Kiedy powstanie „Polskie Centrum” w Berlinie

Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu odrzucił 7 października
2008 r. skargę przeciwko Polsce złożoną przez organizację Powiernictwo Pruskie,
która domagała się odszkodowania lub zwrotu mienia Niemcom wysiedlonym po
przejściu frontu wiosną 1945 roku. Po orzeczeniu Trybunału niemiecki rząd uznał
sprawę roszczeń wysuwanych wobec Polski za zamkniętą. Ale czy to wystarczyło,
aby ten nabrzmiały problem w relacjach polsko-niemieckich można było uznać za
wyjaśniony?

Niestety, sprawy niemieckich roszczeń nie zamknięto raz na zawsze poprzez
orzeczenie Trybunału w Strasburgu. Problem zostałby rozwiązany, gdyby państwo
niemieckie przyjęło na siebie te roszczenia. Można mieć nadzieję, że obecny
prezydent Bronisław Komorowski będzie o to zabiegał, gdyż komentując w
"Rzeczpospolitej" wspomniane orzeczenie Trybunału, skłaniał się ku takiemu
rozwiązaniu, twierdząc: "Powinniśmy teraz nalegać, żeby państwo niemieckie
przejęło na siebie te roszczenia" ("Rzeczpospolita", 10.10.2008).
Problem może bowiem powrócić po zakończeniu prac rządu premiera Donalda Tuska
nad tzw. ustawą reprywatyzacyjną, która będzie obejmowała byłych lub obecnych
obywateli polskich, którzy utracili swoje mienie. Program prac legislacyjnych
dotyczący rozporządzeń ministra Skarbu Państwa w I półroczu 2010 r. przewiduje
przygotowanie projektu rozporządzenia ministra Skarbu Państwa w sprawie
określenia wzoru formularza wniosku o wypłatę świadczenia pieniężnego oraz
sposobu jego udostępnienia w ramach realizacji ustawy "o świadczeniach
pieniężnych przyznawanych niektórym osobom, których dotyczyły procesy
nacjonalizacji". A co będzie z obywatelami innych państw? Po przystąpieniu
Polski do Unii Europejskiej obowiązuje Polskę m.in. art. 18 traktatu o
funkcjonowaniu UE zawierający zakaz dyskryminacji ze względu na przynależność
państwową. Tak więc będą oni mogli wnosić roszczenia wobec Polski, jeżeli tzw.
ustawa reprywatyzacyjna okaże się niezgodna z prawem unijnym. Problem ciągle
powraca i obciąża polsko-niemieckie stosunki.

Niemieckie przymiarki do ustawy reprywatyzacyjnej

A że tak jest i będzie, wskazują wystąpienia byłego posła Bundestagu z CDU
Helmuta Sauera, który jest zarazem przewodniczącym chadeckiego Wschodnio- i
Środkowoniemieckiego Stowarzyszenia Unii Wypędzonych i Uchodźców (Ost und
Mitteldeutsche Vereinigung Union der Vertriebenen und Flüchtlinge der CDU/CSU).
W swoim wystąpieniu z 2 kwietnia 2007 r. Sauer nawiązał do rozmów
przeprowadzonych w Warszawie przez przedstawicieli organizacji żydowskich i
polskich z rządem i marszałkiem Sejmu w sprawie rekompensat za zagrabioną
własność podczas II wojny światowej i w okresie komunizmu. Sauer powoływał się
m.in. na wypowiedź Israela Singera: "Jeżeli skradziono dom, nie oddaje się tylko
okna lub drzwi". Jest to wyraźna przymiarka ze strony Niemiec do tzw. ustawy
reprywatyzacyjnej. Tak więc Polsce przyjdzie się zmierzyć, poza Strasburgiem,
gdzie została odrzucona skarga Powiernictwa Pruskiego Rudiego Pawelki, również z
Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, tzw. ETS, w Luksemburgu. Warto też
przypomnieć, że prof. Eckart Klein z Poczdamu przygotował na zlecenie Bundestagu
już w 2005 r. obszerną "Ekspertyzę w sprawie sytuacji prawnej odebranego majątku
prywatnego Niemców w dzisiejszej Polsce", która stwierdza, że "wypędzenia" były
zbrodnią przeciw ludzkości.

Propozycja opcji zerowej

Warto do niej powrócić. Polegałaby ona na tym, że ewentualne roszczenia
wynikające z II wojny światowej mogłyby być podnoszone tylko wobec własnych
rządów – Niemcy wobec państwa niemieckiego, Polacy wobec państwa polskiego.
Jednak niezależnie od rozwiązań politycznych pozwy polskich obywateli wobec
Republiki Federalnej Niemiec powinny być rozpatrywane przez polskie sądy.
Nadzieja dla ofiar III Rzeszy pojawiła się pod koniec zeszłego roku, kiedy Sąd
Najwyższy w Warszawie przyjął skargę kasacyjną Winicjusza Natoniewskiego, ciężko
poparzonego podczas pacyfikacji przez Niemców wsi Szczecyn w Lubelskiem, powiat
Kraśnik. Także skarga kasacyjna tzw. drugiej generacji (sprawa Skrzypka), to
jest dzieci ofiar III Rzeszy, czeka na przedsąd w Sądzie Najwyższym. Sądy
niższych instancji w Polsce przyjmowały do tej pory immunitet państwa
niemieckiego. Natomiast niemieckie sądy odrzucały i odrzucają takie sprawy,
powołując się m.in. na to, że powodom nie przysługuje wobec Rzeszy Niemieckiej
indywidualne roszczenie w oparciu o normy prawa międzynarodowego, za które RFN
musiałaby odpowiadać jako prawna następczyni. W odmienny sposób takie sprawy
traktują sądy w innych państwach, np. we Włoszech sądy uważają, że roszczenia
ofiar III Rzeszy lub ich spadkobierców są zasadne, gdyż immunitet nie ma wtedy
zastosowania, kiedy sprawy wiążą się ze zbrodniami przeciw ludzkości – wówczas
obowiązuje prymat podstawowych wartości, takich jak wolność i godność człowieka.

Odświeżyć pamięć historyczną

Niemieckie elity ubolewają nad tym, że w naszych bilateralnych stosunkach nie
uwolniliśmy się jeszcze od spraw II wojny światowej i jej skutków oraz że sprawy
te ciągle trafiają na wokandy. Nie rozumieją, dlaczego do tej pory nie doszło do
pojednania na wzór niemiecko-francuski. Niestety, mało kto zdaje sobie sprawę z
tego, że jest to zadanie znacznie trudniejsze, ponieważ Polacy, w
przeciwieństwie do Francuzów, traktowani byli przez Niemcy hitlerowskie jako
"podludzie" (Untermenschen) i zostali przeznaczeni do zagłady. Niemcy nie do
końca znają własną historię, a polscy politycy przez swoją zbytnią uległość na
rzecz źle pojętego kompromisu w polityce historycznej nie dają im szansy, aby tę
historię poznali. Skala ignorancji jest tak wielka, że nawet były prezydent
Niemiec Roman Herzog zaproszony na obchody rocznicy Powstania Warszawskiego
pomylił je z powstaniem w getcie, a nadburmistrz Berlina Klaus Wowereit jeszcze
kilka lat temu nie wiedział, w którym roku rozpoczęła się II wojna światowa.
Dlatego inicjatywa posłanki Bundestagu i szefowej Związku Wypędzonych (BdV)
Eriki Steinbach oraz wielkie echo i życzliwość, jakie w RFN towarzyszy
upamiętnieniu powojennych wysiedleń, wzbudzają w Polsce uzasadnione
zaniepokojenie. Można jednak dołożyć starań, aby także w stołecznym Berlinie nie
zapomniano, że przed "Ucieczką, Wypędzeniem, Pojednaniem" (to nazwa fundacji, o
którą walczyła Steinbach) było rozpętanie wojny. W owym odświeżaniu pamięci
znaczącą rolę mogłoby odegrać "Polskie Centrum" w Berlinie ulokowane tuż obok
pomnika holokaustu. Wbrew ogólnemu przeświadczeniu Polska może sobie pozwolić
finansowo na aranżację takiego obiektu. Na Kurfuerstenstrasse w Berlinie
znajduje się polska, niezabudowana nieruchomość po przedwojennej ambasadzie RP.
Senat Berlina na pewno zgodziłby się zamienić nieruchomość na Kurfuerstenstrasse
na inną obok pomnika holokaustu. "Polskie Centrum" powinno informować nie tylko
o stosunkach polsko-niemieckich, lecz także stanowić miejsce spotkań młodzieży
(nawet z możliwością tanich noclegów), przyszłych ambasadorów sprawy polskiej w
świecie.

Kto wywołał II wojnę światową

Jeśli w centrum Berlina nie powstanie "Polskie Centrum", to istnieje realne
niebezpieczeństwo, że za kilkanaście lat będzie mówiło się o tym, iż najbardziej
poszkodowanymi w II wojnie światowej i po niej są ofiary holokaustu i sami
Niemcy. Polacy zaś zostaną wykreowani w zbiorowej pamięci jako ci, którzy
wywołali tę najtragiczniejszą wojnę w dziejach ludzkości. Już dziś mówi się w
RFN, że pozbycie się Niemców było "długofalowym planem Polski i częściowo
Czech", a hitlerowska agresja dała tym krajom okazję realizacji swoich planów.
Polska powinna podjąć szereg inicjatyw w Niemczech na rzecz propagowania
prawdziwej wersji historii. Nie można liczyć na to, że młodzież niemiecka będzie
historycznie odpowiednio wykształcona. Także społeczeństwo niemieckie mało wie
na temat wojny i ludobójstwa w Polsce. Teraz jest ostatni moment, aby ustalić ze
stroną niemiecką wspólny program edukacyjny. W "Polskim Centrum" należałoby
pokazać, niezależnie od historii naszych stosunków, także cierpienia Narodu
Polskiego, jak np. Powstanie Warszawskie, które do dziś jest w RFN mylone z
żydowskim powstaniem w getcie, czy los mieszkańców ponad 800 polskich wsi
spacyfikowanych przez Niemców podczas wojny. Takie miejscowości jak Oradour i
Lidice są w świecie znane, polskie wsie – nie. W jednej z nich, w Borowie,
znajduje się zbiorowa mogiła ze szczątkami 806 pomordowanych. Co roku w rocznicę
pacyfikacji, która nastąpiła 2 lutego 1944 r., odbywa się tam uroczystość
upamiętniająca ówczesną eksterminację bezbronnej ludności. Nastał czas, aby i ta
data na stałe wpisała się w kalendarz niemieckiego ambasadora w Polsce, który
być może kiedyś będzie biegle władał językiem polskim.
 

Mec. Stefan Hambura

Autor jest prawnikiem, prowadzi kancelarię adwokacką w Berlinie.

drukuj