[Jestem w Kościele] Między prawdą a kurtuazją
Wizyta „arcybiskup” Canterbury Sarah Mullally w Watykanie wywołała duże poruszenie wśród katolików. Wprawdzie nie było to pierwsze spotkanie Ojca Świętego z przywódcą duchowym wspólnoty anglikańskiej, ale pierwsze z kobietą pełniącą tę funkcję. Z punktu widzenia wiary katolickiej jednak niewiele to zmienia, bo niezależnie od tego, jakiej płci byłby anglikański „arcybiskup” oraz kurtuazji ze strony Watykanu, było to spotkanie Następcy św. Piotra z osobą świecką.
Święcenia anglikańskie są bowiem nieważne. Przypomniał o tym ostatnio ks. kard. Kurt Koch, prefekt Dykasterii ds. Popierania Jedności Chrześcijan. Dlatego też wspólnota anglikańska nie jest Kościołem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jeśli więc papież używa takiego określenia, to tylko w potocznym i grzecznościowym znaczeniu. Podobnie inne gesty i słowa, które miały miejsce podczas tej wizyty, były przede wszystkim wyrazem kurtuazji, zaś wyciąganie z nich daleko idących wniosków, np. jakoby Kościół uznał ważność anglikańskich święceń, nie ma żadnych podstaw. Z katolickiego punktu widzenia „arcybiskup Canterbury” to kościelny tytuł niepowiązany z sakramentem święceń.
Nie zmienia to jednak faktu, że te kurtuazyjno-dyplomatyczne gesty mogą być i są błędnie odbierane, zarówno przez katolików, jak i anglikanów, jako swego rodzaju legitymizacja błędów anglikanizmu. Jeszcze bardziej problematyczne są takie sytuacje, jak choćby katolicki biskup przyjmujący błogosławieństwo od pani Mullally, co trudno usprawiedliwić chęcią bycia uprzejmym.
Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Ojca Świętego w ramach oficjalnego przemówienia podczas rzeczonego spotkania: „Chociaż poczyniono znaczny postęp w niektórych historycznie dzielących kwestiach, w ostatnich dekadach pojawiły się nowe problemy, przez co droga do pełnej komunii staje się trudniejsza do dostrzeżenia”. Nietrudno zgadnąć, że papieżowi mogło chodzić o postępującą liberalizację anglikańskiej doktryny, w tym dopuszczenie kobiet do „święceń” czy błogosławienie związków homoseksualnych.
Wybór kobiety na stanowisko „arcybiskupa” Canterbury nie skomplikował jednak tylko relacji z Rzymem, ale także pogłębił kryzys wewnątrz samej wspólnoty anglikańskiej, w której doszło do największego w historii rozłamu. Zdecydowana większość anglikanów na świecie skupiona wokół Globalnej Anglikańskiej Konferencji Przyszłości odrzuciła zwierzchnictwo Londynu i postanowiła, że utworzy odrębną strukturę.
Na tle zarysowanego tu kontekstu zasadne wydaje się pytanie, czy tego rodzaju spotkania, a ściślej rzecz biorąc ich forma i towarzyszące im okoliczności, przyczyniają się do rzeczywistego postępu na drodze do jedności chrześcijan – jedności, którą można osiągnąć tylko będąc wiernym prawdzie. Chyba najlepszą praktyczną realizację dobrze pojętego ekumenizmu zaproponował Benedykt XVI, tworząc specjalne ordynariaty personalne dla byłych anglikanów, gdzie mogą oni przyjąć prawdziwą wiarę, przy jednoczesnym zachowaniu niektórych anglikańskich tradycji.
Na koniec oddajmy głos dr. Gavinowi Ashendenowi, byłemu anglikańskiemu biskupowi i kapelanowi królowej Elżbiety, nawróconemu na katolicyzm. „Jeśli ekumenizm ma w ogóle zachować jakąkolwiek integralność, nie może opierać się na gestach, które zaciemniają rzeczywistość lub łagodzą sprzeczności, lecz jedynie na wspólnym poddaniu się prawdzie, którą ucieleśnia sam Chrystus. Cokolwiek innego grozi przekształceniem się w teatr sentymentów, a nie w dzieło pojednania. Droga do jedności nie leży w ostrożnym unikaniu trudności, ale w odwadze, by je nazwać, żałować za nie i pozwolić prawdzie wykonać swoją właściwą pracę, wyzwalając nas. Dopóki to nie nastąpi, spotkania te, choćby miały najlepsze intencje, pozostaną zawieszone między pozorem a rzeczywistością, oferując formę jedności bez jej istoty i pozostawiając głębsze rany historii niezagojonymi”.
Wojciech Grzywacz




