fot. PAP

Akcja poszukiwawcza zaginionego górnika przedłuży się

Ze względów bezpieczeństwa ratownicy muszą zbudować w wyrobisku tamę przeciwwybuchową, co potrwa dobę. Ostatniej nocy ratownicy uruchomili wentylator i przystąpili do budowy tzw. lutniociągu, za pomocą którego przewietrzają wyrobisko. Rano zadymienie w wyrobisku ograniczało widoczność do pół metra.

Kierownik Działu Energomechanicznego w kopalni Grzegorz Standziak powiedział dziennikarzom, że rano specjaliści zalecili budowę tamy przeciwwybuchowej przy wlocie do miejsca, którym powietrze wpływa do zagrożonego rejonu. Chodzi o zabezpieczenie ratowników, którzy w poszukiwaniu górnika będą szli do chodnika nadścianowego; stężenia gazów grożą wybuchem lub zatruciem gazami – wyjaśnił.

„Taka tama pozwala na jej szybkie zamknięcie i jednocześnie kontrolowanie ilości powietrza, które wpuszczamy do rejonu” – wyjaśnił Standziak. „Akcja nie została wstrzymana i wstrzymana nie będzie, dopóki nie wyciągniemy naszego pracownika” – podkreślił inżynier.

Budowa tamy potrwa około doby, dopiero później będzie kontynuowana budowa lutniociągu. Do czasu wybudowania tamy można zbudować 150 m lutniociągu – na taką też odległość od wlotu wyrobiska będą na razie mogli wejść ratownicy. Oznacza to, że akcja będzie spowolniona. „My tam posyłamy ludzi, nie roboty. Musimy dbać o ich bezpieczeństwo” – podkreślił Standziak.

Na dole pracuje na zmianę 8-10 zastępów ratowniczych. Jeden z nich jest bezpośrednio w miejscu, drugi go asekuruje. Według inżyniera nie da się w tej chwili przesądzić, czy w kopalni doszło do zapalenia, czy też do wybuchu metanu. „To określą specjaliści, kiedy na spokojnie będzie można dokładnie przeanalizować zapisy wszystkich czujników, które były w tym rejonie. Wstępna hipoteza jest taka, że był to wybuch – tak wynika z opisu ludzi, którzy stamtąd uciekali” – powiedział Standziak.

W poniedziałek wieczorem w należącej do Katowickiego Holdingu Węglowego kopalni Mysłowice-Wesoła doszło do zapalenia bądź wybuchu metanu. W strefie zagrożenia na głębokości 665 m znajdowało się wówczas 37 górników. 36 wyjechało na powierzchnię, 31 trafiło do szpitali. 18 najpoważniej rannych przewieziono do Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich. Siedmiu z nich, nieprzytomnych, umieszczono na oddziale intensywnej terapii. Stan pięciu z nich specjaliści uznali w środę po południu za „bardzo ciężki, stabilny”, a dwóch najciężej poszkodowanych – za „bardzo niestabilny, krytyczny”.

Lekarz dyżurny CLO powiedział, że od środowego popołudnia stan zdrowia pacjentów nie zmienił się. Szerszych informacji ma udzielić jeszcze w czwartek kierownictwo placówki. Okoliczności wypadku badają w odrębnych postępowaniach prokuratura i nadzór górniczy. Prokuratorzy i przedstawiciele Wyższego Urzędu Górniczego będą sprawdzali także doniesienia o nieprawidłowościach, które miały poprzedzić poniedziałkowy wypadek. Chodzi m.in. o sygnały, że kopalnia nie zareagowała odpowiednio na podziemny pożar.

Kopalnia przekazała już prokuraturze zapisy kopalnianych czujników mierzących stężenia gazów w ostatnich miesiącach. Odnosząc się do pojawiających się po wypadku pogłosek o fałszowaniu czujników w kopalni, Standziak powiedział kategorycznie, że jest to wykluczone.

„Nie posyłamy ludzi na śmierć. Zresztą ci ludzie, to przecież nie są marionetki. Mają świadomość tego, gdzie idą” – podkreślił. Przypomniał, że wśród poszkodowanych są ratownicy górniczy i osoby dozoru. „Nie mówcie, że mamy tam samobójców” – podsumował.

 

 

PAP/TV Trwam News

drukuj