograniczają się do Francji – sprowadzone z USA, rozpanoszyły się w całej Europie” – podsumowuje Anne, pracująca obecnie w Wielkiej Brytanii.

PAP

drukuj