Adopcja czy manipulacja prenatalna?

Jedną z subtelniejszych kwestii dotyczących złożonego zagadnienia in vitro jest tzw. adopcja prenatalna (AP). Na temat jej oceny moralnej toczy się dyskusja (od połowy lat 90.) w środowiskach, dla których aborcja, antykoncepcja i in vitro są w sposób oczywisty praktykami nieludzkimi. Jeśli sprawa oceny in vitro jest wyjątkowo jasna – byleby tylko nie poddawać się uczuciu lęku wobec opinii „szerokich kół”, co w sposób szczególny paraliżuje rozum – to ocena tzw. adopcji prenatalnej jest subtelniejszą kwestią. Nie znaczy to jednak, aby się nią z tego powodu nie zajmować. Można bowiem odnieść wrażenie, licząc poświęcone tej sprawie wypowiedzi czy publikacje, że nieraz staramy się tę trudniejszą kwestię omijać, tak jakbyśmy mniemali, iż używanie rozumu musi go zużywać. Oprócz tego poddani jesteśmy zastraszaniu przed „głosem ludu” jakoby spragnionego ratowania życia na drodze „adopcji” ludzkich embrionów powstałych podczas procedury in vitro. Ręce potrzebne do boju muszą nam też opaść, kiedy słyszymy szeroko rozpowszechnianą opowieść, że Kościół katolicki nie zajął w tej sprawie ostatecznego stanowiska i jakoby „stanowi to kwestię otwartą”. Jak jest naprawdę?

Niewątpliwym faktem jest najpierw wyjątkowa jednomyślność w sprawie AP środowisk, które pozytywnie oceniają in vitro, a są wśród nich „pracownicy” zatrudnieni przy tym nieludzkim procederze. Co najmniej z logiką jednak nie są w stanie konfliktu, bo skoro czymś słusznym miałaby być manipulacja zaistnieniem człowieka, to w konsekwencji usprawiedliwiona musiałaby być ta manipulacja odnośnie do okresu rozwoju ciąży.
W gronie pozytywnie oceniających AP znajdujemy jednak także tych, którzy usprawiedliwiają to działanie tylko w przypadku żywienia intencji ratowania życia dziecka. Na drodze in vitro zaistniało tysiące ludzkich embrionów, które w stanie zamrożenia przetrzymuje się w laboratoriach. Czyż nie należy ratować ich życia na drodze przeniesienia ich w łona decydujących się na to bohaterskich kobiet? Taką praktykę nieraz nazywa się „adopcją prenatalną”, ale niektórzy zwracają uwagę na nieadekwatność tego określenia interesujących nas działań. Czym innym jest adopcja już urodzonego, czyjegoś dziecka, a czym innymi jest zajście w ciążę za przyczyną implantacji czyjego dziecka poczętego na drodze in vitro.
Dla współczesnej neomanichejskiej mentalności pojawiają się jednak problemy z odróżnieniem obydwu istotnie różnych działań. Traktowanie ludzkiego ciała jako pozaosobowej sfery, materiału do dowolnego traktowania, musi prowadzić do pojmowania osobowego dialogu z własnym dzieckiem – poczętym za przyczyną własnego męża, który to stan nazywamy „ciążą” – jako czegoś na podobieństwo stanu po spożyciu np. pomidora, jakiś czas obecnego w ciele, a później to ciało częściowo opuszczającego. Tymczasem okres ciąży to fakty na zupełnie innym piętrze: to nie tylko czas pobytu jakiegoś egzemplarza homo sapiens w brzuchu kobiety, ale czas i proces komunikacji własnego dziecka z jego własną matką za przyczyną jej miłosnego związku z tym oto, konkretnym mężczyzną, jej własnym mężem. Przyjmując we własne łono cudze dziecko, gwałci się zatem osobowy sens kobiecego macierzyństwa i osobowy sens męskiego ojcostwa oraz osobowy sens ich związku. Okres ciąży traktuje się jako fakt poniżejosobowy, biologiczny, który można oderwać od aktu poczęcia na drodze aktu miłosnego. W sytuacji AP kobieta wchodzi w swoje macierzyństwo nie za przyczyną swojego męża, a w jej macierzyństwie jej mąż nie odczytuje znaku jego własnego obdarowania, znaku ich własnej miłości. Nie on ją tutaj obdarował ich własnym dzieckiem, nie ona jego obdarowuje tutaj ich własnym dzieckiem. Oto zatem, w jaki sposób AP wprowadza kolejne rozdziały w świat miłości małżeńskiej. Jeśli antykoncepcja rozdziela miłość od płodności, a in vitro rozdziela prokreację od miłości, to AP rozdziela okres ciąży od momentu poczęcia, tak jakby bez tego właściwego „początku” sama ciąża miałaby być sobą.
„Adopcja prenatalna” jest zatem niczym koń trojański wprowadzony do wnętrza miłości małżeńskiej, od której prokreacja nie może być oderwana na żadnym swoim etapie, w tym także na etapie ciąży. Nie tylko poczęcie winno nastąpić podczas aktu miłosnego – wyrażającego miłość małżeńską – ale także rozwijające się dziecko w łonie matki nie ma być owocem aktywności ginekologa, ale owocem małżeńskiego „razem” małżonków. AP ten związek rozrywa i z tego powodu – zdaniem niektórych bioetyków, np. N. Tonti-Filippiniego, W.E. Stempseya SJ, C. Althusa, W.B. Smitha, T. Pacholczyka – zasługuje raczej na miano manipulacji. Wskazuje się na to jednoznacznie także w dokumentach Kościoła katolickiego, wbrew nieraz rozpowszechnionej opinii, jeszcze w czasach pontyfikatu Jana Pawła II. Już w adhortacji „Donum vitae” (1987) jest mowa o „nadliczbowych embrionach” jako „wystawionych na absurdalny los, bez możliwości ofiarowania im bezpiecznych, moralnie dopuszczalnych, warunków przetrwania”. Ponieważ trwa spór na temat interpretacji tej – moim zdaniem – jasnej wypowiedzi, to należy ją odczytać także w świetle przemówienia Jana Pawła II z 24 maja 1996 r., który mówi, iż: „Nie ma moralnie godziwego rozwiązania, które zapewniłoby ludzką przyszłość wielu tysiącom zamrożonych embrionów, choć przecież mają one i zawsze zachowają swoje podstawowe prawa i tym samym winny być chronione przez prawo jako ludzkie osoby”. Przypomniano tę wypowiedź w adhortacji „Dignitas personae” (2008), co jeszcze raz podkreślił kardynał W.J. Levada w przemówieniu podczas tegorocznego kongresu „Bóg źródłem życia” w Radomiu. Jakich świateł nam jeszcze potrzeba?


Marek Czachorowski
drukuj