Europejski blichtr w cieniu katastrofy
Od wczoraj Polska przewodniczy Unii Europejskiej. Rządzący krajem starają
się wykorzystać naszą prezydencję do wewnętrznych rozgrywek politycznych. Chodzi
o to, by "europejski blichtr" i fotografie prezydenta i premiera z europejskimi
przywódcami stanowiły ważny element toczącej się kampanii wyborczej. W ten
sposób Platforma Obywatelska liczy, że uzyska darmową i nielimitowaną przepisami
kampanii wyborczej reklamę w mediach. Tymczasem w 2008 roku rządząca koalicja
deklarowała, że obecną kadencję Sejmu i Senatu należy skrócić, by kampania
wyborcza nie toczyła się w trakcie prezydencji. Wówczas twierdzono, że spory
oraz konfrontacja między rządem a opozycją, dyskusja o nowej koalicji oraz
tworzenie nowego rządu spowodują, że premier i ministrowie będą skoncentrowani
na swoich karierach, a nie na zadaniach związanych z prezydencją.
Wybory parlamentarne w trakcie prezydencji mają swoje prawa. Już dziś
wiadomo, że tragedia smoleńska będzie jednym z wiodących wątków kampanii. I nie
dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość nie ma innych tematów, co z uporem maniaka
powtarzają prorządowi żurnaliści, ale z zupełnie innej i prostej przyczyny.
Katastrofa z 10 kwietnia 2010 roku oraz wyjaśnienie jej przyczyn jak w soczewce
ukazuje obraz i kondycję państwa polskiego oraz bylejakość i szkodliwość rządów
PO. Jak wiele było zapewnień najwyższych przedstawicieli władz, włącznie z
deklaracjami premiera Donalda Tuska, że uzyskamy od Rosji potrzebne do polskiego
śledztwa dowody, ile było obietnic dotyczących terminu przekazania tych
materiałów, włącznie z wrakiem tupolewa, który jest przecież polską własnością.
Kilkakrotnie zapewniano, że raport komisji Millera powstanie szybko, najpierw w
lutym 2011 roku, jak najszybciej po raporcie MAK, następnie w kwietniu, teraz
podobno jest, ale czyta go premier i problemem jest tłumaczenie na języki obce.
Widzimy zatem nieudolność, niekompetencję, wasalną mentalność wobec Moskwy i
całkowite oddanie jej inicjatywy oraz to, że rząd sztubackimi zagrywkami próbuje
ukryć prawdę przed opinią publiczną, którą na dodatek usiłuje bagatelizować i
traktować jak kradzież w garażu w Pikutkowie. Dlaczego? Bo nawet jeżeli w
raporcie znajdą się tezy, które już publicznie głosił minister Jerzy Miller – a
co wcześniej w swej propagandzie twierdzili Rosjanie, że wina za katastrofę leży
po polskiej stronie – to ewidentnie powinny nastąpić dymisje oraz akty
oskarżenia wobec wysokich funkcjonariuszy rządowych i wojskowych mianowanych
przecież przez rząd Platformy Obywatelskiej.
W tej sytuacji bardzo dobrze się stało, że Prawo i Sprawiedliwość ogłosiło
"białą księgę" w sprawie katastrofy smoleńskiej. Wynika z niej jasno, dlaczego
władza chce zamieść pod dywan sprawę rzetelnego wyjaśnienia przyczyn katastrofy.
Gdyby prawda o tragedii smoleńskiej ujrzała światło dzienne, to powinni zostać
odwołani niektórzy ministrowie. W "białej księdze" czytamy bowiem, że minister
spraw wewnętrznych i podległe mu służby "w sposób skandaliczny nie dopełnili
obowiązków zorganizowania ochrony Prezydenta Rzeczypospolitej i najważniejszych
osób w Państwie". Bardzo krytycznie zostały też ocenione działania ministra
obrony narodowej Bogdana Klicha, który był poinformowany o "fatalnym stanie
statków powietrznych eksploatowanych przez 36. Specjalny Pułk Lotnictwa
Transportowego, które nie zapewniały wymaganego poziomu przewozów VIP-ów".
Jarosław Kaczyński podkreślił, że odpowiedzialność za bezpośrednie przyczyny
katastrofy ponosi strona rosyjska. Jak mówił, gdyby nie zachowanie Rosjan, to
mimo wszystkich rzeczy, które robili przedstawiciele polskiego rządu, do
katastrofy by nie doszło. "I gdyby polski rząd postępował inaczej, to też by do
niej nie doszło".
Niewątpliwie tragedia smoleńska będzie jednym z wiodących tematów debaty
publicznej w najbliższych miesiącach. Rząd sam jest sobie winien zaistniałej
sytuacji, gdyż dla doraźnej koniunktury stracił z pola widzenia skutki
długofalowe swoich działań. Zapomniał także o ewangelicznej zasadzie: "Nie ma
bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajemnego, o czym
by się nie miano dowiedzieć" (Mt 10, 26).
Jan Maria Jackowski
