Zima wasza, wiosna nasza
Ze Stanisławem Markowskim, fotografikiem, filmowcem,
kompozytorem, rozmawia Agnieszka Żurek.
W ostatnich tygodniach przez Polskę przechodzi fala protestów w
obronie Telewizji Trwam. Nasi rodacy uczestniczący tysiącami w marszach bronią
nie spraw materialnych, ale wartości.
– Telewizja Trwam jest naszą społeczną telewizją, którą musimy mieć i do
której mamy prawo. Ale problem jest szerszy. Myślę, że obok marszów w obronie
wolności słowa będą narastały także inne – przeciwko całej polityce rządu.
Sądzę, że na wiosnę dojdzie do kulminacji protestów przeciwko tej władzy. Czas
już dojrzał. Nie przejmujmy się za bardzo sondażami. Pamiętam, kiedy jeszcze w
marcu i kwietniu 1980 roku władza także wspierała się sondażami, a potem nagle
wybuchła "Solidarność".
Czuje Pan teraz w powietrzu podobną atmosferę?
– Mam już pewne doświadczenie. Obserwując rzeczywistość od wielu lat,
wyrobiłem sobie "nosa" i jestem w stanie pewne rzeczy dostrzec, a inne
przewidzieć. 31 marca 1980 r. fotografowałem na Rynku w Krakowie miejsce, gdzie
przed kilkoma godzinami spalił się Walenty Badylak w proteście przeciwko
kłamstwu o zbrodni katyńskiej, a gdzie tego dnia gromadzili się ludzie, kładli
tam kwiaty i zapalali znicze. Pamiętam, że wróciłem wtedy do domu i powiedziałem
do żony: "Zobaczysz; dwa-trzy miesiące i Polska wstanie". Za kilka miesięcy
powstała "Solidarność". To była ta ostatnia kropla, która przelała czarę. Śmierć
Badylaka naprawdę nie poszła na marne.
Podobnie jak śmierć poległych w Smoleńsku.
– Z pewnością – tak. Miałem swój skromny udział w doprowadzeniu do tego, że
Prezydent Lech Kaczyński z Małżonką zostali pochowani na Wawelu. Zabiegałem o
to, używając wszelkich możliwości. Dostałem za to później e-maile z pogróżkami,
że trzeba mnie zabić. Prosiłem o pomoc w tej sprawie m.in. śp. biskupa Albina
Małysiaka, cudownego człowieka, wielkiego patriotę, który zresztą dokładnie w
dniu pogrzebu Pary Prezydenckiej miał obchodzić 50-lecie sakry biskupiej. Z tych
obchodów zrezygnował na rzecz pogrzebu Pary Prezydenckiej na Wawelu. Spośród
osób, które mnie otaczały, prawie nikt nie wierzył w powodzenie tego
przedsięwzięcia. Działo się to właściwie w ciągu jednej nocy. Powstały grupy
działające na rzecz tego, aby przekonać o słuszności idei pochówku na Wawelu
Pary Prezydenckiej Jarosława Kaczyńskiego. Jarosław Kaczyński wahał się, miał
już dość upokarzania swojego brata. Była w nim nieufność spowodowana tym, co
działo się właśnie w Krakowie w momencie zaproponowania w Radzie Miasta Krakowa
przyznania Panu Prezydentowi honorowego obywatelstwa Miasta. Poprosić Jarosława
Kaczyńskiego o zgodę musiał ks. kard. Stanisław Dziwisz. I stał się chyba cud.
Ta decyzja otworzyła jednak puszkę Pandory. Zorganizowano protesty. Brało w nich
udział 200-300 osób, ale zostały one mocno nagłośnione przez główne media.
Oczywiście pogrzeb z wszelkimi honorami odbył się i dzisiaj Lech i Maria
Kaczyńscy leżą między królami, u boku Marszałka Józefa Piłsudskiego. To był czas
wielkiego przełomu. Sadzę, że ta tragedia nas nie tylko nie złamała, ale jeszcze
wzmocniła, wyprostowała. Z pewnością Polska po 10 kwietnia 2010 r. to już nie ta
sama Polska. Wtedy rozpadła się III RP. Dlatego szybko zawiązana koalicja
strachu przystąpiła do ofensywy. Ale oni już nie mają wyjścia, muszą zaciskać
szczęki tak, że wreszcie się uduszą. Dzieje się to z wielką stratą dla Polski,
która na szczęście na nich się nie kończy.
W marszach pamięci każdego 10. dnia miesiąca, a teraz w marszach w
obronie Telewizji Trwam uczestniczą tysiące ludzi.
– Krakowski marsz w obronie wolnych mediów był wyrazem protestu przeciwko
decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, jak również przeciwko temu, co
dzieje się w świecie mediów i mafijnie sprawowanej władzy. Obecny reżim
podejmuje decyzje arbitralnie, z naruszeniem prawa, uwzględniając jedynie własne
interesy i interesy tych, od których jest uzależniony. To są w większości grupy
postkomunistycznych oligarchów, często powiązane z obcymi służbami. Jednym z
ważniejszych narzędzi w ich rękach są media komercyjne, dysponujące olbrzymimi
środkami finansowymi. To staje się coraz bardziej widoczne. Marsz krakowski
protestował przeciwko takiemu wynaturzeniu władzy.
W czasie marszu odśpiewano hymn "Solidarności".
– Było to bardzo wzruszające, gdy na koniec marszu dziesięć tysięcy ludzi
odśpiewało pieśń "Solidarni", do której słowa napisał zmarły w zeszłym roku
Jerzy Narbutt, a muzykę – ja. Jerzy Narbutt, człowiek niezłomny i wielki
patriota, absolutny kontestator rzeczywistości pookrągłostołowej, w ostatnim
telefonie do mnie, przed śmiercią powiedział: "Pamiętaj, ta pieśń jest nie tylko
hymnem "Solidarności", to jest pieśń wszystkich wolnych Polaków. Gdzie tylko
możesz, tam ją śpiewaj, zwłaszcza wśród młodych". Staram się to robić.
Co było dla Pana szczególnie ważną wartością marszu?
– Połączenie sił rozproszonych do tej pory środowisk patriotycznych. Różnice
między nami zawsze będą się zdarzały i musimy nauczyć się z tym żyć. Ważne
jednak, żeby umieć połączyć się we wspólnym działaniu, na rzecz dobra wspólnego,
jakim jest Polska. Myślę, że krakowski marsz pokazał, iż jest to możliwe. Sądzę,
że osiągnięto cztery cele: po pierwsze, przybliżamy moment, w którym Telewizji
Trwam zostanie przydzielona koncesja na nadawanie na pierwszej cyfrowej
platformie naziemnej. Po drugie, pokazaliśmy, że nie będziemy patrzeć biernie,
jak rządzący szargają nasze prawa i naszą Konstytucję, że gotowi jesteśmy bronić
wolności. Po trzecie, potrafimy się zjednoczyć we wspólnej sprawie. Po czwarte
wreszcie, odzyskujemy odwagę i wolę walki, co widzi zarówno władza, jak i
pozostała część społeczeństwa.
Warto zatem iść dalej.
– Protesty w obronie Telewizji Trwam – zarówno w formie organizowania
marszów, jak i zbierania podpisów – trzeba kontynuować w całej Polsce. Jestem
zresztą przekonany, że tak właśnie będzie. Chodzi teraz o to, żeby zaktywizować
społeczeństwo. To, że ludzie się nie angażują, wynika w przeważającej mierze z
tego, że nie wierzą, iż ich zaangażowanie może mieć na cokolwiek wpływ.
Tymczasem ci ludzie, którzy zdecydowali się wziąć udział w krakowskim marszu i
którzy później do mnie dzwonili, mieli tak szczęśliwe głosy, jakich dawno nie
słyszałem. Odnaleźli oni we wspólnym, solidarnym działaniu poczucie wolności i
wspólnoty. Szykują się już na następne marsze – mimo że wielu z nich wcześniej
nie uczestniczyło w podobnych wydarzeniach.
Uczestnikom marszu nie brakowało humoru. Skandowano na przykład:
"Chodźcie z nami, moherami!".
– Oczywiście. Ludzie stopniowo uodparniają się na chamstwo i pogardę władzy.
Wykorzystują jej język z ironią i dystansem. Określenia w rodzaju "moherowych
beretów" nie są zresztą niczym nowym. Pamiętam, jak niedługo po objęciu urzędu
premiera do redakcji "Tygodnika Powszechnego" zawitał Tadeusz Mazowiecki. W
spotkaniu uczestniczył m.in. Jerzy Turowicz i Krzysztof Kozłowski. Padło wtedy
zdanie: "Wreszcie mamy władzę. Teraz zagrożeniem jest zaściankowy katolicyzm,
ciemnogród". Ktoś powiedział: "A komuniści?". "Nie, komuniści się podkształcili,
powysyłali dzieci za granicę, oni już inaczej żyją i inaczej myślą. Z nimi można
się porozumieć".
Bronisław Geremek także miał życzyć sobie ""Solidarności" bez Matki
Boskiej w klapie".
– Tak. A myśmy to przespali. To nie były frazesy. To były początki rasizmu
kulturowego i religijnego dzielącego społeczeństwo na jego "lepszą" i "gorszą"
część. Ością im stoi w gardle nasz patriotyzm i wiara, przywiązanie do
niezmiennych wartości. Coraz bardziej się alienują i de facto na własne życzenie
marginalizują. Dojrzewa nowa elita, godna miana polskiej inteligencji. Elita,
która utożsamia się z Narodem i czuje odpowiedzialność za społeczeństwo na
płaszczyźnie intelektualnej i duchowej. W tym jest wielka nadzieja. Trzeba
dokładnie wczytać się w Testament Jana Pawła II. Można dostrzec w nim źródło
naszej odnowy. Słowa: Bóg, Honor Ojczyzna, to nie jest tylko pięknie brzmiące
zawołanie. Dziś, tak jak kiedyś, jest to najważniejszy imperatyw w zmaganiach o
kształt Polski.
Ta nowa elita jest już "sprawdzona w boju"?
– Pan Bóg przeprowadził nas przez pustynię. Doświadczyliśmy czasu postu i
pokuty. Nic nie stało się bez przyczyny. Nic nas nie rozgrzesza, ale i nic nas w
sposób ostateczny nie determinuje. Musimy być odpowiedzialni, korzystając z
wolności. Polska nie kończy się na nas, nie kończy się nawet na naszych
dzieciach ani na naszych wnukach. Będzie trwała. Każda władza przemija. Obecna
władza przeminie szybciej, niż jej się wydaje.
Nie ma Pan wrażenia, że wiele działań przeciwko Polakom obraca się
czasem na ich korzyść? Jan Dworak przeprowadził ogromną akcję reklamową
Telewizji Trwam.
– Oczywiście, że tak. Działania KRRiT spowodowały ogromne umocnienie pozycji
Telewizji Trwam. Moi znajomi, którzy wcześniej nie oglądali tej Telewizji,
zaczęli ją oglądać niejako "na przekór" działaniom Jana Dworaka i stali się jej
ogromnymi fanami. Dworak mówi o sześciu tysiącach oglądających tę Telewizję. To
ohydne kłamstwo. Kiedy patrzę na to, komu KRRiT przyznała koncesję, nie
przyznając jej jednocześnie Telewizji Trwam, mam wrażenie, że te kanały
przeznaczone są dla prymitywów. Ale widać członkowie Krajowej Rady to lubią.
Jaki pan, taki kram. Jeśli włączy się te kanały ludziom normalnym, natychmiast
je przełączą. To jest zbyt daleko posunięty absurd, aby mógł pozostać.
Marsze w obronie Telewizji Trwam tworzą wspólnotę?
– Tak. Jest to ludziom potrzebne. Tak jak na wojnie żołnierze nie mogą
siedzieć cały czas w koszarach. Naszą bronią są słowa, my sami, nasze sztandary
i nasze hasła. Korzystajmy z tego. Mamy do tego pełne prawo. Przyglądajmy się
także przygotowywanej obecnie nowej ustawie o zgromadzeniach publicznych.
Rządzący mogą chcieć przemycić w tej ustawie zapisy, które ograniczą naszą
wolność i w tej dziedzinie.
Ustawa jest przygotowywana w związku z Euro 2012?
– Możliwe. Myślę, że Euro 2012 może się obrócić przeciwko władzy. Euro miało
być propagandowym sukcesem, a tymczasem wszystko się chwieje. Władza chce
igrzyskami i propagandą zastąpić realne życie. A to może wkrótce obrócić się
przeciwko niej. Na wszelki wypadek wzmacnia siły policyjne. Wie, co robi.
W drugą rocznicę tragedii smoleńskiej dojdzie do masowych protestów?
– 10 kwietnia powinniśmy godnie, ale bardzo mocno uczcić pamięć ofiar
Smoleńska. Ważne jest teraz także, żeby ambicje osobiste nas nie zdominowały.
Nie możemy w ramach naszej strony dzielić się na "silniejszych" i "słabszych",
lepszych i gorszych, działających od dawna i tych, którzy dopiero się pojawili.
Kiedy organizowaliśmy marsz w Krakowie, byłem chory, ale dzwoniłem, pisałem
e-maile, robiłem, co się da. Byłem szczęśliwy, kiedy oglądałem marsz w
internecie. Szli wszyscy – młodzi, starzy, ludzie na wózkach, rowerzyści,
dzieci. Powinniśmy zrobić tak, jak na Węgrzech – z rozmaitych tworzących się
ruchów społecznych utworzyć wspólny front.
Czyli połączyć "archipelagi polskości", o co apelował profesor
Andrzej Zybertowicz.
– Tak. Profesor Zybertowicz poza ogromną wiedzą ma także genialną intuicję.
Jest to niezwykły umysł i ogromny talent. Cieszę się, że mamy nowe elity. Ta
część społeczeństwa, która chce wiedzieć, która szuka informacji o tym, co się
dzieje, zyskała już olbrzymią świadomość. Jeśli ktoś chce znaleźć informacje, to
do nich dotrze. Może wejść do internetu, przeczytać "Nasz Dziennik" albo "Gazetę
Polską", może słuchać Radia Maryja i oglądać Telewizję Trwam i odnaleźć
informacje na tematy, które w innych mediach są przemilczane bądź zakłamywane.
Jeśli ktoś będzie szukał prawdy, to ją znajdzie. Na ludzi niemających ochoty
szukać prawdy nie ma co liczyć w żadnym momencie.
Coraz trudniej chyba udawać, że nie wie się, co dzieje się w kraju.
– To, co robi obecna władza, zaczyna w tej chwili dotykać dna. Następuje
obnażenie jej niemocy w utrzymywaniu państwa jako harmonijnego organizmu.
Zaczyna się destrukcja. Widzimy to chociażby w służbie zdrowia, edukacji, w
mediach właśnie. Widzimy, co dzieje się na kolei, z drogami, z wojskiem, ze
służbami, które nie chronią już państwa. Mamy do czynienia z wielkim
marnotrawstwem pieniędzy, z przyznawaniem sobie przez rządzących olbrzymich
premii. Rządzący oderwali się od społeczeństwa, oderwali się od życia. Nie służą
już nikomu poza sobą.
Utrzymanie władzy jest jednak ich racją bytu.
– Dzisiaj ludzie władzy boją się już nie tyle utraty stanowisk, ile tego, że
staną przed Trybunałem Stanu za zdrady, za tolerowanie korupcji i sianie
nienawiści w społeczeństwie, za upadek nie tylko dobrych obyczajów, ale i za
rozkładanie kultury narodowej. Chcemy Polski praworządnej i musimy ją odzyskać i
odbudować. Na nowotworze nie da się zbudować zdrowej tkanki. Trzeba odrobić to,
czego nie zrobiono po 1989 roku, to, do czego dążył rząd premiera Jana
Olszewskiego i rząd Jarosława Kaczyńskiego. Musimy wrócić do idei i do całego
przesłania 1980 roku, które z kolei zakorzenione było w nurcie wielowiekowej
myśli niepodległościowej, państwowotwórczej i chrześcijańskiej, w myśli i nauce
błogosławionego Jana Pawła II. A to szlachectwo zobowiązuje.
I każdy z nas ma tutaj coś do zrobienia.
– Śpiewam "Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie" z mieszanymi uczuciami. Mam
wrażenie, że Pan Bóg patrzy na nas i myśli: "Sami zacznijcie, to wam pomogę!".
Każdy z nas musi zatem uwierzyć, że jego działania mają wpływ na
rzeczywistość?
– Jeden człowiek może zrobić bardzo dużo, więcej niż myśli. Często uważamy,
że jesteśmy coś w stanie zmienić dopiero jako zbiorowość. Oczywiście, twórzmy
zbiorowość, ale pod jednym warunkiem – każdy z nas musi być gotowy, aby dać z
siebie maksymalnie dużo. Musimy być gotowi iść w marszu choćby w pojedynkę.
Uświadomiłem to sobie, kiedy zostałem poszarpany w Marszu 11 listopada. Szedłem
pod Grób Nieznanego Żołnierza, niosąc portret śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego
i jego Małżonki. Na placu Matejki chciano mi ten portret wyrwać. Poszarpano mnie
przy tym porządnie. Nie dałem sobie jednak wyrwać portretu. Miałem wtedy
świadomość, że niosę cząstkę Polski, niosę portret Prezydenta. Oczywiście,
szedłem razem z innymi ludźmi, towarzyszyły mi dwie panie ze sztandarami i
chłopczyk z kwiatami. Tak chcieliśmy wejść przed Grób Nieznanego Żołnierza.
Usłyszałem: "Ten portret nie wejdzie". Odpowiedziałem: "Wejdzie". I zaczęło się.
Kiedy stałem w kolejce do oddania hołdu, rzuciło się na mnie dwóch
funkcjonariuszy po cywilnemu. Po jakimś czasie napastnicy dali mi spokój,
ponieważ zobaczyli, że na placu powstaje zamęt i coraz więcej ludzi widzi to, co
się dzieje. Rozgrywało się to zresztą na oczach harcerzy, wojska, pocztów
sztandarowych zagranicznych gości, dyplomatów. Skierowałem skargę do prokuratury
i zostało już w tej sprawie wszczęte śledztwo.
Pojedynczego człowieka łatwo zaatakować, wielotysięczny marsz można
natomiast w prorządowych mediach po prostu przemilczeć. Nawet jeśli tak się
stanie, to i tak marsze działają chyba "wzmacniająco" na ich uczestników.
– Ludzie często są pogrążeni w depresji, czują się osamotnieni. Nie widzą
wyjścia z tak trudnej ich zdaniem sytuacji. Nasze państwo atomizuje polskie
społeczeństwo. Tworzy podziały zarówno między całymi grupami społecznymi, jak i
pomiędzy poszczególnymi ludźmi. Tymczasem jeśli wyjdziemy z domu, połączymy nie
tylko nasze myśli, ale i czyny, poczujemy się lepiej, spotkamy ludzi podobnie
jak my zaniepokojonych o los Polski. Marsze zawsze są bardziej "energochłonne"
niż listy, petycje i artykuły, ale mają one ogromne znaczenie. Artykuły i
felietony są natomiast ich duchowym zapleczem, formą przygotowania. Służą temu,
żebyśmy, zyskując wiedzę i ugruntowując się w wierze, pogłębiając naszą
świadomość w czasie dochodzenia do prawdy, zdobywali silne zaplecze duchowe i
trwałą motywację do działania. Myślę, że ten etap mamy już w dużym stopniu za
sobą.
Prawica się "utwardziła"?
– Tak myślę. Teraz potrzebujemy pewnych działań organizacyjnych. Władzę
należy zmienić szybko, bo każde przedłużanie obecnych rządów jest ogromnie
szkodliwe dla naszego kraju. Im dłużej będą one trwały, tym trudniej będzie nam
później odbudowywać Polskę. Nie czas na dopominanie się o naprawę istniejącego
systemu, tak jak kiedyś mówiło się o "socjalizmie z ludzką twarzą". Teraz trzeba
gruntownych i zdecydowanych zmian systemowych i politycznych państwa.
Herbert powiedział: ""Socjalizm z ludzką twarzą" to jest dla mnie
widmo zupełnie nie do zniesienia. Potwór ma mieć twarz potwora. Ja nie
wytrzymuję takich hybryd, ja uciekam przez okno z krzykiem".
– Podoba mi się także to, co powiedział Herbert o estetycznym wymiarze dobra.
Prawda i piękno zawsze idą razem. Kłamstwo i brzydota także. Bez prawdy nie ma
piękna, nie ma sztuki. Jest antykultura. I to właśnie jest teraz Polakom
serwowane. Tam, gdzie pojawia się kłamstwo, zawsze następuje degradacja kultury.
Kiedy w organizmie pojawia się nowotwór, wtedy trzeba go wyciąć. Po to, aby nie
szkodził dłużej całemu organizmowi. A potem odbudujemy kraj i nawet nasi
dzisiejsi przeciwnicy kiedyś nas docenią.
Po tym, jak zderzą się z rzeczywistością?
– Obecnie wielu ludzi żyje w świecie wirtualnym. W swoim ostatnim felietonie
radiowym w Radiu Kraków w marcu 2010 roku – następny mi już zdjęli i powiedzieli
"do widzenia" – użyłem sformułowania, że kiedy pijany kierowca wiezie pijanych
pasażerów i kiedy jadą oni zygzakami, to bardzo im się taka jazda podoba dopóty,
dopóki autobus się nie rozbije. Wtedy nawet ci pijani będą mieli do niego
pretensję i będą krzyczeć: "To wina kierowcy, był pijany!". Ale jak się fajnie
jechało. Tymczasem pasażerowie mogą być wstawieni, ale kierowca już nie. A my w
tej chwili mamy do czynienia z taką sytuacją. Siedzimy w autobusie prowadzonym
przez pijanego kierowcę. Taka sytuacja podoba się wielu, póki nie zetkną się oni
z tragedią – śmiercią bliskich, chorobą czy osamotnieniem. Tusk proponuje
Polakom balangę. Wszystko trwa jednak do czasu.
Wydaje się, że coraz więcej pasażerów nie ma ochoty na dalszą jazdę z
pijanym kierowcą.
– Tak naprawdę liczą się elity. Kadry są ważne, bo one promieniują. Tak jak
powiedział Ojciec Święty – żeby zapalić innych, trzeba samemu płonąć. Świeca,
która sama nie płonie, nie zapali drugiej świecy. Jeśli walczymy w dobrej
sprawie, jeśli jesteśmy po stronie prawdy – Bóg nam pomoże!
Dziękuję za rozmowę.
