Zatrzymać antykościelną ofensywę
W wyborach 2011 roku część wiernych Kościoła katolickiego poparła
Platformę Obywatelską i Donalda Tuska. Gdyby tak nie było, ta partia i ten
premier nie uzyskaliby po raz drugi z rzędu większości umożliwiającej rządzenie
w naszym kraju. Teraz okazuje się, że jednym z podstawowych fundamentów ideowych
obecnej władzy stały się hasła antyklerykalne i walka z Kościołem, a praktyka
rządu jako żywo przypomina czasy PRL. Wspomnienie czasów komunistycznych jest
tym silniejsze, że do ofensywy antykościelnej, wspierając rząd, ruszyły także
"zaprzyjaźnione" media i najgorliwsi ich dziennikarze. Janina Paradowska w
"Dzienniku Gazecie Prawnej" poucza biskupów ostro reagujących na ultimatum
rządu, pisząc: "Od hierarchów kościelnych oczekiwać należałoby jednak większej
powściągliwości, umiaru. Można nawet uznać, że to oni powinni być najbardziej
zainteresowani tym, ilu wiernych jest skłonnych pieniądze na działalność danego
Kościoła przeznaczać. Dlaczego bać się wiernych?".
Obecność w Sejmie Ruchu Palikota w przedziwny sposób zmobilizowała Donalda
Tuska do licytacji, kto bardziej ograniczy prawa strony kościelnej. Wygląda na
to, że w PO postanowiono walczyć o głosy elektoratu lewicowego, lekceważąc
chwiejnych, centrowych "katolików-ale", którzy nie chcą widzieć związku pomiędzy
tym, na kogo głosują, a swymi przekonaniami religijnymi. Specjaliści od
propagandy uznali, że wykreowanie wroga – duchowieństwa – skutecznie zapędzi do
narożnika, do swoistego getta, bardziej świadomych wierzących, i napuści na nich
żądny odwetu tłum. W ten sposób, dość prymitywny, ale jakże skuteczny, próbuje
się nie tylko zamaskować liczne porażki rządzących, ale i ostatecznie trwale
pozbawić Kościół należnego w państwie i społeczeństwie autorytetu. Taka
strategia Donalda Tuska to nie tylko rezultat oceny, że możliwość utrzymania
władzy po kolejnych wyborach zależy od pozyskania głosów zwolenników Palikota.
To także ukłon w kierunku postępowej opinii publicznej Unii Europejskiej, z
którą premier wiąże swą przyszłość. Dlatego ma być zlikwidowany Fundusz
Kościelny, składki emerytalne i zdrowotne duchownych w całości pokrywane z
datków wiernych, kapelani stopniowo usuwani z wojska, lekcje religii ograniczane
i w ostateczności usuwane ze szkół, a media religijne, takie jak Telewizja
Trwam, pozbawiane możliwości rozwoju. Wykreowaniu takiej postawy rządu sprzyjało
słabe zorganizowanie katolików świeckich.
Trzy razy mniej dla Kościoła
Minister administracji i cyfryzacji Michał Boni zaskoczył i próbował
upokorzyć księży biskupów na posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu,
przestawiając w formie specyficznego ultimatum projekt likwidacji Funduszu
Kościelnego i zastąpienia go swoistym "podatkiem kościelnym" płaconym
dobrowolnie przez wiernych, w formie odpisu w PIT w wysokości 0,3 proc. podatku
dochodowego. Rząd nie ukrywa, że posłużył się w konstrukcji tego nowego systemu
istniejącym już rozwiązaniem, darowizną 1 proc. podatku na organizacje pożytku
publicznego. Tym samym symbolicznie uznał, że dla państwa święty Kościół
katolicki wart jest trzykrotnie mniej niż fundacje i stowarzyszenia, takie jak
WOŚP Jerzego Owsiaka. Organizacje pożytku publicznego pełnią szlachetną rolę w
systemie społecznym, jedną z najczęściej obdarowywanych w ten sposób jest
Caritas, jednak uświadommy sobie, jak będzie oddziaływał społecznie fakt, że
Kowalski ze swego rocznego podatku w wysokości np. 1000 zł na dowolne
stowarzyszenie będzie mógł odpisać 10 zł, a na Kościół tylko 3,33 zł? Państwo
przyznaje zatem, że zgadza się uszczuplić swe dochody podatkowe trzy razy
chętniej na rozmaite organizacje społeczne niż na wsparcie działalności
formacyjnej, edukacyjnej, charytatywnej i kulturalnej instytucji Kościoła.
Każdy rozsądnie myślący katolik dostrzeże w propozycji rządowej także inne
niebezpieczeństwo. Fundusz Kościelny miał częściowo zrekompensować utracone
przez Kościół korzyści z majątku zagrabionego przez komunistów. Teraz ta
rekompensata miałaby być zrzucona na barki zdeklarowanych podatkowo katolików.
To oznacza zrzeczenie się przez państwo odpowiedzialności za zwrot dotąd
nierestytuowanego mienia kościelnego. Mamy do czynienia z niebezpiecznym
precedensem. Instytucja państwa znika, a poszczególne funkcje wspólnotowe mają
być prywatnie współfinansowane wyłącznie przez zainteresowanych. Za chwilę nasze
leczenie będzie finansowane tylko do wysokości naszej osobistej składki
zdrowotnej, a szkoły tylko do wysokości składek rodziców uczniów.
Rząd ocenia, że takich wiernych, którzy zadeklarują w PIT swoje przekonania
religijne, będzie 40 procent. (Na marginesie trzeba dodać, że po raz kolejny
zapomniana została wielomilionowa rzesza rolników, którzy nie wypełniają
deklaracji PIT i nie są podatnikami podatku dochodowego). To kolejna pułapka
zastawiona na księży biskupów. Ilu tak naprawdę ludzi będzie skłonnych przyznać
się do swej przynależności religijnej przed urzędnikami skarbowymi?
Przypomnijmy, że w art. 53 Konstytucji zapewnia się, że: "Nikt nie może być
obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu,
przekonań religijnych lub wyznania". Mamy pewność, że co roku specjalnie będzie
rozkręcana w antyklerykalnych mediach nagonka na Kościół, by umniejszyć liczbę
deklaracji religijnych w PIT. Jak zauważył Jacek Karnowski na portalu
wPolityce.pl, w rezultacie liczba katolików w odczuciu społecznym spadnie, gdyż
w opinii publicznej zacznie się utożsamiać deklarację podatkową z
przynależnością do wspólnoty kościelnej. A to z kolei nakręci spiralę opinii
antyklerykalnych i zepchnie wspólnotę wierzących do roli marginesowej
mniejszości. Pojawią się kolejne postulaty, by z tego "podatku kościelnego",
który rząd zbyt optymistycznie szacuje na blisko 100 mln zł, finansować nie
tylko obecne wydatki Funduszu Kościelnego, ale i lekcje religii, uniwersytety
katolickie, renowację zabytków itd.
Powstanie też zapewne (czyż nie o to może chodzi?) spore zamieszanie wśród
wiernych. Wiemy, jak słaby jest poziom wiedzy ekonomicznej większości naszych
rodaków. Pojawić się może niechęć do łożenia dotychczasowych dobrowolnych ofiar
na Kościół. Wielu uzna, że skoro deklarują podatek w zeznaniu PIT, to zwalnia
ich od datków na tacę w dotychczasowej wysokości. A jak wynika z raportu
opublikowanego niedawno przez KAI, Kościół w 80 proc. utrzymuje się nadal z
ofiarności wiernych. Do ilu katolików w Polsce dotrą informacje, że w naszym
kraju, w którym jest tak ogromna katolicka większość, państwo słabiej wspiera
instytucje kościelne niż w wielu bardziej zlaicyzowanych krajach? A i z tego
należnego udziału choćby w finansowaniu składek emerytalnych, rentowych,
wypadkowych i zdrowotnych sióstr klauzurowych czy misjonarzy rząd z taką
determinacją chce się wycofywać.
Związanie wysokości finansowania przez państwo Kościoła z podatkiem
dochodowym oznacza także w perspektywie coraz niższy poziom tych wydatków w
stosunku do zamożności państwa. Obserwujemy od lat tendencję do zmniejszania
udziału podatków dochodowych w systemie fiskalnym na rzecz podatków pośrednich,
takich jak VAT. Również każde obniżenie w przyszłości podatków PIT, korzystne
dla obywateli, oznaczać będzie zmniejszenie dochodów strony kościelnej, tak jak
to się dzieje obecnie z samorządami. Jak trudno doprosić się wyrównania ubytku w
podatku dochodowym, wiedzą samorządowcy w całej Polsce. Ten sam mechanizm chce
się teraz zafundować organizacjom religijnym.
Dyktat rządu
Jednak za najbardziej bulwersujące uznać należy to, że rząd wyreżyserował
swego rodzaju spektakl, w którym z góry ustawił Episkopat w trudnej, skazanej na
niepowodzenie roli. To strona rządowa, łamiąc zasady, zaprezentowała publicznie
projekt ustawy o finansowaniu Kościoła, a księża biskupi – niemający możliwości
poznania wcześniej zaprezentowanych rozwiązań – musieli się do nich na gorąco
odnosić. I zostali na dzień dobry przez ministra Tomasza Arabskiego skarceni za
brak gotowości do dialogu. Rząd zaplanował, że da Kościołowi miesiąc na
konsultacje, i zagroził, że zmiany zostaną wprowadzone jednostronnie przez
stronę rządową. Konkordat został zlekceważony, zasady konstytucyjne współpracy
państwa z Kościołem – złamane.
Katolicy w Polsce utrzymują tę władzę, płacą podatki, mogą decydować o jej
losach. Tylko do tej pory nie potrafią się zjednoczyć w działaniu w
wystarczająco dużej liczbie. Wciąż zbyt wielu wstydzi się bronić Kościół przed
atakami, ulegając propagandzie medialnej. Teraz ta władza będzie oceniać, na ile
może sobie pozwolić w ograniczaniu roli Kościoła. Bo arogancja rządu wobec
biskupów polskich jest tak duża, jak słaby opór wiernych. Podpisy w obronie
Telewizji Trwam złożyło już dwa miliony z nas. To dużo, jednak wciąż za mało, by
skutecznie przełamać antykościelną politykę rządzącej partii. Losy propozycji
0,3 proc. "podatku kościelnego" pokażą, jaka będzie rzeczywistość ludzi
wierzących w naszym kraju w nadchodzących latach, a może dziesięcioleciach.
Jeden z internautów, komentując na portalu wPolityce.pl postępowanie rządu
wobec Kościoła, napisał słusznie: "Albo się zgadzamy, że Kościół reprezentuje
ważne wartości, albo nie. Albo jest częścią naszej cywilizacji/kultury, albo
nie. Jeśli stwierdzimy, że tak (nie biorę pod uwagę motłochu, który chciałby,
żeby zniknął), to jego finansowanie (istnienie) nie może zależeć od tego, czy
"wpłacą, czy nie wpłacą", czyli od wahania nastrojów tłumów! Kościół przestanie
być "skałą", a będzie musiał podporządkowywać się wiernym swoimi decyzjami,
działaniami, poglądami, aby na niego wpłacali! I wszyscy wiemy, jak to się
skończy! Tradycje zostaną całkowicie pogrzebane na rzez wizji "postępowego
Kościoła" K. Wiśniewskiej z "Gazety Wyborczej". To już w ogóle może pójdźcie
niszczyć kaplice od razu! Tego chcecie?".
Jednak sprawa statusu instytucji Kościoła w państwie to nie tylko sprawa
zaangażowanych katolików. To sprawa każdego uznającego fundament tradycyjnych
wartości obywatela. Nie mamy takiej konstytucji jak Węgrzy, ale i nasza, w
artykule 25 uznaje, że: "Stosunki między państwem a Kościołami i innymi
związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii
oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również
współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego". Oraz: "Stosunki między
Rzecząpospolitą Polską a Kościołem katolickim określają umowa międzynarodowa
zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy". Naprawdę groźne jest to, że coraz
silniej brzmi głos mniejszości, która neguje współdziałanie instytucji państwa i
instytucji Kościoła dla dobra wspólnego. Takie państwo, taka demokracja bez
wartości to droga do ukrytego lub jawnego totalitaryzmu, przed czym przestrzegał
nas błogosławiony Jan Paweł II.
Barbara Bubula poseł na Sejm RP (PiS)
