
Opis zdjęcia: Protestujący w obronie krzyża w Miętnem podczas nabożeństwa w kościele w Garwolinie, fot. diecezja.siedlce.pl
40. rocznica obrony krzyża w Miętnem. G. Cygan: Bez krzyża nie pójdziemy dalej. Życie bez wartości to jeden wielki chaos
Życie bez wartości to jeden wielki chaos. To jest jak jazda samochodem bez przestrzegania przepisów o ruchu drogowym. Nie widzę innej drogi niż oparcie się na wartościach. Krzyż to symbol największego poświęcenia, oddania, szacunku dla człowieka. Bez tego nie pójdziemy dalej. Widzimy, że świat jak nigdy dotąd bardzo potrzebuje miłości i wartości, które wypływają z krzyża – wskazuje w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Grzegorz Cygan, uczestnik zwycięskiej obrony krzyża w Zespole Szkół Rolniczych w Miętnem w powiecie garwolińskim.
Nasz Dziennik: 7 czerwca odbywają się jubileuszowe obchody związane z 40-leciem pamiętnych wydarzeń, które rozegrały się w Zespole Szkół Rolniczych w Miętnem. Ze szkolnych sal i korytarzy zniknęły krzyże. Co pamięta Pan z tamtego okresu?
Grzegorz Cygan: Byłem wtedy w przedmaturalnej klasie. Była to typowo męska klasa, bo chodziliśmy do pięcioletniego technikum mechanizacji rolnictwa. Rozpocząłem naukę w 1980 roku, więc wydarzenia, które nas spotkały, przypadły na czwarty rok naszej wspólnej nauki. Mówię o tym dlatego, że po kilku latach znaliśmy się już na tyle dobrze, że wiedzieliśmy, kto z nas miał mocne ręce, odważnego ducha i wielkie serce. To bardzo nas scalało. W większości pochodziliśmy z rodzin katolickich. Cała klasa, czterdziestu chłopaków, uczestniczyła w lekcjach religii, które wtedy odbywały się poza szkołą, w parafii Garwolin.
Taki wspólny fundament stanowił zatem nieocenioną wartość.
To jeszcze bardziej nas cementowało. Dlatego zdjęcie krzyża było dla nas szokiem i nieporozumieniem. Przyznam, że kiedy po latach wspominam tamte wydarzenia, to budzi się we mnie refleksja, że była to najbardziej wartościowa lekcja wychowawcza w moim życiu. Na zawsze pozostawiła ślad mówiący o wartościach, jakimi powinien kierować się człowiek, aby być godnym imienia dziecka Bożego. Były to dla nas kwestie naprawdę nieprzemijające i ważne, wyniesione z naszych rodzinnych domów, przez wiele lat kształtowane przez dziadków i rodziców.
To niespodziewane wydarzenie wymagało zdecydowanej reakcji?
Nie można było przejść wobec tego obojętnie, ponieważ było to bardzo bolesne przeżycie. Poza tym przyszliśmy do szkoły z nadzieją, że będziemy zdobywać wiedzę, a także pielęgnować nasze wartości. To wszystko było dla nas oczywiste.
Obecnie obserwujemy pewną atomizację społeczeństwa, niejednokrotnie ludzie są od siebie oddaleni. Dlatego łatwiej odgórnie narzucić im idee i próbować usuwać krzyże?
Kiedy myślę o wydarzeniach sprzed 40 lat i o tym, co się teraz dzieje, co się nam proponuje w Warszawie – jest to po prostu kolejny policzek, coś niezrozumiałego. Na czym my chcemy budować? Jakimi wartościami mamy się kierować? Przecież wszyscy doskonale wiemy, że życie bez wartości to jeden wielki chaos. Naprawdę szokujące jest to, że ktoś potrafi proponować takie rzeczy. To jest ogromna zniewaga nie tylko dla krzyża i chrześcijan, ale także dla polskiego Narodu, który przez wieki czerpał siłę z tego symbolu.
Czym dla Pana jest krzyż?
To dla mnie największy symbol miłości, bo Jezus na tym krzyżu umarł za wszystkich bez wyjątku. Ludzie tego nie rozumieją. Cieszyliśmy się wówczas, że krzyż wrócił do szkoły, ale oczywiście było to okupione poświęceniem, bo każdy z nas miał swoją historię. Wielu z nas doświadczyło problemów związanych z dalszą nauką i egzaminem maturalnym.
Panu udało się skończyć edukację w tej szkole?
Będąc rok przed maturą, mogę powiedzieć, że byłem jeszcze w dobrej sytuacji. Miałem rok do skończenia szkoły i z nadzieją patrzyłem w przyszłość. Trzeba jednak zaznaczyć, że był to trudny czas. Myślę, że post o chlebie i wodzie ks. bp. Jana Mazura zaważył na tym, że doszło jednak do konkretnych rozmów i decyzji, które spowodowały, że krzyż wrócił do szkoły. Ja tę szkołę skończyłem. Zdałem maturę bardzo dobrze, ale to, co się później działo, było bardzo przykre. Mimo że znalazłem się wśród nagrodzonych w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Wiedzy i Umiejętności Rolniczych w Siedlcach, co gwarantowało mi indeks na wyższe studia bez egzaminu, zostałem pominięty. Pieczątka szkoły z Miętnego zdradzała mnie jako uczestnika tamtych wydarzeń.
Obrona krzyża miała dla Pana jeszcze inne konsekwencje…
Tak. Sytuacja ta spowodowała, że wszyscy znaleźliśmy się w wielkiej niepewności. Pozostanie w szkole, jak i zmiana placówki nie dawały gwarancji, że uczeń zda egzamin maturalny. Nawet dobre wyniki z egzaminu nie dawały pewności dostania się na studia. Zdecydowałem się przystąpić do egzaminów wstępnych do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Wszystko wyglądało dobrze, dwa egzaminy pisemne zdałem, uwierzyłem w siebie, że mogę się dalej uczyć. Przyszedł czas ostatniego egzaminu ustnego. Moje dokumenty leżały na stole komisji. Kiedy się tam znalazłem, widziałem, że przeglądano je z wielką uwagą. W nich znajdowała się dobrze zdana matura, wpisane były też trzy olimpiady, w których brałem udział, i to chyba wzbudziło ciekawość. W pewnym momencie zapytano mnie wprost, czy jestem z tej szkoły, w której miała miejsce obrona krzyża. Potwierdziłem. Niestety, jak się później okazało, nie znalazłem się na liście przyjętych osób. Byłem rozgoryczony. Miałem na tyle odwagi, że bezpośrednio zapytałem, czy może wystąpił jakiś błąd i nie ma mnie na liście. Od komisji dowiedziałem się, że zabrakło mi pół punktu. To był kolejny policzek, który został wymierzony z powodu tamtych wydarzeń. Czułem się zagubiony. Potem otrzymałem wezwanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej.
Jaka była wtedy Pana reakcja?
Wiedziałem, że nie mam szans dalej się uczyć. Upłynęło kilka miesięcy od matury i wtedy podjąłem decyzję, że od tego czasu reżyserem mojego życia będzie Pan Bóg. Odkładam wszystkie swoje plany, ambicje i powierzam się całkowicie Bogu i temu, co dla mnie przygotował. Człowiek ma różne plany, ale nie zawsze są one zgodne z wolą Bożą. Pogodziłem się z koniecznością pójścia do wojska, pomimo innych rad ze strony rodziców. Pan Bóg wszystko uporządkował. Byłem w jednostce kilka kilometrów od domu, w Górze Kalwarii. Jeszcze przed wojskiem grałem na organach w szkolnym zespole muzycznym i moim marzeniem było to, aby kiedyś dotknąć klawiszy organów w kościele. To mnie pociągało, kochałem pieśni sakralne i religijne. Pod koniec służby wojskowej rozpocząłem zajęcia z gry na organach w instytucie szkolenia organistów w Warszawie. Ponieważ byłem blisko domu, dostałem przepustkę stałą i w każdą niedzielę grałem Panu Bogu.
Powierzył Pan swoje życie Bogu. Co chciałby Pan przekazać młodemu pokoleniu, jeśli chodzi o obronę wartości, krzyża, bo ta walka cały czas przecież trwa?
Tak jak już wspomniałem, życie bez wartości to jeden wielki chaos. To jest jak jazda samochodem bez przestrzegania przepisów o ruchu drogowym. Nie widzę innej drogi niż oparcie się na wartościach. Krzyż to symbol największego poświęcenia, oddania, szacunku dla człowieka. Bez tego nie pójdziemy dalej. Widzimy, że świat jak nigdy dotąd bardzo potrzebuje miłości i wartości, które wypływają z krzyża.
Jacek Sądej/Nasz Dziennik


