Emerytury zmaleją o połowę

Z prof. dr hab. Józefą Hrynkiewicz, kierownikiem Zakładu Polityki
Społecznej w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego,
kandydatką Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do Sejmu z regionu
rzeszowsko-tarnobrzeskiego, rozmawia Mariusz Kamieniecki

O co zapytałaby Pani premiera, który prowadzi kampanię wyborczą w autobusie?
Większość ludzi, których spotyka, pyta go, jak żyć za tysiąc złotych.

– Wcale mnie to nie dziwi. Ja jestem specjalistką od tych, którym się nie
powiodło, od wykluczonych. Interesuje mnie zmiana obecnego stanu, gdyż uważam go
za szkodliwy dla Polski i jej obywateli. Polityka wykluczania całych grup,
marginalizacji, pogłębiania różnic w położeniu materialnym, zamykanie dostępu do
stanowisk i pracy przynosi złe i groźne skutki. Premier Tusk powinien rozmawiać
o wykluczeniu grup i regionów na wschód od Wisły. Niech nie chwali się, że wie,
ile kosztują jabłka czy ziemniaki, to lepiej od niego wie każda polska
gospodyni. Chcemy wiedzieć, jak premier zamierza rozwiązać np. problemy kryzysu
demograficznego, ubóstwa rodzin z dziećmi. Jak zamierza pomóc rodzinom
opiekującym się osobami niezdolnymi do samodzielnej egzystencji? Jakie chce
zastosować instrumenty stymulujące powstanie nowych miejsc pracy, które pozwolą
młodym zdobyć dochód i własne mieszkanie? Czy będzie walczył o równe dopłaty dla
rolników? Jak zamierza odbudować gospodarkę? Polska już nic ważnego nie
produkuje. Ale premier Tusk nie chce rozmawiać na ważne tematy.

Dlaczego?
– Partnerem do rozmowy z premierem czy poszczególnymi ministrami są wyborcy –
chociażby powodzianie, którzy mimo tylu obietnic wciąż nie wrócili do swoich
domów. Teraz PO ich unika. Bo co ta partia ma społeczeństwu do zaoferowania? O
czym ma rozmawiać z wyborcami np. minister Katarzyna Hall? Może o tym, że co
czwarty polski maturzysta nie zdał w tym roku matury. Może porozmawiać z
minister Hall o szkolnictwie zawodowym, które jest kompletnie zdezorganizowane.
Może o systemie edukacji, który nie przeprowadza już nawet selekcji, tylko
segregację dzieci na te, które mają większe i mniejsze szanse. Premier Tusk może
odbyłby debatę z ogrodnikami spod Opoczna, którym huragan zniszczył warsztaty
pracy. Może z absolwentami szkół wyższych bez pracy, z bezrobotnymi. Rząd
powinien rozmawiać z grupami wykluczonymi, pokrzywdzonymi i powiedzieć, jak
zamierza zmienić ich położenie.

Mieszka Pani w Warszawie, ale ubiega się o mandat z Podkarpacia.
– To, że mieszkam w Warszawie, nie oznacza, że nie znam problemów województwa
podkarpackiego, a także województw takich jak świętokrzyskie, podlaskie,
lubelskie czy warmińsko-mazurskie. Są to regiony mi najbliższe. Od 20 lat
intensywnie zajmuję się warunkami życia na tych obszarach, zwłaszcza sytuacją
ludzi, którym jest najtrudniej. Tych zwłaszcza, którzy nie mają pracy i
dostatecznych środków, by wychować swoje dzieci. Tych, którzy mają tak niskie
świadczenia, że nie stać ich na leki, na opłaty za mieszkanie. Problemy
społeczne, którymi się zajmuję (ubóstwo, bezrobocie, wykluczenie społeczne), są
szczególnie widoczne na tych terenach, które najbardziej ucierpiały wskutek
transformacji. Także w regionach, które nie dostały nowych szans rozwoju. Tam
tkwi ogromny potencjał, głównie w ludziach, i trzeba go wykorzystać. A skutki
złej polityki państwa trzeba naprawiać, przede wszystkim w Sejmie, a więc w
Warszawie.

Od czego chce Pani zacząć?
– Jest wiele regionów w Polsce zaniedbanych przez rząd premiera Tuska; cała
choćby Polska na wschód od Wisły. Podział dochodu społecznego jest nierówny.
Mieszkając w Warszawie, widzę często, jak marnotrawione są środki, które z dużą
korzyścią można by spożytkować chociażby w województwie podkarpackim. Jednym z
ważniejszych problemów na Podkarpaciu jest kwestia zatrudnienia, zwłaszcza
wykształconej młodzieży. Jest tam około 20 tys. bezrobotnych z wyższym
wykształceniem. Podkarpacie to region ogromnych niewykorzystanych możliwości. To
region o wspaniałych walorach przyrodniczych, wybitnych zabytkach, które są
ciągle mało znane.
W okresie transformacji w dużej mierze polski przemysł, także na tym terenie,
został zniszczony. Inaczej postąpili Czesi, którzy nie pozwolili zniszczyć
własnego przemysłu. Niemcy, Francuzi wspierają swoje fabryki, stocznie,
przemysł. Natomiast w Polsce posłusznie zniszczono to, co było ogromnym
dorobkiem wielu pokoleń Narodu, co dawało wielkie szanse rozwoju. Zmarnowano
duży potencjał rozwojowy. Dziś trzeba walczyć o jego odbudowę.

Tymczasem mamy do czynienia z masową emigracją…
– To bardzo poważny problem, który dotyczy zwłaszcza młodych. W ostatnich latach
z Polski wyjechało ponad 2 mln 210 tys. osób. Wyjechali młodzi z ogromnym
potencjałem wiedzy, kwalifikacji i ambicji, pracowitości, przedsiębiorczości.
Ten "upust krwi" to ogromna, niepowetowana strata dla Polski. O emigracji
zarobkowej mówi się, niestety, zbyt mało. Emigranci bardzo ułatwiają sytuację
władzy: zmniejszają bezrobocie, nie potrzebują pracy, zasiłków dla dzieci,
mieszkań, ochrony zdrowia. Przysyłają pieniądze rodzinie. Oczywiście, jeżeli
ludzie chcą zdobywać doświadczenie, niech jadą, niech się uczą nowej techniki,
technologii, organizacji. Świat jest i powinien być otwarty. Niestety, nasza
młodzież jedzie – bo musi – do pracy śmieciowej, ciężkiej, brudnej, nisko
płatnej. Badaliśmy skutki emigracji do pracy zarobkowej rodziców dla rodziny,
wychowania dzieci. Dzieci wychowują się bez rodziców, którzy muszą pracować na
chleb poza własnym krajem. Tworzy to trudne, nierzadko dramatyczne sytuacje. Z
rozpaczą patrzę, jak w Polsce marnotrawi się ostatni tak duży potencjał
ludnościowy – młodych ludzi, którzy ogromnym wysiłkiem zostali tu wychowani,
wykształceni, a z ich pracy, talentu, pracowitości korzystają inne, bogatsze,
lepiej zorganizowane i dobrze rządzone społeczeństwa. W bliskim czasie w Polsce
może zabraknąć pracowników. Tymczasem młodemu pokoleniu Polaków władze
lekkomyślnie nie zapewniły ani pracy, ani miejsca do życia we własnym kraju.

Jakie obszary wymagają podjęcia najpilniejszych interwencji?
– Bardzo trudna jest sytuacja rodzin, które wychowują dzieci. Polska pod tym
względem jest ewenementem w Europie. W sytuacji kryzysu demograficznego w
najtrudniejszej sytuacji są rodziny wychowujące kilkoro dzieci. Około 40 proc.
dzieci żyje w biednych rodzinach. To trzeba zmienić natychmiast, angażując
lokalne środowiska, szkoły, organizacje obywatelskie, samorządy. W Polsce nie
może być dzieci głodnych, chorych. Tymczasem według danych GUS, co czwarte
dziecko do 14. roku życia ma chorobę przewlekłą. Co czwarty uczeń w tym roku nie
zdał matury. Tylko te przykłady pokazują, że wiele rodzin nie może być
pozostawionych bez pomocy. Kolejna sprawa to sytuacja młodych ludzi, którzy we
własnym kraju muszą mieć pracę, dochody, mieszkanie. To przecież podstawowe
warunki założenia i rozwoju rodziny, wychowania nowego pokolenia.

Z emigracją zarobkową wiąże się też problem osób starszych, które zostają w
kraju bez wsparcia, osamotnione.

– Znajdujemy się w przededniu wyżu ludzi starych. Ludzie, którzy urodzili się na
przełomie lat 40. i 50., weszli już w wiek emerytalny lub się do niego zbliżają.
To jest problem, o którym za mało się mówi, a wymaga bardzo poważnego
potraktowania. Za kilka, kilkanaście lat co czwarta osoba w Polsce będzie w
starszym wieku. Ciągle sądzi się, że tym osobom opiekę zapewni rodzina. Ale
wielu tej rodziny nie ma, bo pojechała daleko za chlebem. Potrzebne jest zatem
rozwiązanie, które zapewniłoby tym ludziom godną starość. Jest gotowa ustawa
opracowana w zespole powołanym jeszcze przez prof. Zbigniewa Religę, która ma
rozwiązywać problemy osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji. Jest ich w
Polsce około dwóch milionów. Większość żyje w dramatycznych warunkach. Problem
sam się nie rozwiąże, lecz narasta i wymaga szybkiego rozwiązania. Dotyczy to
także dzieci niepełnosprawnych od urodzenia, ofiar wypadków itd. Jednocześnie
już od 2014 r. nastąpi bardzo poważne obniżenie wartości emerytur. W stosunku do
przyznanych do 2008 r. będą o blisko połowę niższe.

Z czego to wynika?
– Z konstrukcji ustawowych, z ustawy o tzw. emeryturach kapitałowych (z 21
listopada 2008 r.). Emerytalny system kapitałowy, zbudowany według wzorów z
Ameryki Łacińskiej, pogrążył nasze finanse publiczne w ogromnym kryzysie.
Lokowanie funduszy emerytalnych na giełdzie przynosi wielkie straty (tylko w
lipcu otwarte fundusze emerytalne straciły ok. 12 mld zł). To bardzo trudny
problem, który musi być rozwiązany. Emerytura musi wystarczyć, by stary człowiek
był ekonomicznie samodzielny, tzn. mógł sobie kupić jedzenie, ubranie, opłacić
mieszkanie, kupić leki i zaoszczędzić parę groszy na czarną godzinę. Taka
minimalna emerytura musi być zapewniona wszystkim. Dotyczy to też inwalidów
pracy – rencistów, a także sierot pobierających renty rodzinne. To w kryzysie
trudne zagadnienie. Ale nie da się od niego uciec. Idę do Sejmu także po to, aby
m.in. te sprawy uporządkować, ucywilizować, żeby nie było w Polsce ludzi, którzy
nie mają na opłaty za mieszkanie czy na lekarstwo. Emerytury kapitałowe są
wielką nieuczciwością władzy. Za pomocą reklamowych sztuczek wmówiono, że ludzie
sami sobie poradzą, że niepotrzebna jest ani solidarność, ani państwo, ani pomoc
innych. To zła droga, którą Polska wybrała, gdyż prowadzi ona do rozbicia
solidarności społecznej i rodzinnej, pokoleniowej. Tymczasem doświadczenia
takich krajów jak Niemcy czy Francja pokazują, że tylko solidarne społeczeństwo
i silne państwa bronią najsłabszych ekonomicznie.

Problemu ubezpieczeń społecznych emerytur, rent nie rozwiązuje się w
regionie, lecz na szczeblu państwa.

– Dlatego tymi zagadnieniami chciałabym się zająć jako posłanka. Interesują mnie
takie rozwiązania systemowe, które nie powodowałyby, że koszty złych reform
gospodarczych, złych reform społecznych najmocniej obciążają ludzi najsłabszych.
Bogaci – a to bardzo ważne, aby Polacy mieli warunki do zamożności – zawsze
sobie poradzą. Natomiast ja zajmuję się polityką społeczną, interesuje mnie los
słabszych, którzy mają w życiu gorzej. Ich m.in. będę się starała do siebie
przekonać. Nie chcę żyć w kraju, gdzie ludzie nie są w stanie zapłacić za
mieszkanie, pomoc lekarza czy lekarstwa. To jest główny powód, dla którego
zdecydowałam się zrezygnować ze spokojnego, wygodnego życia profesora na
Uniwersytecie Warszawskim na rzecz służby publicznej.

Ma Pani aspiracje ministerialne?
– Interesuje mnie praca, w której będę mogła jak najlepiej wykorzystać moje
kwalifikacje, moją wiedzę, a także wiedzę dużego środowiska eksperckiego, z
którym od wielu lat współpracuję. Natomiast kto będzie ministrem, jest sprawą
wtórną i decyzją kierownictwa partii.

Dziękuję za rozmowę.

Profesor Józefa Hrynkiewicz specjalizuje się w systemowych rozwiązaniach
polityki społecznej, demografii społecznej oraz historii myśli społecznej. W
latach 1991-1992 była doradcą premiera Jana Olszewskiego ds. polityki
społecznej, a w latach 1992-2002 wiceprzewodniczącą Rady Społeczno-Ekonomicznej
przy Rządowym Centrum Studiów Strategicznych. W latach 2001-2006 była członkiem
Rady Społecznej Episkopatu Polski, a w trakcie prezydentury Lecha Kaczyńskiego
członkiem Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP. Pracowała również w
Kancelarii Sejmu RP jako ekspert oceniający koszty i skutki społeczne
realizowanych reform w dziedzinie edukacji, ochrony zdrowia, ubezpieczeń
społecznych, pomocy rodzinie oraz ich finansowania przez lokalne samorządy. Jest
autorką i współautorką szeregu książek, publikacji i artykułów, a także
ekspertyz, opinii i projektów badawczych z zakresu polityki społecznej. Przez 11
lat sprawowała funkcję rektora Wyższej Szkoły Ekonomiczno-Humanistycznej w
Skierniewicach.

drukuj