Zapatero, adios?

W najbliższą niedzielę hiszpańscy wyborcy będą mieli okazję wystawić cenzurkę rządzącym od czterech lat socjalistom. Jak dotąd sondaże przedwyborcze wykazują przeważnie niewielką (od minimalnej do kilkuprocentowej) przewagę partii premiera Zapatery. Opozycyjna Partia Ludowa nie daje za wygraną. Jej przewodniczący Mariano Rajoy i jego współpracownicy starają się wykorzystać wszystkie błędy PSOE, by wynik wyborów 9 marca był lepszy niż wyniki sondaży.

Socjaliści (PSOE) przejęli władzę po wyborach z 14 marca 2004 r., które odbywały się trzy dni po zamachach na pociągi podmiejskie w Madrycie. Wciąż nie ma zgody co do tego, czy tragiczny czwartek nie był decydującym wydarzeniem, które odebrało ludowcom niemal pewne zwycięstwo. Zamachy zinterpretowano jako efekt uczestnictwa Hiszpanii w operacji w Iraku, co w oczywisty sposób wskazywało domniemanych winnych: rządzących ludowców.

Po przejęciu władzy nowy premier José Luis Rodriguez Zapatero rzeczywiście szybko zrealizował obietnicę wycofania wojsk hiszpańskich z Iraku, jednak po czterech latach sprawowania rządów tamta decyzja nie jest najistotniejszym punktem bilansu mijającej kadencji.


Nienakręcany zegarek gospodarki


Ludowcy wytykają socjalistom przede wszystkim fakt, że pod ich rządami pogorszył się stan hiszpańskiej gospodarki. Opozycja przypomina o rosnących cenach wielu artykułów – od przedmiotów codziennego użytku po mieszkania – także o cenach kredytów, pogarszającej się sytuacji na rynku pracy i wielu innych odczuwalnych na co dzień oznakach recesji. Socjaliści zasłaniają się wskaźnikami makroekonomicznymi, według których wcale nie jest najgorzej. W pierwszej debacie telewizyjnej Zapatero – Rajoy lider Partii Ludowej (PP) przypomniał, że o ile w 2004 r. jedynie 15 proc. Hiszpanów uznawało stan gospodarki za zły, o tyle do dziś ta liczba się potroiła. „Hiszpanom żyje się coraz trudniej. Nie nakręcił pan zegarka, więc zegarek stanął” – wytykał premierowi kandydat opozycji. Zapatero podpierał się danymi z Brukseli, wedle których Hiszpania ma należeć do najlepiej rozwijających się krajów zachodniej Europy (istotnie z 3,8-proc. wzrostem PKB wyprzedza wszystkie państwa dawnej Piętnastki poza Grecją), że bezrobocie spada, że sytuacja jest „wspaniała” na tle recesji, która dotyka całą gospodarkę światową. „Niech pan to powie tym, którym nie starcza do pierwszego, tym, którzy stracili pracę, tym, którzy nie mogą dostać kredytu na mieszkanie” – odpowiadał Rajoy.

Partia Ludowa rzeczywiście wydaje się liczyć na poparcie tych, którzy nie są zadowoleni ze swojej sytuacji ekonomicznej. Publicyści związani z centroprawicą mówią: „Głosujcie na PSOE, jeśli żyje się wam lepiej, głosujcie na PP, jeśli żyje się wam gorzej”.


Katolicy wobec polityki


Drugim elementem strategii Partii Ludowej jest zwrot w kierunku wyborców katolickich, czego wyrazem ma być niedopuszczenie na listy kandydatów do Kortezów Alberta Ruiza-Gallardony, znanego ze wsparcia, jakiego udziela środowiskom homoseksualnym. Decyzja Rajoya spowodowała szereg nieprzyjaznych reakcji medialnych, w których stwierdzano, że PP strzeliła sobie właśnie samobójczego gola, zniechęcając do siebie wyborców wahających się między ludowcami a PSOE. Trzeba stwierdzić, że jak dotąd Partia Ludowa przede wszystkim zniechęcała do siebie wyborców katolickich. W czasie dwóch kadencji sprawowania władzy w latach 1996-2004 populares podjęli wiele decyzji, które przygotowały grunt pod późniejszą antyrodzinną politykę gabinetu Zapatery. Ignorowanie stanowiska środowisk katolickich spowodowało, że coraz więcej wyborców szło do urn, by oddać „białe kartki” – głosy bez wskazania kandydata i partii. Była to czytelna demonstracja pod adresem prawicy, która zdawała się oddalać od prawicowych wartości.

Opinią katolików jeszcze mniej przejmuje się Zapatero. Według badań przeprowadzonych po wyborach 14 marca 2004 r., spośród katolików praktykujących (tzn. uczęszczających na Msze Święte w każdą niedzielę i święto) około 1,3 mln oddało swój głos na PSOE. Dziś 60 proc. z nich deklaruje, że partia rządząca nie może już liczyć na ich poparcie.


Prześladowanie religii


Trudno się temu dziwić. Zapatero, i nie tylko on, w gronie ważniejszych działaczy partii socjalistycznej wydaje się uznawać otwartą walkę z Kościołem za element swojej działalności politycznej. W realizacji tego hasła posuwa się do skrajności, nieraz do absurdów. Oto w kraju rekonkwisty, której patronem był św. Jakub Apostoł, kraju królów katolickich, kraju, którego historii nie można zrozumieć bez zrozumienia motywacji religijnej osób tworzących tę historię – w takim kraju podjęto decyzję o usunięciu z programów nauczania m.in. historii wszelkich odniesień do chrześcijaństwa i moralności chrześcijańskiej.

Jeżeli jeszcze przypomnimy, że chodzi jednocześnie o kraj, w którym nieraz złowieszczo dawała o sobie znać motywacja antyreligijna, że krwawe prześladowania w latach trzydziestych, obłęd, z jakim niszczono również świątynie i dzieła sztuki, od starożytnych ołtarzy po nowoczesne rzeźby Gaudiego, to akty, których dopuszczały się poddane antykatolickiej propagandzie tłumy – wydźwięk tej decyzji jest wyjątkowo ponury.

Dodatkowo spychanie w cień zapomnienia wspólnej dla całej Hiszpanii tradycji odbija się również negatywnie na poziomie patriotyzmu, który zdaje się przegrywać z rozsadzającymi kraj od środka ruchami separatystycznymi.

Świadectwem antykatolickiej obsesji jest szereg wypowiedzi prominentnych socjalistów, wśród których można wymienić m.in. Josepa Borella. Obecny przewodniczący Parlamentu Europejskiego w czasie kampanii wyborczej do PE w 2004 r. tak motywował swój sprzeciw wobec odniesienia do chrześcijańskich korzeni Europy w przyszłej unijnej konstytucji: „Pod pojęciem chrześcijaństwa skrywa się inkwizycja, tortury i nienormalne nauczanie Kościoła w materii seksualnej”. W wewnętrznych instrukcjach PSOE na potrzeby tamtej kampanii przypominano, „że proboszczowie są wobec nas bardzo agresywni”.

Przykłady walki partii rządzącej w Hiszpanii z Kościołem można mnożyć. Szerokim echem, również w Polsce, odbijały się decyzje wymierzone w rodzinę, tak jak przyzwolenie na związki homoseksualne na wzór małżeństwa. W reakcji na tę politykę 30 grudnia 2007 r. odbyła się w Madrycie milionowa manifestacja w obronie rodziny, która dla socjalistów stała się kolejnym pretekstem do ataków. Zapatero żądał wręcz od biskupów przeprosin za tę demonstrację przywiązania Hiszpanów do wartości, które rząd ostentacyjnie zwalcza.

Choć hierarchia kościelna w Hiszpanii nie angażuje się bezpośrednio w walkę polityczną, to jednak zabiera głos w materii dotyczącej moralności, instruując wiernych o ich obowiązkach jako wyborców. Przed wyborami Konferencja Episkopatu Hiszpanii wydała notę, w której odnosi się do szeregu niepokojących zjawisk, do których należy również ofensywa laicyzmu. Biskupi przypomnieli, że demokracja – zarówno jako sprawowanie władzy, jak i jako akt głosowania – również podlega ocenie moralnej. W nocie dokonano oceny poszczególnych posunięć z punktu widzenia Kościoła. Biskupi odnieśli się do polityki w zakresie edukacji, spraw związanych z rodziną, ale również zagadnienia specyficznie hiszpańskiego, jakim jest swoista legitymizacja terroryzmu (chodzi o politykę Zapatery wobec ETA) przez obecne władze. Choć nota jest lakoniczna i bardzo ogólna, także ten dokument został oceniony przez PSOE jako angażowanie się Kościoła w politykę, a nawet – wprost – jako wsparcie udzielone przez biskupów Partii Ludowej. Jako swoistą odpowiedź na notę potraktowano wsparcie udzielone socjalistom przez trzy najważniejsze organizacje masońskie w Hiszpanii.

Trzeba wspomnieć, że nie wszyscy działacze PSOE identyfikują się z antykatolicką polityką rządu. 13 listopada 2004 r. członek władz partii i radny gminy Puerto de Santa Maria w Andaluzji Guillermo Moran złożył swój mandat, motywując to „prześladowaniem religijnym, jakiego dopuszcza się rząd”. „Chcą zrobić z Hiszpanii kraj laicki, gdy konstytucja określa jego ustrój jako neutralny religijnie, ze szczególnym uznaniem pozycji Kościoła katolickiego” – ocenił Moran. Ta chwalebna postawa, a także inne wypowiedzi niektórych socjalistów dobrze świadczą o pojedynczych przedstawicielach partii, gorzej o niej samej. Wydaje się, że oponentom wobec polityki rządu zamyka się po prostu usta.


Rehabilitacja terrorystów


Tak zwany proces pokojowy – jak socjaliści nazywają negocjacje z ETA, do czego odnieśli się w swojej nocie biskupi – jest oczywiście jednym z tematów podnoszonych przez ludowców w kampanii wyborczej. Partia Ludowa zarzuca socjalistom, że podczas gdy w 2004 r. organizacja terrorystyczna była już w zasadzie spacyfikowana, ustały śmiertelne w skutkach zamachy, a etarras znaleźli się na marginesie życia politycznego, rząd zaoferował im polityczną reanimację, po której działacze związani z organizacją ponownie stali się na tyle silni, by zajmować stanowiska we władzach lokalnych, zaś sama ETA znów podkłada bomby. Bomby, które wybuchają również przed lokalnymi siedzibami socjalistów, jak to miało miejsce niedawno w miasteczku Derio pod Bilbao, gdzie ładunki eksplodowały przy drzwiach miejscowego Domu Ludowego, siedziby PSE-EE (organizacji PSOE na terenie Kraju Basków). Wydaje się, że w pewnym momencie Zapatero stał się w sensie politycznym zakładnikiem ETA. Terroryści stali się na tyle silni, by móc wymuszać kolejne ustępstwa pod groźbą zamachów, które mogłyby już ostatecznie rozwiać iluzję „procesu pokojowego”.

Relatywnie niewiele miejsca poświęca się w kampanii wyborczej polityce zagranicznej Hiszpanii. To korzystne dla socjalistów, ale dość niezrozumiałe z punktu widzenia ludowców. W ciągu ostatnich czterech lat Madryt zdaje się tracić swoją pozycję na arenie międzynarodowej. Zupełnie inaczej niż obiecywał Zapatero, który dokonał reorientacji tejże polityki. Za czasów Aznara Hiszpania miała świetne relacje z USA, kosztem nieco gorszych stosunków z ówczesnymi rządami Francji i Niemiec. Wycofanie wojsk z Iraku i wsparcie udzielane przez Zapaterę Wenezueli i Kubie, a w pewnym momencie także Iranowi, spowodowało ochłodzenie stosunków z USA. Zapatero starał się zrekompensować to zbliżeniem do Francji i Niemiec, a także do Rosji. Oś Berlin – Paryż – Madryt rozumiana jako trzon Unii Europejskiej okazała się iluzją, a po zmianach na szczytach władzy w Berlinie i Paryżu również polityka Hiszpanii wobec USA okazała się nie aż tak kompatybilna z wizją stosunków europejsko-amerykańskich realizowaną przez Merkel i Sarkozy’ego. Także kapitulancka polityka wobec Maroka nie przysparza chwały obecnemu rządowi w Madrycie.

Wygrana PSOE w nadchodzących wyborach będzie oznaczała kontynuację dotychczasowej polityki. Socjaliści z pewnością nie omieszkają legitymizować „wolą ludu” przede wszystkim swojej polityki antyreligijnej, podobnie jak czynili to do tej pory. Z tą różnicą, że o ile w 2004 r. wyborcy, często motywowani wstrząsem po zamachach z 11 marca, mogli nie zwracać uwagi na program Zapatery, o tyle teraz wiedzą dokładnie, na co głosują.

Ludowcom, o ile dojdą do władzy, być może uda się „nakręcić zegarek” gospodarki, natomiast trudno być pewnym jakichkolwiek pozytywnych zmian w kwestiach obyczajowych czy światopoglądowych. Do tej pory Partia Ludowa była po prostu „mniej postępowa” niż PSOE. Reakcje na niewpisanie Gallardona na listy kandydatów wskazują, że co najmniej media i obecne władze tak właśnie sobie wyobrażają rolę opozycji. Ten odważny krok we właściwym kierunku następuje chyba zbyt późno, by przekonać osoby o bardziej wyrazistych przekonaniach do Partii Ludowej, zaś na tyle wcześnie, by rzeczywiście zniechęcić do ludowców część niezdecydowanych, a poddanych propagandzie politycznej poprawności Hiszpanów. Paradoksalnie większą szansą PP może być niska frekwencja. Wyborcy, którzy chcą zostać w domu, to przede wszystkim sympatycy lewicy, dlatego zresztą Zapatero nawołuje w kampanii również do aktywnego uczestnictwa w wyborach.


Krzysztof Jasiński
drukuj