J. Budziaszek dla „Naszego Dziennika”: Odkryłem, że muszę związać życie z wiarą. Wszystko nabrało sensu i zaczęło zmieniać się na lepsze

Odkryłem, że muszę życie związać z wiarą. Wszystko nabrało sensu. Wszystko zaczęło zmieniać się na lepsze. Nie ma ludzi doskonałych, nie ma bezgrzesznych i ja także wielokrotnie upadam, ale wiem, że nie jestem sam, i dlatego powstaję i idę dalej – mówi Jan Budziaszek, perkusista zespołu Skaldowie, w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.

Nasz Dziennik: Od sześćdziesięciu lat działa Pan publicznie – na scenie jako muzyk, ale nie tylko, także jako kompozytor, autor książek oraz ewangelizator i rekolekcjonista. Inspiruje Pan wielu młodych ludzi. Skąd czerpie Pan siły na te wszystkie angażujące zajęcia?

Jan Budziaszek: Trzeba wiedzieć, że gdy wylądowaliśmy na tej planecie, gdy Stwórca obdarzył duszą połączone komórki naszego ojca i matki, w tym właśnie momencie każdemu z nas Bóg wyznaczył określone zadanie. Dopóki chodzimy po tej ziemi swoimi butami i nie wykonujemy zadania, jakie powierzył nam Pan, dopóty nie jesteśmy szczęśliwi. W swoim życiu nieustannie staram się wypełniać moje zadanie i to jest źródło moich sił. Jest nim praca dla Stwórcy Wszechświata.

Jak możemy pomóc młodym ludziom odkryć to, czego oczekuje od nich Pan Bóg?

Tego nikt za nich nie zrobi. My tu, na ziemi, jesteśmy tylko na chwilę. Młodzi sami muszą to zrozumieć i zastanowić się, czego oczekuje od nich Pan Bóg. Ja powiem, co mnie do tego doprowadziło. To może dla kogoś być mała wskazówka.

Moje życie dzielę na dwie części. Czas pierwszej młodości liczę mniej więcej do czterdziestki, a drugą młodość od czterdziestki. Ta granica podziału przebiega w połowie mojego życia, a zbiega się z przeżywanymi wówczas problemami. One nikogo nie omijają, mnie również nie ominęły. Krótko mogę powiedzieć, że żyłem wtedy tak, jak żyje większość artystów, czyli pod szyldem „Jan Budziaszek – wytwórnia flaszek”. Nie stroniłem od alkoholu i robiłem różne niemądre rzeczy. Ale nawet w takim stanie nie czułem spokoju i satysfakcji. Czułem, że coś mnie gryzie, że coś mnie od środka męczy i gnębi. W takim momencie życia trafiłem do kościoła, w którym gdy już się znalazłem, padłem przed Jezusem Chrystusem Ukrzyżowanym i zacząłem się żalić. Tego dnia na całej kuli ziemskiej był czytany fragment Ewangelii, w którym Chrystus, widząc z krzyża swoją Mamę, mówi do umiłowanego ucznia Jana: „Oto Matka twoja”. Święty Jan Ewangelista jest moim patronem. Wtedy zrozumiałem, że to wszystko to jest „przypadek nieprzypadkowy”, a te słowa odnoszą się do mnie. Wiedziałem, że tak jak to uczynił św. Jan, tak teraz ja mam zabrać do domu Matkę naszego Pana Jezusa Chrystusa. Jak mogłem to uczynić? Sięgnąłem po różaniec, a Matka Boża dała mi w zamian do ręki całą tajemnicę szczęśliwego życia na ziemi. Ona jest przecież zawarta w tajemnicach Różańca Świętego.

Po jakimś czasie zrozumiałem, że każdy z nas przy lądowaniu na tej planecie otrzymał od Boga opiekuna – anioła. Przynajmniej jednego! A może i więcej. Kontakt z nim jest szansą na lepsze zrozumienie naszego życia, na to, co nas spotyka. Jednego poranka, po otworzeniu oczu poczułem realną obecność Anioła Stróża przy mnie. Jako czterdziestoletni mężczyzna odkryłem postać, którą jako dziecko widziałem na obrazku koło łóżka w scenie, gdy przeprowadza po kładce dzieci nad przepaścią. To było coś niesamowitego. Od tamtej pory czuję obecność mojego opiekuna – anioła – nieustannie, niezależnie, czy gram, czy jem zupę, czy rozmawiam z przyjaciółmi.

I teraz do sedna – te wszystkie „nieprzypadkowe przypadki” otworzyły mi oczy na taką myśl: Janek, otrzymałeś łaskę od Boga, czy pozwolisz, aby On ciebie prowadził?

Tak odkryłem, że muszę życie związać z wiarą. Wszystko nabrało sensu. Wszystko zaczęło zmieniać się na lepsze. Nie ma ludzi doskonałych, nie ma bezgrzesznych i ja także wielokrotnie upadam, ale wiem, że nie jestem sam, i dlatego powstaję i idę dalej.

Iść przez życie z wiarą, z Matką Bożą i Aniołem Stróżem. Co to znaczy?

To znaczy wsłuchiwać się w ich głos. To znaczy, że każdy człowiek, którego spotykamy na swojej drodze, jest tam postawiony przez Boga po coś. Po co? Abyśmy zrozumieli, że nie jesteśmy sami, że mamy być dla innych. To znaczy, że każdy człowiek, którego spotykamy, jest największym darem, jedynym i niepowtarzalnym, w którym musimy dostrzec dobro i je wydobyć. Dopóki żyjemy i chodzimy po tej ziemi, mamy być dla drugich, mamy ich wysłuchiwać.

Kolejna rzecz to wsłuchiwać się w rady anioła w czasie trudów. Spójrzmy na moment zwiastowania. Młoda Matka Boża, gdy przychodzi do niej anioł, w momencie zwiastowania jest wystraszona, nie wie, kto będzie Ojcem zapowiadanego Dziecka. Na co posłaniec Boży odpowiada: nie martw się, zostaw to wszystko Duchowi Świętemu. Czy my tak potrafimy? Czy umiemy zaufać Bogu w tarapatach? Czy wierzymy, że dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych? Pomyślmy o tym, że wszystko, co się dzieje w naszym życiu, a szczególnie ciężkie i trudne momenty, biorą się z dopustu Bożego tylko i wyłącznie dla naszego zbawienia. Podstawą naszego szczęścia jest powtórzyć za Maryją słowa: „Oto Ja służebnica Pana, niech Mi się stanie według słowa twego”.

Iść przez życie z wiarą znaczy przyjąć wszystko, co się dzieje, jako zrządzenie Boże. To jest recepta dla młodych: podążajcie za Matką Bożą.

Młodych udaje się pociągnąć. Świadczy o tym koncert „Jednego serca, jednego ducha”.

Na koncercie w Rzeszowie „Jednego serca, jednego ducha” osiemdziesiąt procent stanowią ludzie młodzi. Młody człowiek jest wyczulony na prawdę. W czasie przygotowań i prób powtarzam wszystkim zaangażowanym w przygotowanie tego wydarzenia: biada mi, jeśli ktokolwiek po tym spotkaniu zapamięta mnie, a nie Ciebie, Panie mój. Na koncercie nie pada żadne nazwisko, bo w centrum nie mają być artyści. Tam ludzie mają przyjeżdżać dla Boga, a nie dla występujących muzyków. Jeżeli zależy nam tylko na dobrej muzyce i dobrych wykonawcach, to zachowujemy się jak konsumenci, którzy nigdy nie są nasyceni i zadowoleni. Jeśli chodzi tylko o jakość muzyki, o konkretne utwory i ich określone wykonania, to bardzo proszę, niech każdy zainteresowany sam je sobie zaśpiewa. My spotykamy się dla Boga i to On jest na naszym spotkaniu najważniejszy. Tu najważniejsze jest to, co mamy w sercach. Dlatego praca przy tym koncercie ma służyć wywyższeniu Boga samego.

Młodzi to chwytają. I dobrze, bo dzisiejsza sztuka jest pełna nastawienia, że to „ja – artysta” jestem najważniejszy. Jest wiele koncertów, z których ludzie wychodzą, nie pamiętając nic innego, jak tylko to, jak kto był ubrany. A przecież sztuka jest również pożywieniem dla duszy, a czym się karmimy, tym się stajemy. Ja chcę, żebyśmy się karmili miłością, życzliwością i otwartością na innych ludzi. Dlatego po Bogu na koncercie w Rzeszowie najważniejszy jest drugi człowiek, ten, który stoi obok nas, ten, którego postawił tam Pan właśnie po to, byśmy się spotkali. Każdy z nas przychodzi z miłością w sercach, z energią, którą możemy spożytkować na Bożą chwałę. O to nam tego dnia chodzi. I kto to realizuje? Ludzie młodzi. I to jest piękne.

Wielu młodych zostaje jednak na poziomie zabawy skoncentrowanej na „ja”, na moich doświadczeniach, emocjach i tych błyskotkach, o których Pan wspomniał, np. na ubraniach. Jak możemy ich skierować w stronę życia na chwałę Bożą?

W życiu chodzi o to, by naszą miłością, energią i dobrem zarażać innych. Każdy z nas ma zadanie dane mu przez Boga i na nim musi się skoncentrować. Trzeba je wykonać najlepiej, jak możemy, i przez nie oddziaływać na innych. Nie da się nawracać na siłę. Musimy pozytywnie odpowiedzieć na wołanie Boga w naszym życiu, a On sprawi, że to będzie się niosło dalej.

Zawsze powtarzam, że nie jesteśmy od nawracania, tylko od kochania. Prawdziwego nawrócenia potrzebuje każdy z nas, dlatego musimy zacząć od nawracania siebie i od kochania innych. To ja potrzebuję oduczyć się ludzkiego reagowania na problemy, to ja przed każdym zabraniem głosu muszę się modlić, aby nie powiedzieć niczego wbrew Panu Bogu, muszę zwrócić się do Mistrza na krzyżu i pytać: co mam robić? Co mam powiedzieć w tej sytuacji? Co Ty byś uczynił na moim miejscu? Ludzie czasami myślą, że w ich mocy jest nawrócić świat, że to jest ich zadanie, a Tomasz a Kempis pisze w „Naśladowaniu Chrystusa”, że czynić mamy to, co jest bliskie nam, to, co do nas należy, bo gdy zamierzymy zbyt wielkie plany – światowe projekty, to jest szansa, że wyjdzie z tego więcej zła niż dobra. Skupmy się na czynieniu dobra w naszym życiu, w naszym powołaniu, a nie na ulepszaniu całego świata. Moje zadanie jest do zrobienia tu i teraz.

Zastanówmy się, czym się teraz zajmujemy, i pomyślmy, jak wprowadzić w to dobro. Gdy rozmawiam z kimś, to ta rozmowa jest najważniejsza, gdy gram koncert, to on jest wówczas na pierwszym miejscu. Kiedyś dziennikarz mnie zapytał, co w moim życiu było najbardziej niesamowite, a ja mu odpowiedziałem, że rozmowa z nim. Myślał, że zacznę opowiadać o koncertach w Ameryce albo Australii. A ja mu chciałem powiedzieć, że tu i teraz mam stawać się jak najlepszy i być dobrem dla drugiego człowieka, w tamtym momencie dla niego, dla tego konkretnego dziennikarza. To jest niesamowite i dotyczy wszystkiego, co w życiu robimy. Moim zadaniem nie jest zrobienie jakiejś ogólnoświatowej akcji, ale to, by każdy po spotkaniu ze mną był uśmiechnięty i by był lepszym człowiekiem.

To są proste sprawy! To wymyślił już Pan Bóg, zanim zaistniała nasza cywilizacja. On już wtedy wiedział, że na koncercie „Jednego serca, jednego ducha” będziemy stać właśnie obok tego konkretnego człowieka, dla którego nasz uśmiech, nasze przywitanie i uściśnięcie ręki może więcej znaczyć niż tysiące słów. To jest możliwe niezależnie od dzielącego nas wieku. Mam osiemdziesiąt lat, a moi najlepsi przyjaciele i najbliżsi współpracownicy są w przedziale wiekowym 18-40 lat. Oni są młodsi od moich dzieci. To wszystko to zasługa samego Boga, dla którego nie ma nic niemożliwego.

Ludzie odbierają nas tak, jak my się na nich patrzymy. Jeśli szukamy w innych wad i chcemy je od razu naprawiać, to nic z tego nie wyjdzie, a jeśli patrzymy na nich, szukając dobra, by je umocnić, to jesteśmy na dobrej drodze. Widzieć w innych dobro, wydobywać je – to jest to, do czego jesteśmy powołani. To jest praktyczne zastosowanie słów: „Zło dobrem zwyciężaj”. Tylko dobro może sprawić, że zło zostanie pokonane.

To rada na każdy problem?

Tak. To dotyczy zarówno naszego życia osobistego, naszych bezpośrednich relacji z innymi, jak i spraw międzynarodowych. Żadnej wojny nie da się wygrać, eskalując zło. Tylko dobro może pokonać zło. Jak możemy, jako Naród, odpowiedzieć na zakusy wojenne współczesnego świata? Odpowiedź dał Papież Pius IX podczas zaborów i objawienia Matki Bożej w Gietrzwałdzie: Polacy, chwyćcie za różaniec i módlcie się. Nawet jeśli nie możemy się mierzyć z potęgami, jakie szykują się do wojen, to dzięki modlitwie różańcowej możemy wyprosić potrzebne nam łaski i uchronić dobro, jakie jest w nas i w naszym Narodzie.

Ktoś może powiedzieć, że nie wierzy w takie rozwiązania. A ja powiem na to, że jeżdżąc z rekolekcjami i świadectwem w różne miejsca, widziałem w poprawczakach i więzieniach ludzi z tak trudnymi historiami, że z pozoru ich życie było nie do uratowania. A oni wyprostowali swoje ścieżki właśnie dzięki Różańcowi. Ta modlitwa to potęga, to siła i moc uzdrowienia na każdą, nawet najgorszą sytuację. Wszystkie tajemnice szczęścia dostępnego nam na tej planecie zawarte są w tajemnicach Różańca Świętego.

To, co nieśli przez pokolenia nasi przodkowie – wiarę i polską tożsamość – poniosą w przyszłość kolejne pokolenia młodych ludzi. Czy patrzy Pan z nadzieją na realizację tej misji?

Przyszłość należy do Matki Bożej, bo Jej Niepokalane Serce zwycięży. My mamy wolną wolę, by w tym krótkim życiu nią się posługiwać, a potem dzięki niej lecieć wyżej albo niżej. Dziś mamy z Matką Bożą kochać tych, którzy będą tworzyć przyszłość. Resztę zostawmy samemu Bogu i skupmy się na tu i teraz. Im więcej będzie w nas miłości, tym lepsza będzie przyszłość. Każdy odpowiada za siebie, za czas, który przez Boga jest mu dany.

Trwa Boże Narodzenie. Co w tym okresie jest dla Pana najważniejsze?

W tym czasie najważniejsza jest miłość Boga do nas i nasza wobec naszych bliźnich. Boże Narodzenie to święta wyjątkowo rodzinne, dlatego jako szczególnie ważne postrzegam spotkanie przy stole z bliskimi i rozmowę o tym, co się wydarzyło w mijającym roku, co teraz mamy w swoich sercach. Nie może również zabraknąć kolędowania, czyli radosnego spotkania na urodzinach naszego Zbawiciela. Na urodziny wypada przyjść z prezentem, a ja obiecałem Bogu w minionym roku, że nikogo nie ośmielę się za nic oskarżać i na nikogo narzekać. Trwałem w tym przez rok i przynoszę to memu Panu jako dar wdzięczności za Jego brak skarg na Golgocie, za Jego cierpliwość wobec oprawców i prześladowców. Jego chcę naśladować i Jemu ten mój trud oddaję w czasie Jego urodzin.

Krzysztof Gajkowski/Nasz Dziennik

drukuj