Czciciele osła

Współcześni chrześcijanie niekiedy zdają się nie różnić od pierwszych, czyli niezłomnych chrześcijan, swoją widoczną pogodą ducha w obliczu prześladowań. Chociaż codziennie powtarza się starożytny katalog wyzwisk pod naszym adresem, to jako odpowiedź słyszymy niejednokrotnie milczenie. Milczenie również ma swoją wymowę, odsłaniającą prawdę, ale nie zawsze. Prawie zawsze trzeba także słowem i czynem bronić chrześcijaństwa przed zarzutami, ale już nie tyle w sprawie Trójcy Świętej, ile w kwestiach moralnych. W kwestiach bioetycznych i moralności seksualnej toczy się dzisiaj śmiertelne zmaganie o prawdę. Czy wzorem starożytnych chrześcijan gotowi jesteśmy za nią umrzeć, stracić pracę, zostać wyszydzeni?

 

Tutaj wielu chrześcijan zdaje się mniemać, że wystarczy samo już sformułowane nauczanie Kościoła katolickiego i należy darować sobie koszty obrony tej doktryny przed konkretnymi, a zwłaszcza umięśnionymi przeciwnikami. Przełyka się zatem z uśmiechem najcięższe zarzuty, całkowicie odpowiadające starożytnemu oszczerstwu, iż chrześcijanie czczą oślą głowę. I tak np. prezes Polskiego Towarzystwa Bioetycznego (prof. dr hab. Włodzimierz Galewicz) twierdzi w podręczniku akademickim („Początki ludzkiego życia”, UJ), że Kościół katolicki w sprawie sztucznego zapłodnienia in vitro oszukuje cały świat. Zdaniem bowiem prezesa, „nawet najwierniejsi członkowie, zarówno świeccy, jak i duchowni”, mieliby nie być przekonani za argumentacją swojego Kościoła przeciwko in vitro. Nie wiemy, skąd prezes zna stan duszy tych „najwierniejszych członków” „świeckich i duchownych”. Czyżby przeprowadzono jakąś ankietę wśród nich, czyli najpierw Papieża, kardynałów i biskupów, z której wynikałoby, że nawet dla owych „najwierniejszych członków” Kościoła jego argumentacja przeciwko in vitro jest „niezrozumiała”, a zatem „niewiarygodna”? Jeśli zaś takich badań nie przeprowadzono, to by znaczyło, że mamy tutaj do czynienia z jakimś najwyższej rangi przeciekiem… Tylko Bóg zna stan ludzkich umysłów, a więc i owych „najwierniejszych”, a zatem tylko On mógłby stwierdzić, że „najwierniejsi” Jego wyznawcy nie rozumieją, a zatem nie akceptują zakazu in vitro. Gdyby tak jednak było, to by znaczyło, że także ten jakoby Informator prezesa PTB zwodzi ludzkość, bo akceptuje to oszustwo swoich „najwierniejszych” czcicieli. Ma coś dobrego (in vitro), ale zakazuje go ludziom, łamiąc w dodatku sumienia wszystkich, a najpierw sumienia tych „najwierniejszych” swoich czcicieli. Chyba tę opowieść znamy: z pierwszego w dziejach wykładu z etyki, pod drzewem poznania dobra i zła. Dał się tutaj człowiek przekonać opowieścią, że stawia się mu irracjonalne wymagania. Gdyby tak było, to relacja człowieka wobec Boga byłaby relacją niewolnika i pana, a nie relacją syn – Ojciec. Czyżby polscy katolicy zgadzali się z tą diagnozą siebie samych? A może to z jakichś całkiem przyziemnych powodów niektórzy polscy katolicy i w tej sprawie tylko pięknie się uśmiechają, czekając na granty, honory itp.?
Mamy też w naszym kraju całe rzesze podobno niezwykle „miłujących polskiego Papieża”, jak twierdzą pytani i niepytani. Jeśli prezes PTB miałby rację, to polski Papież w wielu dokumentach broniący osobowej godności obdarzania istnieniem człowieka w sposób szczególny zwodziłby ludzkość. Albo polskiego Papieża należy zaliczyć do „najwierniejszych członków Kościoła”, a to by znaczyło – gdyby prezes miał rację – że Jan Paweł II forsował nauczanie potępiające in vitro wbrew własnym poglądom, albo też nie był „najwierniejszym członkiem Kościoła”. Ale i w tej bitwie o dobre imię Jana Pawła II nie chcą zginąć niektórzy polscy katolicy, mieniący się na co dzień miłującymi polskiego Papieża. Świat starożytny przyglądający się masakrowanym chrześcijanom nabrał błyskawicznie przekonania, że ci nieustraszeni ludzie są świadkami wiary godnej przyjęcia dla istoty rozumnej. Czy my takie wrażenie tworzymy? Czy może tworzymy wrażenie obojętnych na prawdę?

drukuj