Zawinił lód?

Problemy załogi Boeinga 767 z wypuszczeniem podwozia samolotu mogły zacząć
się od awarii systemu hydraulicznego wypuszczania podwozia, którego usterkę
piloci odnotowali tuż po starcie z Newark. Wprawdzie awaria została
zneutralizowana, jednak jej skutki dały o sobie znać podczas podejścia do
lądowania na Okęciu. Załoga po kilku próbach nie zdołała wypuścić podwozia z
pomocą systemu hydraulicznego ani też przy użyciu awaryjnego systemu
elektromechanicznego.

Powód mógł być prozaiczny – oblodzenie zamków zwalniających golenie. Mogło do
niego dojść podczas startu samolotu, kiedy podwozie było chowane. O
nienaturalnej pracy podwozia na tym etapie lotu mówili pasażerowie samolotu. To
prawdopodobnie wtedy dał o sobie znać uszkodzony centralny system hydrauliczny,
z którego "uciekła" znaczna część płynu. Pompa pracująca w tym obiegu została
wyłączona, a podwozie udało się schować, jednak wcześniej znajdujące się pod
samolotem elementy podwozia zostały oblane wydostającym się pod ciśnieniem
płynem. Co stało się później?
Jak usłyszeliśmy od specjalisty z zakresu hydrauliki siłowej, wprawdzie
stosowane w układach hydraulicznych płyny produkowane na bazie glikoli mają
niską temperaturę zamarzania, ale w przypadku ich ubytku poza instalację łączą
się z cząstkami wody i zamarzają. Podobnie mogło stać się w Boeingu 767. Przewód
hydrauliczny prawdopodobnie wymknął się z okucia i rozbryzgał płyn roboczy po
elementach podwozia – w tym po zamku utrzymującym golenie. – Węże raczej nie
pękają, ale są zazwyczaj wyrywane z okuć. To 99 proc. problemów, jakie się z
nimi zdarzają podczas użytkowania. W efekcie nastąpiło tzw. biczowanie –
tłumaczy nasz rozmówca. Jak zauważył, chowanie podwozia powiodło się. Była to
jednak czynność wymagająca czasu, a równocześnie samolot się wznosił,
przechodził przez chmury, a rozlany płyn absorbował wilgoć i obniżał swoje
parametry użytkowe, aż w końcu zamarzł. W efekcie załoga przygotowująca nad
Warszawą maszynę do lądowania, nie była w stanie zwolnić zamków utrzymujących
golenie.
Ta hipotetyczna wersja zdarzeń łączy się z informacjami, które już wcześniej
podał "Nasz Dziennik". Chodzi o wyciśnięty bezpiecznik systemu awaryjnego. W
przypadku blokady zamka mogło bowiem dojść do przeciążenia w obwodzie i
"wybicia" bezpiecznika. System nie zadziałał. Oblodzenie tłumaczy też, dlaczego
technicy po uniesieniu samolotu szybko wypuścili podwozie – zamek w samolocie
stojącym kilkanaście godzin na pasie startowym lotniska Okęcie mógł odtajać i
udało się go zwolnić z kokpitu po zamknięciu obwodu systemu
elektromechanicznego.
Okoliczności wypadku Boeinga 767 z 1 listopada bada Państwowa Komisja Wypadków
Lotniczych. Odrębne postępowanie prowadzi także prokuratura. Weryfikowane są
wszystkie hipotezy, które mogły doprowadzić do awaryjnego lądowania – od usterek
technicznych poprzez błędy w obsłudze naziemnej samolotu, po błąd załogi.
Pierwsze wyniki z badań Komisja zamierza ujawnić na początku grudnia.
Na dowodzonym przez kpt. Tadeusza Wronę Boeingu 767 należącym do PLL LOT
znajdowało się w sumie 231 osób. Z powodu problemów z wypuszczeniem podwozia
samolot lądował awaryjnie "na brzuchu". Po zetknięciu z ziemią utrzymał się na
pasie, a wszyscy pasażerowie bezpiecznie opuścili pokład.

Marcin Austyn

drukuj