157 lat. Chór Święta Cecylia z Chełmży – opowieść która nie milknie
Ponad półtora wieku historii. Chór mieszany Święta Cecylia z Chełmży, założony w 1869 roku, to najstarszy tego typu zespół w Polsce – instytucja wyróżniona papieskim odznaczeniem „Pro Ecclesia et Pontifice”. Ale za tą historią stoją konkretni ludzie: ci, którzy śpiewali kiedyś i ci, którzy robią to dziś.

Między tradycją a zmianą. Opowieść o ludziach, którzy śpiewają mimo wszystko.
O tym, czym dziś jest chór, opowiadają jego członkowie i liderzy:
Nikodem Sołtys – tenor, wieloletni chórzysta i były prezes, który spędził w zespole niemal ćwierć wieku; Hanna Jeżewska – obecna prezes chóru, związana z nim od ponad dwóch dekad; Tomasz Niżygorocki – dyrygent, który odpowiada za jego współczesne brzmienie i kierunek rozwoju.
Ich głosy układają się w jedną opowieść – o pasji, zmianie i świecie, który coraz mniej sprzyja wspólnemu śpiewaniu.
Wejście, które zmienia wszystko
Droga do chóru rzadko jest oczywista. W przypadku Nikodema Sołtysa była przede wszystkim… odkładana. Przyznaje, że przez lata krążył wokół tej decyzji, choć muzyka była mu bliska od zawsze.
– Zawsze mi się podobał śpiew chóralny. To była pasja mojego życia – chodziłem na koncerty, słuchałem, podziwiałem. Ale zawsze się bałem obowiązków. Bo jeśli się powie A, to trzeba powiedzieć i B. A wtedy te obowiązki spadają na głowę i człowiek już nie ma odwrotu.
Do chóru trafił dopiero po długim czasie namów.
– Chłopcy mnie namawiali chyba z dziesięć lat. W końcu któregoś dnia przyszedłem. Nie wiedziałem, jaka będzie atmosfera. Znałem ludzi prywatnie, ale nie wiedziałem, jak to wygląda w środku.
Pierwsze zetknięcie z chórem okazało się zaskoczeniem – i przełomem.
– Zawsze patrzyłem na nich z dołu. Chór był wysoko, to była taka nobilitacja. A jak wszedłem na górę, to się okazało – ciasno, ludzi masa, ścisk niesamowity. I wtedy się zastanawiałem: czy to naprawdę tak wygląda?
Odpowiedź przyszła natychmiast.
– Nie wiedziałem, czy to chór poważny, czy wesoły. A okazało się, że bardzo wesoły. I wtedy już wiedziałem – zostaję.

Atmosfera, której nie da się opisać słowami
Z czasem dla Nikodema Sołtysa coraz ważniejsze stawało się to, co dzieje się między nutami. Podkreśla, że chór to nie tylko muzyka, ale przestrzeń relacji i codziennych spotkań.
– To nie jest tylko śpiewanie. To jest życie towarzyskie. Spotykamy się, rozmawiamy, śmiejemy się. To jest część życia, w której się uczestniczy przez lata.
Wspomina też ludzi, którzy tę atmosferę tworzyli.
– Mieliśmy takiego pana Zenka. Człowiek o niesamowitym humorze. I podczas bardzo poważnego momentu – wszyscy na kolanach, cisza, skupienie – on potrafił zrobić coś takiego, że człowiek aż podskoczył. To było nie do uwierzenia. I wtedy pomyślałem: będzie wesoło.
Muzyka, która zmienia przeżycia
Jednocześnie nie ma wątpliwości, że śpiew w chórze ma wymiar głębszy niż tylko artystyczny. Nikodem Sołtys mówi o tym jak o doświadczeniu, które dojrzewa z czasem.
– Jesteśmy chórem kościelnym. I to mi się bardzo podoba, bo te wszystkie ceremonie z chórem wyglądają inaczej. To nie jest taka zwykła Msza. To ma oprawę, to ma emocje, to ma sens.
I dodaje:
– Niektóre utwory powodują, że człowiek się wzrusza. I to się pogłębia z wiekiem. Człowiek coraz bardziej to przeżywa, coraz bardziej to rozumie. To nie jest tylko śpiewanie – to jest jakieś przeżycie wewnętrzne.
Trudny początek, który decyduje o wszystkim
Z zupełnie innej perspektywy patrzy na to dyrygent Tomasz Niżygorocki. Dla niego kluczowy jest moment wejścia nowych osób – i to, czy przetrwają pierwsze tygodnie.
Wyjaśnia, że początki w chórze są trudniejsze, niż się wydaje.
– Jak ktoś przychodzi do chóru, to na początku jest bardzo trudno. Nie zna ludzi, nie zna swojego głosu, nie wie, jak śpiewać. I co najważniejsze – nie słyszy efektu.
To właśnie brak natychmiastowego rezultatu jest największym wyzwaniem.
– Dzisiaj jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że wszystko działa szybko. A tutaj trzeba czasu. Trzeba pracy, cierpliwości. I dopiero po czasie przychodzi moment, kiedy nagle wszystko zaczyna się składać.
Ten moment – jak podkreśla – zmienia wszystko.
– Stajemy razem i słyszymy: to brzmi. I wtedy pojawia się to poczucie – warto było.
Problem, który zaczyna się poza chórem
Tomasz Niżygorocki wskazuje jednak, że trudności nie zaczynają się w chórze, ale znacznie wcześniej – w systemie edukacji. Mówi o tym wprost:
– Nie ma edukacji muzycznej. I to widać bardzo wyraźnie. Ludzie przychodzą i zaczynają od zera. Nie wiedzą, jak pracować głosem, jak słuchać innych, jak funkcjonować w zespole.
Z jego perspektywy to zmiana pokoleniowa o ogromnych konsekwencjach.
– Kiedyś ten kontakt z muzyką był naturalny. Dziś trzeba wszystko tłumaczyć od podstaw. Czym jest fraza, jak się oddycha, jak się słucha drugiego człowieka.
Repertuar musi być prawdziwy, nie „historyczny”
To podejście przekłada się bezpośrednio na wybór repertuaru. Dyrygent podkreśla, że nie ma miejsca na ślepe odtwarzanie przeszłości.
– Repertuar musi być dostosowany do tego, kto śpiewa. Ja muszę patrzeć na ludzi, którzy stoją przede mną – jakie mają możliwości, jakie doświadczenie.
I zaznacza wyraźnie:
– Nie możemy śpiewać czegoś tylko dlatego, że kiedyś było śpiewane. Jeśli to nie zabrzmi dobrze, to nie ma sensu tego robić.
W jego podejściu liczy się jakość.
– Zasada jest prosta: albo robimy coś dobrze, albo nie robimy tego wcale. Kościół nie jest miejscem na bylejakość.

Wspólnota, która wykracza poza schematy
Dyrygent zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt – ten, który trudno zaplanować, a który często okazuje się najważniejszy. Mówi o spotkaniu ludzi, którzy na co dzień funkcjonują w różnych światach. Mają rożne prace, obowiązki, rodziny, światopogląd. Nie są muzykami.
– Do chóru trafiają bardzo różne osoby. Z różnymi doświadczeniami, różnym podejściem do życia. I nagle okazuje się, że potrafią stanąć obok siebie i robić coś wspólnie.
Dodaje jednak tę myśl z dużą ostrożnością i pokorą:
– Ja zawsze patrzę na to w ten sposób, że jeśli ktoś tu trafia i zostaje, to znaczy, że jest w tym jakiś sens. Że to nie jest przypadek.
I podkreśla:
– My wykonujemy swoją pracę, ale są rzeczy większe, które dzieją się ponad nami. I może właśnie dlatego to wszystko ma wartość.
Chór to także codzienność, której nie widać
Na zupełnie innym poziomie o funkcjonowaniu chóru opowiada Hanna Jeżewska, która jako prezes widzi go od strony organizacyjnej. Zwraca uwagę, że za muzyką kryje się bardzo konkretna rzeczywistość.
– Chór to nie jest tylko śpiewanie. To też bardzo przyziemne rzeczy – organizacja, logistyka, finanse. Trzeba zadbać o nuty, o wyjazdy, o bieżące funkcjonowanie.
I dodaje:
– W dużej mierze utrzymujemy się sami. To są składki członkowskie, czasem jakieś wsparcie przy okazji wydarzeń, ale generalnie to jest praca oddolna.
Podkreśla, że to buduje odpowiedzialność.
– To nie jest tak, że przychodzi się tylko pośpiewać. Człowiek widzi, że trzeba o to zadbać, że to wymaga zaangażowania.

Relacje jako fundament
Jednocześnie Hanna Jeżewska wraca do tego, co – jej zdaniem – jest najważniejsze i niezmienne.
– To, co nie jest mierzalne, to atmosfera i relacje. Tego się nie zapisze w nutach. A to właśnie zostaje. W chórze każdy głos jest ważny, a świadomość, że wspólnie budujemy coś większego niż my sami, bardzo motywuje. Koncerty, projekty i przygotowania do występów dają nam cel, a atmosfera współpracy sprawia, że chce się wracać. Dlatego nawet przy napiętym grafiku ludzie znajdują czas — bo chór to miejsce, które nie zabiera energii, tylko ją oddaje.

Mówi o tym jak o czymś osobistym.
– Śpiewanie razem działa jak najlepsza terapia — pozwala się zatrzymać, odetchnąć i zrobić coś tylko dla siebie. Ja z tego chóru wynoszę przede wszystkim ludzi. Znajomości, przyjaźnie. I z dawnego składu i z obecnego.
I dodaje:
– Pomimo tego, że skład się zmienia, że ktoś przychodzi, ktoś odchodzi – te relacje nadal są. I to jest ogromna dodana wartość.

Świat się zmienił i chór też musi
Prezes nie ma wątpliwości, że największą zmianą ostatnich lat jest zmiana podejścia młodych ludzi. Opisuje ją bez oceniania, ale bardzo konkretnie.
– Kiedyś przychodziły całe rodziny. Matka z synem, żona z mężem, potem dzieci. To było naturalne. Dlatego było nas tak dużo.
Dziś wygląda to inaczej.
– Młodzi traktują to bardziej jako projekt. Przychodzą, sprawdzają, czy im się podoba. Trochę są, trochę ich nie ma.
I dodaje:
– Kiedyś jak ktoś się zobowiązał, to był na lata. Teraz świat jest inny. Jest więcej możliwości, więcej rzeczy, które odciągają uwagę.
Nowe narzędzia, nowe podejście
Zmienia się też sposób pracy.
– Dzisiaj mamy nagrania, mamy materiały, możemy ćwiczyć w domu. To bardzo pomaga. Każdy może się przygotować, może pracować samodzielnie.
Porównuje to z przeszłością:
– Kiedyś nuty były tylko na próbie. Teraz każdy może wrócić do tego w domu. To zupełnie inna jakość pracy.

Coś więcej niż muzyka
Chór Święta Cecylia nie jest już taki jak kiedyś. Zmienił się świat, zmienili się ludzie, zmienił się sposób pracy. Ale jedno się nie zmieniło: potrzeba wspólnego śpiewania. I dlatego ten chór trwa nieprzerwanie od 1869 roku… Właśnie dzięki ludziom.
Justyna Zembrzuska/radiomaryja.pl



