Zdzisiulek w świętych obcowaniu
Blask białej pościeli, szpitalnych świateł na sali intensywnej terapii. Ból rozstania przeszywający serce: „Przecież widzę, Zdzisiulek, ksiądz umiera…”. Odrzucam takie myśli. Ksiądz oplątany żyłkami podającymi tlen chwyta moją dłoń, mocnym głosem – jak ułan – umawia się ze mną: – Aniulku, pamiętasz? Jesteśmy w świętych obcowaniu, na zawsze, przy sobie, przy Polsce, przy Katyniu! Umówiliśmy się, tam zawsze będziemy razem, w świętych obcowaniu!
– Tak, Zdzisiulku, nauczyłeś mnie wiary do dna, wiary w świętych obcowanie. Nie bój się, ja w to naprawdę gorąco wierzę, przecież jest już z nami w świętych obcowaniu i ojciec Marian, i ojciec Majdański, jesteśmy i będziemy razem – odpowiadam.
Takie było nasze pożegnanie. Na sali intensywnej terapii. Potem… minął miesiąc. I spotkaliśmy się znowu. Ksiądz Prałat Zdzisław Peszkowski, profesor, ułan – w szpitalnym łóżku, zamyślony nie nad chorobą, a nad Polską, nad sprawami Katynia… Siedział, taki zadbany, okryty kocykiem szpitalnym. Pełen nadziei, że jeszcze możemy tyle zrobić, gdy – wypuszczą Go wreszcie do domu!
Świętych obcowanie – to była Jego codzienna droga, gdy wciąż, przy każdej sposobności, odwoływał się do swoich przyjaciół – współwięźniów z obozu w Kozielsku, oficerów Wojska Polskiego pomordowanych w Lesie Katyńskim. ONI byli przy Nim zawsze. Był im winien Prawdę. Uczył mnie, bym nie wątpiła, że „ONI tutaj są! Przy nas, Aniulku, pomagają nam w dobijaniu się o to, co im się należy, o Prawdę o Polsce”.
Jakoś „po ludzku” trudno było mi to poczuć w sercu, chociaż wierzyłam.
Przy mnie stoją od dzieciństwa moi najbliżsi, babcia Emilia, która uczyła pierwszej modlitwy, dziadek Adam zadręczony w więzieniu w Mińsku, przyjaciele alpiniści, których zasypała lawina. Ale jakoś ze wstydem opowiadałam Księdzu Prałatowi o tym, że czuję obecność ich wszystkich, szczególnie w tych najtrudniejszych chwilach. I Ksiądz Prałat wtedy aż krzyknął: „Przecież Oni są! W świętych obcowaniu!”.
Tak samo mówił ojciec Marian Żelazek. Tak mówił ojciec – ksiądz arcybiskup Kazimierz Majdański, gdy wspominał swoich współmęczenników z obozu w Dachau.
31 października 1993 roku o godzinie 13.30 spod kościoła Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu wyruszyliśmy busem Telewizji Polskiej z Warszawy do Rosji, do Katynia. My, czyli ekipa filmowa, wraz z bohaterem filmu, jaki mieliśmy nakręcić, z Księdzem Prałatem Zdzisławem Peszkowskim. Bagażnik – po sufit zapchany zniczami od Rodzin Katyńskich. Mieliśmy nazajutrz, 1 listopada, o godz. 9.00 filmować Mszę św. odprawianą przez Księdza Peszkowskiego tam, w Katyniu. Wydawało się to niemożliwością, w takim tempie zdążyć przez Białoruś, Rosję. Wtedy Ksiądz modlił się: „ONI pomogą, zdążymy, ONI pragną tego, by Polska o ich ofierze się dowiedziała! Świętych obcowanie! Przecież ONI tutaj są!”.
Ekipa milczała. O czym tak naprawdę Ksiądz mówi? A jednak rano, przed godz. 5.00, byliśmy w Smoleńsku. Kierowca jechał bez ustanku… Ksiądz spał albo się modlił. 1500 kilometrów. Padaliśmy z wyczerpania, a On okrywał kocykiem „panią reżyser”. Wtedy powiedział: – Pani redaktor, ONI się o nas troszczą, dasz radę, Prawda Katynia tam czeka, pani redaktor – Aniulek!
I odtąd ekipa filmowa nazywała Księdza Prałata „Ksiądz Zdzisiulek”. W Telewizji Polskiej wszyscy „robotnicy” tak mówią o swoim kapelanie. Technicy transmisyjni, operatorzy, montażyści, dźwiękowcy, oprawcy muzyczni (ci, którzy dobierają muzykę do filmów), informatycy, kierowcy… To robotnicy od najcięższych prac przy tworzeniu i emitowniu programów telewizyjnych. „Nasz Zdzisiulek”.
Odprawiał tę Mszę św. w Lesie Katyńskim, na śniegu, ołtarz – z pudełka od butów. Wołał do Nich, jakby Las był pełen Jego przyjaciół. (Film miał tytuł „Pielgrzym pojednania”, zdobywał nagrody za autentyzm przekazu religijnego).
W 1993 roku, w lipcu, Ksiądz Prałat był moim gościem na obronie pracy dyplomowej w Akademii Obrony Narodowej. Wzbudził sensację – pierwszy duchowny w murach Wydziału Operacyjno-Strategicznego, w dodatku na obronie u cywila! U kobiety! Moim kolegom dowódcom, przyszłym generałom – rozdawał książkę o Katyniu. Na jej okładce było czarno-białe zdjęcie Księdza Prałata pochylonego nad rzędami czaszek polskich oficerów, przestrzelonych na wylot, wydobytych z dołów śmierci. Pamiętam pytanie jednego z tych kolegów dowódców: – To byli polscy oficerowie? Tacy jak my?
I odpowiedź Księdza Prałata: – ONI tu są, przy nas, Polska się odrodzi w Prawdzie, to przecież mogliście być Wy…
Jesienią 1993 roku wiedzieliśmy świetnie, że trzeba jak najszybciej, „póki rządzi 'Solidarność'”, nagłośnić sprawę Katynia. Przywrócić prawo do narodowej świadomości, jak mówił Zdzisiulek. Pojawiły się kolejne, zaplanowane na ponad dwa lata, wspólne działania, Księdza i moje. Filmy, Rok Katyński w Telewizji Polskiej, akcja pomocowa „Most Pomocy Polakom w Kazachstanie” – aby uświadomić Polakom tutaj, ilu jest ich tam, wciąż na zesłaniu, zapomnianych, niechcianych (bo będzie z nimi tutaj kłopot, jak mówili wtedy politycy), a wśród nich przecież tylu jeszcze wywiezionych za to, że ich ojcowie, bracia byli zabijani w Katyniu, Miednoje, Charkowie. Ksiądz Zdzisiulek stał przy mnie, gdy ruszał samolot wojskowy, bombowiec, na Boże Narodzenie 1994 roku do Karagandy, z 12 tonami leków i darów, do Polaków zesłańców. Po raz pierwszy od ponad pół wieku! Potem – transmisja z placu Piłsudskiego, następnie w czerwcu 1995 roku pierwsza satelitarna transmisja z Katynia, nasza szarża telewizyjno-ułańska na Las Katyński – ustawiliśmy tam wszystkie kamery, wozy transmisyjne, satelitarne przekaźniki. Musiało się wszystko udać – by cały świat zobaczył, usłyszał, jak Ksiądz Prałat, rotmistrz, woła pod niebo Apel Przebaczenia i Pojednania do Rosjan z ziemi nasiąkniętej krwią polskich oficerów, Jego przyjaciół z obozu. Ksiądz Prałat zapewniał nas, 56 najlepszych specjalistów techniki transmisyjnej TVP, operatorów i mnie, reżysera, że „ONI tu są, wokół nas, proszą o wołanie i modlitwę za ich cierpienie, o Prawdę dla Polski”.
Nasz Zdzisiulek. Przyjaciel, ojciec duchowy wielu z nas, tych dziwnych ludzi z Telewizji Polskiej. Tyle było nawróceń wśród nas za Jego sprawą, tyle spowiedzi z całego życia, po 18 latach, albo i dłużej… Potem udzielał rozgrzeszeń, ślubów, chrzcił telewizyjne dzieci, odprawiał pogrzeby dziennikarzy, filmowców, operatorów. Sam już był chory, zmęczony ponad siły ludzkie, ale zawsze dla nas – Zdzisiulek.
Tej niedzieli, 7 października, jeszcze rozmawialiśmy przez telefon, tak bardzo chciał być w domu, u siebie. Oczywiście, aby pracować dla ukochanej Polski, dla Katynia. Ostatni jego plan to namówić pana Andrzeja Wajdę, aby dodał przed swoim filmem „Katyń” dużą planszę z napisami, kto, kiedy, kogo zamordował, ilu było oficerów zamordowanych, i by dokładnie nazwał tych, którzy mordowali i – za co. Że za Polskę. I za to, iż ci oficerowie stanowili kwiat polskiej inteligencji. I że wymordowano tych, którzy przekazywaliby mądrość i patriotyzm, doświadczenie inteligenckie następnym pokoleniom Polaków.
Bo według Zdzisiulka – brakuje Polakom rozumu… Brakuje wzorców, mędrców i mężów stanu. Że taki stan polskich umysłów, jaki jest dzisiaj, chciał osiągnąć – mordując oficerów – Stalin.
I mamy wciąż wołać, jak prosił i uczył nasz ukochany Ksiądz Zdzisiulek, w ICH imieniu. Nie ustawać w domaganiu się prawa do prawdy.
Gdy umarł Ksiądz Prałat, poczułam się jakoś niezwykle bezpiecznie. Choć żal, tęsknota, ból, ale jakby był blisko, bliżej niż od 1993 roku, wszędzie przy mnie, przy moich „telewizyjnych robotnikach”, wspólnych przyjaciołach, rodzinach, przy chorej Matce, której zanosił Komunię Świętą, póki mógł sam chodzić. Jest tu, przy łóżkach chorych i starych, przy głodnych ze Starego Miasta, którym dawał na bułki, przy chorej na cukrzycę, niepodnoszącej się z pościeli kobiecie z Kresów, jest przy ministrach, którzy dyskretnie Go wspierali, przy pogubionych dziennikarzach, przy rozpoznanych przez Niego donosicielach, za których się tak żarliwie modlił – jest tu Zdzisiulek, w świętych obcowaniu. Bo to najpiękniejszy dar naszej wiary. Jest.
