Zakładnicy biedy

Drzewica. Małe miasteczko na skrzyżowaniu dróg do Warszawy, Łodzi, Kielc i
Radomia. To właśnie w tutejszym kościele parafialnym pożegnano w sobotę 18 ofiar
wypadku w Nowym Mieście nad Pilicą. Większość pochodziła stąd i z okolicznych
wiosek. Czy był to tylko tragiczny wypadek, z którego trzeba wyciągnąć wnioski
dotyczące bezpieczeństwa w ruchu drogowym, czy może część szerszego problemu,
jakim jest bieda, która zmusza ludzi do szukania pracy w grójeckich sadach
kosztem bezpieczeństwa, praw socjalnych i omijania przepisów prawa pracy? Czy
zbieranie owoców w sadach jest jedynie sposobem na dorobienie do pensji, czy
głównym źródłem utrzymania dla ludzi, którzy zaledwie 100 km od Warszawy nie
mogą znaleźć stałej pracy?

W ubiegły wtorek wyjechali wcześnie rano do pracy w grójeckim zagłębiu
sadowniczym. W Nowym Mieście z drogi wiodącej do Warszawy skręcili w kierunku
Rawy Mazowieckiej. Tuż za ostatnimi zabudowaniami miasta na prostym odcinku
drogi volkswagen transporter, w którym stłoczyło się 18 osób, wbił się wprost w
ciężarowe volvo. W gęstej mgle kierowca wiozący o 12 osób więcej, niż mógł
zabrać, nie zobaczył nadjeżdżającej z przeciwka ciężarówki i zaczął wyprzedzać
cysternę do przewozu cementu. Siła zderzenia wyrzuciła z miejsc nieprzypiętych
pasami ludzi, zabijając niemal wszystkich na miejscu.
Dlaczego podróżowali w takich warunkach? Czy musieli wyjeżdżać do pracy w
sadach? – Wśród ofiar byli moi sąsiedzi. To byli porządni ludzie – mówi łamiącym
się głosem pani Stanisława z Drzewicy. – Tutaj trudno jest znaleźć pracę. Ja
akurat pracuję, ale wiele osób nie może jej znaleźć. Z tego, co wiem, to
sąsiadka, która zginęła, nie miała stałej pracy, podejmowała dorywcze zajęcia –
dodaje.

To nie bieda?

Burmistrz Drzewicy Janusz Reszelewski oburza się na sugestie, że to bieda
wygnała mieszkańców gminy do pracy w grójeckich sadach. – To praca jak każda
inna. Ludzie mogą tam zarobić 70 zł dziennie. Także te osoby, które tam zginęły,
miały pracę, ale w okresie urlopu chciały sobie dorobić – tłumaczy Reszelewski.
Zaznacza, że ludzie traktują tę pracę jako zajęcie dorywcze. – To nieprawda, że
żyją tylko z jabłek – podkreśla, odpowiadając na sugestie, że dla wielu
mieszkańców gminy to jest wręcz sposób na życie.
Podkreśla, że wiele osób oburzyło się przedstawieniem w mediach gminy jako
biednej i zaniedbanej. Z ożywieniem wylicza, co władze robią dla obywateli. –
Jeżeli chodzi o budowę dróg, jesteśmy w czołówce nie tylko w powiecie, ale i w
kraju. Woda i kanalizacja są podciągnięte do każdego domu – zaznacza.
Rzeczywiście, przejeżdżając przez gminę, widać wymienioną nawierzchnię dróg,
nowe chodniki w Drzewicy, zadbane, czyste ulice. Jedna z mieszkanek miasteczka
przyznaje, że nie ma żadnych zastrzeżeń do burmistrza, władz miejskich i
gminnych.
Z kolei pracownicy Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej informują, że
władze przekazują potrzebującym zarówno zasiłki, jak i udzielają innych form
pomocy. Z przekazanych nam przez MGOP informacji wynika, że w ub. roku z pomocy,
zwykle w formie zasiłków, skorzystało 570 osób na prawie 11,5 tys. mieszkańców.
Zaś w tym roku 106 osób uczestniczyło w pracach interwencyjnych, a 39 – w
robotach publicznych. Dodatkowo jeszcze w tym roku planowane jest uruchomienie
ok. 50 miejsc pracy w ramach robót publicznych. Pracownicy ośrodka dodają, że z
programu dożywiania w szkołach podstawowych i gimnazjum na terenie gminy
korzysta ok. 400 dzieci.
Dlatego mieszkańcy zasadniczo nie mają pretensji do lokalnych włodarzy. Jak sami
mówią – problem jest szerszy.

Bez stałej pracy

– Bardzo trudno jest znaleźć tutaj stałą pracę – podkreśla pan Mariusz,
mieszkaniec Drzewicy. Dodaje, że sytuacja ta wynika głównie z drastycznego
programu restrukturyzacji w firmie Gerlach, znanej z produkcji markowych
sztućców. – Kiedyś, gdy funkcjonował Gerlach, który w latach prosperity
zatrudniał ponad 5 tys. osób, sytuacja była całkiem inna. Obecnie zatrudnia ich
znacznie mniej – przyznaje burmistrz Reszelewski. W wyniku trwającej kilka lat
restrukturyzacji zwolniono około 5 tysięcy pracowników. Dla powiatu, w którym do
niedawna nie było żadnych większych zakładów, to tragedia. Do dziś wielu
zwolnionych pracowników w wieku 40-50 lat nie może znaleźć stałej pracy.
Niektórzy dorabiają właśnie w grójeckich sadach.
– Jest wiele mniejszych zakładów, ale zasadniczo z pracą jest problem –
przyznaje burmistrz. Mniejsze firmy – jak wskazują mieszkańcy – nie oferują już
pracy tak wielu osobom. – Młodzi wyjeżdżają do Warszawy i innych większych miast
– zauważa Dawid. Wraz z dwoma kolegami chętnie opowiada o pracy w grójeckich
sadach. Mimo młodego wieku wszyscy trzej zdążyli już ją poznać. Przyznają, że
sami też zamierzają szukać zatrudnienia w większych miastach.

Gdy ziemia nie żywi, a pracy brak…

Burmistrz Drzewicy zapewnia jednak, że sytuacja gminy jest podobna do wielu
innych w Polsce, a poziom bezrobocia oscyluje wokół średniej krajowej; w
sierpniu br. wyniosła ona ponad 11 procent. A ile w gminie Drzewica? Burmistrz
dyplomatycznie stwierdza – kilka punktów więcej, ale niewiele. Oficjalnie na
koniec 3 kwartału br. w liczącej 11,5 tysiąca mieszkańców gminie w Powiatowym
Urzędzie Pracy w Opocznie było zarejestrowanych 719 osób, z czego w mieście 240,
a w okolicznych wioskach – 479. PUP nie chce jednak podać oficjalnej stopy
bezrobocia wyrażonej w procentach. Dlaczego? – Gdybyśmy mieli pozostałe dane [na
temat liczby osób aktywnych zawodowo, emerytów, itd. – red.] to moglibyśmy to
policzyć, ale nie mamy nawet prawa pozyskiwać takich danych – tłumaczy Jan
Kaczorowski, specjalista ds. rynku pracy w PUP.
W całym powiecie opoczyńskim pod koniec sierpnia bezrobocie wyniosło 14 procent.
Dlatego przyjmuje się, że tyle samo wynosi ono na terenie gminy Drzewica. W
całym powiecie, zamieszkałym przez 80 tys. ludzi, w PUP było zarejestrowanych na
koniec 3. kwartału 4819 osób. Na stronach PUP mieszkańcy powiatu mogą znaleźć
niespełna 40 ofert pracy w Polsce i kilkadziesiąt – za granicą, oferowanych w
ramach europejskiej sieci Eures. Z tych korzysta raczej młodzież, która coraz
częściej stąd wyjeżdża.
Jednak zdaniem niektórych, oficjalna statystyka bezrobocia nie oddaje jego
rzeczywistej skali i w Drzewicy to nierejestrowane może być wyższe od
oficjalnego. Dlaczego? Wiele osób, posiadając grunty rolnicze, nie może być
zarejestrowanych jako bezrobotni, a jednocześnie nie mogą oni się już utrzymać z
pracy w rolnictwie, choć formalnie ta forma działalności dominuje w gminie.
"Drzewica jest gminą rolniczą, około 59 proc. powierzchni gminy to użytki rolne"
– czytamy na stronie internetowej miasta i gminy. Jednocześnie odnotowano, że
"przeważają gleby klasy V i VI", a "dominującą formą własności ziemi są
indywidualne gospodarstwa rolne". W dzisiejszej gospodarce nastawionej na
konkurencję i wysokiej jakości produkcję, także żywności, rolnictwo na tak
niskiej klasie gruntów, nieróżniących się zasadniczo od mazowieckich piasków,
nie ma przyszłości. Dlatego też zamiast pól uprawnych na otaczających Drzewicę
terenach częściej można zobaczyć ugory.
Skoro zaś mieszkańcy nie mogą ani utrzymać się z pracy w rolnictwie, ani znaleźć
zatrudnienia w przedsiębiorstwach, jadą po nie tam, gdzie jest najbliżej i gdzie
najłatwiej je znaleźć.

… zostają sady

– Tam prawie każdy jeździł lub jeździ. Ja też jeżdżę, np. w soboty. Każdy chce
dorobić – mówi młody mieszkaniec Drzewicy, nie ujawniając personaliów. Tylko
przy zbiorach jabłek można zarobić 7-9 zł za godzinę, a w sezonie, jeśli pogoda
na to pozwala, pracuje się
ok. 10 godzin. Jego koledzy pytani, czy ludzie jeżdżą tam tylko po to, by
dorobić, czy też traktują to zajęcie jako stałą pracę, przyznają, że niektórzy
pracują w sadach niemal przez cały rok.
Jak to możliwe? Wydawałoby się, że praca w sadach jest możliwa tylko w krótkich
okresach zbiorów. – Jeśli ktoś jest dobrym pracownikiem, może pracować niemal
cały rok – zauważa właściciel jednego z grójeckich sadów, zastrzegający sobie
anonimowość. Przy czym? – Oprócz odmian jesiennych zbiera się przecież odmiany
jabłek letnich. Ponadto uprawia się też wiśnie, czereśnie, śliwy – tłumaczy
sadownik. W ten sposób praca przy samych zbiorach owoców, w różnych sadach, trwa
praktycznie od czerwca do listopada. – Najwięcej pracowników potrzeba w szczycie
zbiorów. Zwykle to wtedy przyjeżdża ich najwięcej – dodaje mieszkaniec jednej z
podgrójeckich miejscowości. Jak mówi, średnio zatrudnia się jedną osobę na
hektar sadu. To zaś oznacza, że w grójeckim zagłębiu sadowniczym pracuje tysiące
ludzi.
– Gdy kończą się zbiory, zaczynają się prace pielęgnacyjne przy drzewach –
tłumaczy sadownik. Takie właśnie prace wykonywali nawet młodzi mieszkańcy
Drzewicy. – Nawet zimą ludzie jeżdżą, obcinają gałęzie itd. – mówi Dawid.
Zaznacza, że to ciężka i trudna praca, nieraz spada się z drabiny.

Bez umowy i zabezpieczeń

Młody mieszkaniec Drzewicy pytanie, czy pracownicy mają ubezpieczenie i umowy o
pracę, kwituje uśmiechem. – Wszyscy pracują na czarno. To znaczy, że nie mają
też żadnych ubezpieczeń, chyba że korzystają z ubezpieczenia rolniczego,
emerytalno-rentowego lub są zarejestrowani jako bezrobotni…
Czemu sadownicy nie zatrudniają pracowników na umowy, choćby o dzieło? –
Gdybyśmy mogli sprzedać owoce po cenach zachodnich, można byłoby sobie na to
pozwolić – tłumaczy właściciel sadu. W ostatnich latach dodatkowo utrzymywały
się niskie ceny owoców, co zmusza do ciągłego cięcia kosztów.
W tej sytuacji także pracownicy tną koszty, starając się oszczędzać, zwłaszcza
na dojazdach do odległych średnio o 50 km (w jedną stronę) sadów. Plantator, z
którym rozmawiamy, zaznacza, że zatrudnia zwykle miejscowych, którzy nie muszą
dojeżdżać.
Jednak część sadowników zatrudniała właśnie mieszkańców okolicznych
miejscowości, którzy na miejsce docierali przepełnionymi busami. Nasi rozmówcy
zaznaczają, że to niestety niemal norma. – Tu każdy jeździ w ten sposób. Jeśli
ktoś ma busa, wstawia jakieś ławki i zbiera ludzi. Kierowca dostaje za przejazd
po 10 zł od osoby. Gdy rozwozi ludzi, może zarobić 3-4 razy więcej, niż
pozostali, którzy zarabiają tylko na zrywaniu owoców – tłumaczą.
Na pytanie, czy po ubiegłotygodniowym wtorkowym tragicznym wypadku to się
zmieni, jeden z chłopców odpowiada wprost: "Ja już do takiej paki nie wsiądę".
Czy inni również?

Szukając dróg wyjścia

Burmistrz Drzewicy odpowiada, że ostatnie kontrole policyjne na terenie kraju
wykazały, że także w innych rejonach przewożono w niewłaściwy sposób
ponadnormatywną liczbę osób, wnioskuje, że to problem ogólnopolski i nie wynika
jedynie z problemów lokalnego rynku pracy, przymusu cięcia kosztów i
oszczędzania nawet na bezpieczeństwie. Dodaje, że także wiele okolicznych
powiatów funkcjonuje w dużej mierze w oparciu o pracę w grójeckich sadach.
Zaznacza jednocześnie, że podejmowanych jest wiele działań, aby ożywić rynek
pracy i gospodarkę gminy, zmienić jej dotychczasowy rolniczy charakter. – Możemy
wykorzystać nasze walory turystyczno-krajoznawcze – tłumaczy. Rzeczywiście,
północna część gminy usytuowana jest w otulinie Spalskiego Parku Krajobrazowego.
Ponadto na rzece Drzewiczce blisko centrum miasta został utworzony zalew o
powierzchni ponad 80 ha. Spełnia on funkcję zbiornika retencyjnego i
rekreacyjnego. Burmistrz reklamuje też nowo wybudowany tor do uprawiania
kajakarstwa górskiego. – To najnowocześniejszy, jedyny tego typu obiekt w
Europie, zlokalizowany na terenach nizinnych, drugi po krakowskim sztuczny tor w
Polsce – zachwala. Atrakcją gminy są też ruiny zamku biskupiego.
Problem w tym, że na razie zainteresowanie turystów tym rejonem jest wciąż
mniejsze niż potrzeby tutejszego rynku pracy. Trudności tej gminy wydają się
więc typowe dla wielu polskich gmin, które również z mozołem usiłują nadrobić
wieloletnie zaległości rozwojowe z czasów komunistycznych. Lekcja Drzewicy
powinna nauczyć wszystkich, że najpierw musimy odrobić zaległości z dbania o
bezpieczeństwo ludzi…
 

Mariusz Bober

drukuj