Chorzy czy występni?

W epoce kultu nauk przyrodniczych, dzięki którym ma się nadzieję na
maksymalne przedłużenie przyjemności tego życia, odnotować należy szeroko
zadomowione zjawisko uznawania za chorobę tego, co z pewnością zasługuje na
miano moralnego występku. Wysyła się przecież do lekarza również narkomanów,
homoseksualistów i pedofilów. Zakłada się w ten sposób, że te zachowania są na
tej samej płaszczyźnie "poza dobrem i złem", co np. chorowanie na grypę,
miażdżycę czy cukrzycę. Wprawdzie i za swoje choroby w jakimś zakresie jesteśmy
odpowiedzialni – zdaniem Seneki, większość ludzi popełnia samobójstwo swoimi
sztućcami – to jednak patronat służby zdrowia nad ludzkimi występkami z góry
uniemożliwia pozbycie się ich. Inaczej przecież należy zająć się chorobą, a
inaczej radzić sobie należy z moralnym złem.

Medycyna roszcząca sobie kompetencje także w dziedzinie moralnych wad –
sprowadzająca je do problemów zdrowotnych – ma trudności nawet z leczeniem
niewątpliwych chorób, jak to na co dzień widzimy w szpitalach odurzonych
hałasem, bełkotem i rozwiązłością, bluzgających z ustawionych wszędzie
telewizorów. Nawet zdrowy i święty w takich niemoralnych warunkach szybko by się
wykończył, a co dopiero chorzy, niemający szansy na skupienie, modlitwę, poważną
rozmowę z bliskimi. Dziwne tylko, że akurat służba zdrowia nie zauważa, iż brak
spokoju musi poważnie utrudniać, a w niektórych przypadkach także uniemożliwiać
kurację, bo przecież człowiek jest istotą cielesno-duchową, a zatem bez
odpowiednich warunków duchowych i ciało musi mieć problemy.
Te problemy ze współczesną medycyną – jakże odległą od mądrości greckiej
medycyny Hipokratesa, strzegącej granic kompetencji medycyny i granic moralnego
poziomu (np. w klasycznych Atenach udzielających pomocy medycznej bezpłatnie, na
koszt państwa) – widzimy prawie w każdej dziedzinie naszego życia społecznego. U
nas nawet wojskiem dowodzi psychiatra, ale nikogo, także w NATO, nie niepokoi
specjalista od skalpela w roli militarnego sojusznika. Nie dziwią wielu także
chęci lekarzy, aby ze swadą zabierać głos i we wszystkich innych kwestiach,
również homoseksualizmu.
Do wydanej w naszym kraju książki Josepha Nicolosiego "Terapia reparatywna
męskiego homoseksualizmu. Nowe podejście kliniczne" – która zdaje sprawę z
sukcesów pomocy homoseksualistom w wyjściu z getta ich zniewolenia – dołączono
negatywną opinię na temat tej książki prof. Zbigniewa Lwa-Starowicza. Zamiast
jednak trzymać się w swojej recenzji granic medycznych kompetencji, ów
specjalista w tym zakresie formułuje twierdzenia wykraczające zdecydowanie poza
granice medycyny. Są to twierdzenia etyczne, ale niestety błędne. Wprawdzie
biada lekarzowi, który nie ocenia swoich czynów pod względem moralnym, ale
jeszcze bardziej daleki jest od humanistycznej medycyny (pamiętającej, że ma ona
do czynienia z człowiekiem), jeżeli ocenia błędnie, i to pod dyktando jakiegoś
aktualnego dyktatu "tak się robi". Taki jednak charakter ma wypowiedź
przywołanego tu lekarza, który twierdzi, że "wiele osób zorientowanych
homoseksualnie (…) samorealizuje się (…) w relacjach partnerskich", czyli
praktykując sodomię. Czy w ramach samej medycyny można sformułować twierdzenie,
iż ktoś urzeczywistnia się jako człowiek, a zatem z tego powodu jego działanie
należy uznać za moralnie dobre? Medycyna określa przecież tylko, co służy, a co
nie służy zdrowiu człowieka, a twierdzenie, które działania medyczne uszanowują
człowieka, czerpie z etyki (personalistycznej klasycznej etyki). Do właściwej
oceny moralnej jakiegoś działania nie wystarcza własne samopoczucie, jak
przekonuje Lew-Starowicz. Nawet niemieccy zbrodniarze wojenni czuli się wręcz
bohaterami moralności, jak to widzimy np. w przypadku Adolfa Eichmanna. Przed
wykonaniem wyroku śmierci miał nawet powiedzieć, że umiera za to, że był zbyt
dobry. Kanibale z pewnością również mają znakomite poczucie autorealizacji.
Takie najwyższe samooceny – pomimo osiągnięcia prawdziwego moralnego dna – są
konsekwencją zaślepiającej funkcji wad moralnych, na co zwracał uwagę już
Arystoteles. Najgorszym poziomem życia moralnego nie jest dokonywanie czynów
moralnie złych, ale ich samousprawiedliwianie. Co z tego zatem, że wielu
homoseksualistów aż mdleje ze szczęścia, deklarując swoje doskonałe moralne
samopoczucie? Przy ocenie ich czynów należy dokonać wglądu w obiektywną
rzeczywistość istoty człowieka i jego płciowości. Tym już jednak nie przejmuje
się w swojej recenzji prof. Zbigniew Lew-Starowicz.
Nie tylko nasze wojsko może przemienić się w gromadę wariatów, jeżeli zajmować
się nim będzie psychiatria, ale w tym samym niebezpieczeństwie znajdują się
homoseksualiści, których autorytetem medycyny zapewnia się, że w życiu
najważniejsze jest dobre samopoczucie.

Marek Czachorowski
 

drukuj