I w lewo, i w prawo

W całej Europie trwają spekulacje, kiedy ewentualnie prezydent Czech Vaclav Klaus podpisze traktat lizboński. Tymczasem w Polsce wiele osób zatroskanych o przyszłość naszej Ojczyzny nadal się zastanawia, jak to było możliwe, że prezydent Lech Kaczyński, tak chętnie zazwyczaj podkreślający swoją dbałość o polską rację stanu, podpisał ratyfikację dokumentu wyraźnie pogarszającego pozycję naszego kraju w UE. Znamienne, że podczas ceremonii w Pałacu Prezydenckim Lechowi Kaczyńskiemu drżała ręka i miał trudności z piórem przy składaniu swego autografu na dokumencie.

Prezydent nawet nie zaczekał na ustawę kompetencyjną, która zabezpieczałaby nasz interes narodowy i określała jego rolę w relacjach z Brukselą. Nie potrafił czy nie chciał wyegzekwować od premiera Donalda Tuska obiecanych przez niego (w ramach słynnego „kompromisu” z Juraty w marcu 2008 r.) rozwiązań określających kompetencje prezydenta w zajmowaniu stanowiska w sprawach unijnych. Trzeba było poczekać i wspólnie z Czechami zadbać o zabezpieczenie narodowych interesów naszych krajów. Skoro Irlandczycy żądali dodatkowych gwarancji dla swojej niezależności w sprawach podatkowych, obyczajowych, neutralności czy zapewnienia własnego komisarza (najwyraźniej pomni doświadczeń, kiedy ich neutralność i niezależność były naruszane przez Brukselę), a Niemcy zapewnili sobie wyłączenie obszaru swojego kraju z orzeczeń Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, to najlepszy dowód, że mamy się czego obawiać, gdyż traktat lizboński stwarza niebezpieczeństwa, które polscy euroentuzjaści głupkowato bagatelizują.
Dlaczego zatem został złożony podpis pod tym dokumentem? Odpowiedź jest w sumie prosta. Dlatego, że w obozie prezydenckim realizuje się doktrynę, której istota sprowadza się do tego, że sprawy o zasadniczym znaczeniu dla przyszłości Polski zostały podporządkowane bieżącej taktyce i reelekcji Lecha Kaczyńskiego. Zresztą podobnie do sprawy podchodzi Platforma Obywatelska, której działania całkowicie są podporządkowane głównemu celowi tej partii, czyli wypromowaniu Donalda Tuska na urząd prezydenta RP. Stąd np. uczynienie kozłem ofiarnym po aferze hazardowej Zbigniewa Chlebowskiego, stąd widowiskowe roszady rządowe.
Wracając do prezydenta, trudno nie zauważyć, że jego taktyka na najbliższy rok polega na „marszu w stronę centrum”. Nie przypadkiem Lech Kaczyński poparł ideę parytetów wyborczych dla kobiet czy też powiada, że chciałby, aby w sprawie in vitro został „osiągnięty kompromis”, co jest obliczone na pozyskanie przychylności środowisk lewicowych i liberalnych. Jednak dla elektoratu, dla którego ważne są wskazania Magisterium Kościoła, jest to trudne do zaakceptowania. Nie przypadkiem kilka dni przed ceremonią podpisania traktu lizbońskiego „odpalono” aferę hazardową, co miało odwrócić uwagę elektoratu patriotycznego od o wiele bardziej istotnego wydarzenia, jakim była zastanawiająca zgoda prezydenta na eurokonstytucję.
Jeżeli „marsz w stronę centrum” w ciągu najbliższych miesięcy nie przyniesie poprawy notowań Lecha Kaczyńskiego oraz Prawa i Sprawiedliwości, to wtedy stratedzy obozu prezydenckiego zalecają ostry „kurs na prawo” i ostrą patriotyczną retorykę. Celem tego manewru będzie utrzymanie jak największej części elektoratu chrześcijańskiego, konserwatywnego, niepodległościowego, solidarnościowego przy obozie braci Kaczyńskich i maksymalne blokowanie zasięgu inicjatyw innych środowisk prawicowych. Obserwując inspirowane słowami piosenki „i w prawo, i w lewo..” gry proponowane przez ekspertów, dla których polski interes narodowy najwyraźniej jest czczym frazesem, polityka to fetysz słupków sondażowych, a wyborcy to „ciemny lud”, któremu wszystko można wcisnąć, pojawia się pytanie o ich wiarygodność. Wiarygodni są bowiem ci, których czyny są zgodne z ich słowami. Natomiast krętactwo i dialektyka jestem przeciw, a nawet za – może przynieść odwrotny do oczekiwanego efekt. Straci się bowiem bezpowrotnie tych zwolenników, których się jeszcze miało, a nie zyska się nowych.


Jan Maria Jackowski
drukuj