Łapać złodzieja!

Znany jest z opowieści i filmów chwyt stosowany przez złodzieja, który po
kradzieży, biegnąc z łupem ulicą i chcąc odwrócić uwagę goniących od siebie,
krzyczy: "Łapać złodzieja!". Czy ta taktyka się sprawdza i czy złodziej zdołał
uciec? O tym zazwyczaj w tej anegdocie się już nie mówi. Jednak znając życie,
wiemy, że czasami winowajcy przez sprytne odwrócenie uwagi uda się uniknąć
konsekwencji, czasami złodziej wpada jednak we własne sidła, bo ten, kto krzyczy
"łapać złodzieja", jest najbardziej podejrzany.

Ta historia nieodparcie kojarzy się z polityką rządu w zakresie wyjaśniania
okoliczności tragedii smoleńskiej. Z ust ministra Jerzego Millera, szefa
polskiej komisji, usłyszeliśmy, że w zapowiedzianym na luty raporcie stopień
polskich win za tragedię będzie większy niż w dokumencie końcowym MAK. Z półsłów
wypowiadanych również przez innych przedstawicieli rządzących wyłania się już
ideowa konstrukcja oficjalnego polskiego raportu. Motywem przewodnim będzie
zapewne taka oto konstatacja: polskie winy były, i to nawet większe, niż wskazał
MAK, ale była również wina po stronie rosyjskiej, przede wszystkim w zakresie
pracy kontrolerów lotu i chaosu w wieży kontrolnej na lotnisku w Smoleńsku. Suma
tych win złożyła się na tragedię, w której zginęło 96 osób.
Ten obraz sytuacji pokazuje, dlaczego władze RP przyjęły taki, a nie inny sposób
działania. Najpierw próbowano zasugerować opinii publicznej przy pomocy
"przyjaznych" mediów, że przyczyną katastrofy były rzekome "naciski", kto wie,
może nawet samego śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, by za wszelką cenę lądować.
By podzielić Polaków, zastosowano prowokację z krzyżem na Krakowskim
Przedmieściu, ukuto również konfrontacyjną tezę, że pomnik na Powązkach to
wystarczający sposób uczczenia pamięci ofiar katastrofy.
Równolegle opinii publicznej przedstawiano Polaków, którzy słusznie domagali się
od samego początku odpowiedniego upamiętnienia osób, które zginęły w
katastrofie, jako "pisowskich aktywistów". Kto miał w sprawie katastrofy
odmienne zdanie niż przedstawiciele władzy czy sprzyjające im "oświecone" salony
i mainstreamowe środki przekazu, ten był z góry posądzany o chęć wykorzystania
trumien do uprawiania "polityki nienawiści" i działania "antypaństwowe" mające
na celu osłabienie pozycji rządu na arenie międzynarodowej. Ze strony jednego z
prominentnych polityków rządzącej partii pojawiał się nawet argument "V
kolumny". Bardzo to niefortunne porównanie, bo równie dobrze tych, którzy
pozwalają, by moskiewska wersja "prawdy" zdominowała przekazy światowe, można by
oskarżyć o agenturalność.
Jednocześnie od samego początku prowadzono nieudolnie działania mające na celu
wyjaśnienie przyczyny katastrofy. Oddano inicjatywę w ręce Rosjan i nie
potrafiono dopilnować polskiej racji stanu. Nie informowano właściwie i na
bieżąco opinii publicznej, a wszelkie teorie i hipotezy dotyczące przyczyn
katastrofy, które były sprzeczne z "oficjalną wersją", uznawano za niedorzeczne.
Po co to wszystko? Z prostej przyczyny, chodzi o to, by tak zamącić i odwrócić
uwagę od istoty sprawy, by zrelatywizować nawet prawdziwe fakty podawane przez
władze i odwrócić uwagę opinii publicznej od faktycznych winowajców. Kłania się
taktyka "łapać złodzieja".
Bo jeśli nawet zostanie ogłoszone w polskim raporcie, że polskie winy były
ogromne, to ktoś ponosi moralną, polityczną i merytoryczną odpowiedzialność za
katastrofę. To rząd nadzoruje wojsko i jest odpowiedzialny za to, co się działo
w 36. pułku specjalnym. Jak to jest, że minister obrony nadal jest w rządzie,
choć za jego kadencji w katastrofach lotniczych wojskowych samolotów (Tu-154,
CASA, Bryza) zginęło ponad 100 osób, w tym: prezydent i zwierzchnik Sił
Zbrojnych, najwyżsi dowódcy wojskowi, kierownictwo i kadra dowódcza Sił
Powietrznych, oficerowie i żołnierze, a także przedstawiciele elit politycznych,
kulturalnych i społecznych? To w końcu minister Klich i inne osoby z rządu
Donalda Tuska były odpowiedzialne za lot 101 i – jak dotąd – nie poniosły
żadnych konsekwencji.

Jan Maria Jackowski
 

drukuj