fot. PAP/EPA

W Luksemburgu jak dotąd bez porozumienia ws. pracowników delegowanych

Unijni ministrowie ds. pracy w ciągu pierwszych kilku godzin rozmów nie doszli do porozumienia w sprawie projektu dyrektywy o pracownikach delegowanych. „Rozmowy są trudne, mogą się przeciągnąć” – mówi przedstawiciel estońskiej prezydencji.

W Luksemburgu trwa w poniedziałek spotkanie ministrów Unii Europejskiej ds. zatrudnienia w sprawie nowelizacji dyrektywy o pracownikach delegowanych. Polskę reprezentuje szefowa resortu rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska.

Kluczową kwestią debaty jest forma porozumienia, do jakiego może w tej sprawie dojść pomiędzy krajami członkowskimi. Możliwe, że ostatecznie zostanie przyjęte tzw. podejście ogólne, co oznaczałoby, że Rada UE uzyskałaby mandat do finalnych negocjacji z Parlamentem Europejskim i Komisją Europejską.

Trwające od rana rozmowy nie doprowadziły jak dotąd do kompromisu. Estońska prezydencja liczy jednak, że mimo różnic uda się ostatecznie wypracować wspólne stanowisko. „Rozmowy na temat pracowników delegowanych trwają od miesięcy. Jesteśmy zdeterminowani, żeby osiągnąć porozumienie” – powiedział przedstawiciel estońskiej prezydencji.

Największe kontrowersje dotyczą tego, czy zapisy nowej dyrektywy mają objąć także pracowników sektora transportu drogowego. Francja chce, żeby ten sektor został na stałe wpisany do dyrektywy. Takim zapisom sprzeciwia się jednak Polska i wiele innych państw UE, których firmy transportowe prowadzą działalność gospodarczą na unijnym rynku.

Różnice miedzy krajami dotyczą między innym okresu przejściowego między przyjęciem dyrektywy a rozpoczęciem obowiązywania jej przepisów, który w propozycjach państw członkowskich wahał się w granicach 2-5 lat. Francja i kraje, które są za zaostrzeniem dyrektywy, chcą, by okres ten był najkrótszy, Polska – żeby był dłuższy. Estońska prezydencja zaproponowała w poniedziałek, żeby wynosił on 3 lata.

Jak dotąd nie ma też zgody między państwami w kwestii ograniczenia okresu delegowania pracowników. Według unijnych propozycji po okresie delegowania zatrudniony musiałby zostać objęty wszystkimi przepisami dotyczącymi praw socjalnych państwa przyjmującego. Pierwotna propozycja Komisji Europejskiej mówiła o 24 miesiącach. Część państw UE chce jednak, żeby ten okres był krótszy. Francja cały czas optuje za okresem 12 miesięcy. Prezydencja estońska zaproponowała w środę 20-miesięczny okres, jednak na to również nie było zgody części krajów.

Polska podczas ubiegłotygodniowego szczytu UE umacniała stanowisko państw, które sprzeciwiają się zaostrzaniu przepisów dotyczących delegowania pracowników. Według źródeł dyplomatycznych, koalicja krajów niechętnych niektórym rozwiązaniom może liczyć nawet 15 państw. Państwa członkowskie próbowały kilka miesięcy temu osiągnąć kompromis w sprawie pracowników delegowanych, ale niespodziewanie stanowisko zaostrzył prowadzący jeszcze wtedy kampanię wyborczą obecny prezydent Francji Emmanuel Macron.

Francuski przywódca starał się rozbijać jedność państw Europy Środkowo-Wschodniej – odwiedzając państwa tego regionu ominął Polskę, natomiast próbował uzyskać poparcie Rumunii, Bułgarii, Słowacji czy Czech.

Szefowa polskiego rządu Beata Szydło mówiła na konferencji prasowej w piątek, że Grupa Wyszehradzka, która ma wspólne stanowisko, poszła „na daleko posunięty kompromis”.

„Zaproponowaliśmy dobre rozwiązania, które są do zaakceptowania przez nas, przez Polskę, przez Węgrów, Czechów i Słowaków, również przez inne państwa członkowskie” – podkreśliła wtedy premier Szydło.

Obecne przepisy wymagają, by pracownik delegowany otrzymywał przynajmniej pensję minimalną kraju przyjmującego, ale wszystkie składki socjalne odprowadzał w państwie, które go wysyła. Propozycja zmiany przepisów w tej sprawie przewiduje wypłatę takiego samego wynagrodzenia, jak w przypadku pracownika lokalnego. Propozycję tę przedstawiła KE w marcu 2016 roku. Jest ona niekorzystna z punktu widzenia gospodarczych interesów Polski, która deleguje najwięcej pracowników do innych państw unijnych.

PAP/RIRM

drukuj