Czuwanie rozumu?

Adwentowe wezwanie do czuwania obejmuje także obowiązek czuwania nad
społecznym obiegiem moralnych pojęć kluczowych dla naszego działania. Mamy z tym
nieustanne problemy. Jak tu czuwać najpierw nad własnym sumieniem, skoro
spotykamy nawet takich duszpasterzy, którzy chyba nie wiedzą, czym jest
sumienie? Przekonuje się przecież nieraz, że jest to "uczucie", a nie sąd, czyli
akt rozumu, chociaż nawet Katechizm Kościoła Katolickiego (1777; por. encyklika
"Veritatis splendor" Jana Pawła II) sprawę stawia jasno i jednoznacznie:
sumienie niewątpliwie jest sądem, czyli właśnie aktem rozumu. Uczucia tylko
towarzyszą tym sądom, spełniając niezastąpioną rolę w nadawaniu mocy
kierowniczej funkcji sumienia. Bez wsparcia ze strony uczuć nasze sumienie (tak
jak i wszystkie inne umysłowe akty) byłoby "mdłe" i pozbawione siły wobec
kierowanego działania. Czyżby zatem wierzący niekiedy nie przejmowali się
zgodnością własnych moralnych i antropologicznych pojęć z tym, czego naucza ich
własny Kościół? Po cóż jednak ten autorytet, jeśli sumienie to emocjonalny "spontan"
i "odlot" rozumu?

Ostatnio krakowski "Znak" zafundował swoim czytelnikom artykuł, którego autor
zapewnia ze swadą, że nauczanie Kościoła katolickiego w sprawie antykoncepcji
obciążone jest elementarnymi błędami: zarówno fałszywymi przesłankami, jak i
niepoprawną logicznie argumentacją. Stąd też, zdaniem autora, stanowisko to jest
"formą przemocy argumentacyjnej" wobec sumień wierzących. Argumentacja Kościoła,
że antykoncepcja jest złem moralnym, miałaby bowiem "sprowadzać się do
twierdzenia: tak jest, bo tak jest! Jest ona nieracjonalna, bezzasadna i jej
oparcie na niezmiennym prawie naturalnym jest tylko pozorem". Stanowisko to
jakoby charakteryzuje się także "naiwnym i purytańskim (…) podejściem do
przyjemności".
Najdziwniejsze jest najpierw w tej wypowiedzi – i dopuszczeniu jej do głosu –
ukryte założenie, że ludzkość czekała aż ponad 2000 lat na to, aby wytropić ową
"przemoc argumentacyjną", "naiwne", "nieracjonalne" i "bezzasadne" stanowisko
Kościoła. Jeśliby autor miał rację, to zapewne sam Papież i polscy biskupi będą
zmuszeni ruszyć pod Kanossę w worach pokutnych, boso, z głowami posypanymi
popiołem, przynosząc też gratulacje i nagrody za jakoby wiekopomne odkrycie
polskiego autora, ratujące ludzkość przed zgubą zwodzenia sumień. A co będzie,
jeśli to raczej autor się myli, a nie między innymi Paweł VI, Jan Paweł II i
Benedykt XVI? Pozostawiono tę sprawę do rozstrzygnięcia czytelnikom, a nawet ich
gustom. Na pierwszy rzut oka autor bowiem traktuje sumienie jako dziedzinę
racjonalnej argumentacji, skoro formułuje kilka zarzutów pod adresem nauczania
Kościoła w spawie antykoncepcji. Jeśli jednak nie wyrażono w omawianym artykule
jakiejkolwiek troski o sprawdzenie, czy już na te zarzuty wielokrotnie nie
udzielono odpowiedzi (tymczasem napisano już tomy na ten temat!), wskazuje to,
że cała ta argumentacja jakoby w obronie sumień wierzących to tylko tzw. zasłona
dymna, aby ukryć z góry przyjętą aprobatę dla antykoncepcji. Aprobatę opierającą
się nie na trosce o rozpoznanie obiektywnej prawdy o dobru, ale na jakimś
własnym emocjonalnym "chce mi się". Jeśli jednak sumienie to spontaniczne
uczucie, a nie wgląd rozumu w obiektywną prawdę o dobru, to wtedy nie ma sensu
spierać się w sprawach dobra i zła, tak jak nie ma sensu się spierać, co jest
lepsze: pomidorowa czy ogórkowa. Czytelnikom pozostawia się zatem "wybór"
swojego stanowiska w sprawie antykoncepcji – i respektowanie autorytetu Kościoła
w tej kwestii – wedle kryterium "de gustibus non est disputandum".
Jeśli sumienie to emocjonalna spontaniczność, to i adwentowe czuwanie byłoby
tylko drzemką naszego rozumu i wolnej woli na fali naszej spontaniczności
emocjonalnej. Czy o to chodzi w Adwencie?

Marek Czachorowski

drukuj