Zabawa w Putina

Na Donaldzie Tusku premier Rosji Władimir Putin musiał zrobić wielkie
wrażenie. Tak wielkie, iż szef polskiego rządu zdaje się czerpać garściami z
pomysłów swojego sojusznika.

Premier Donald Tusk nie miał ostatnio do obwieszczenia obywatelom wielu
radosnych informacji. W Polsce cały czas mamy do czynienia ze skutkami klęski
powodzi, a w budżecie państwa jest tak wielka dziura, iż rząd zdecydował o
podniesieniu podatku VAT, co na lata może podciąć skrzydła naszej gospodarce, a
dla zwykłych konsumentów oznaczać będzie m.in. podwyżkę cen żywności i prądu.

Szef rządu, który zdaje się funkcjonować przede wszystkim od jednej rzuconej
przez siebie obietnicy do kolejnej, dba jednak nie tylko o to, aby pytania o
niespełnione obietnice przykrywać kolejnymi obiecankami, lecz również aby od
czasu do czasu sprawiać wrażenie "ojca Narodu" zatroskanego o losy zwykłych
obywateli.
A Tusk ma się na kim wzorować. Sztukę tę bowiem do perfekcji opanował premier
Rosji Władimir Putin. Szef rosyjskiego rządu znany jest z gospodarskich wizyt w
różnych zakątkach Rosji, rugania właścicieli sklepu za zbyt wysokie – w jego
ocenie – ceny kiełbasy, czy też ostatnio z wyjazdów na podmoskiewskie zgliszcza,
gdzie z podwiniętymi rękawami koszuli wizytował tereny wielkich pożarów.
W Rosji tego typu występy tamtejszego szefa rządu wielu mieszkańcom zdają się
podobać. Tusk zapewne liczy, że takie zagrywki znajdą poklask również w Polsce i
obywatele, zamiast rozliczać premiera i rząd z niedotrzymanych obietnic, nabiorą
się na tego typu sztuczki. I od czasu do czasu nasz premier zabawia się w Putina.

Wczoraj mogliśmy zobaczyć "dobrego" Donalda Tuska zatroskanego o los przyszłych
emerytów i "złych" prezesów towarzystw emerytalnych.
Premier wezwał "złych" na dywanik, pogroził palcem i zrugał za zbyt słabe wyniki
inwestycji funduszy emerytalnych, które mogą skutkować niskimi emeryturami. A
wszystko mogliśmy obejrzeć na ekranach telewizorów. Choć z wyników
inwestycyjnych funduszy – łagodnie mówiąc – trudno być zadowolonym, to gdyby nie
tłumaczyć zachowania premiera wyłącznie zwykłą propagandą, można by je było
przyjąć ze zdziwieniem. Zwłaszcza że to rząd wyznacza ramy, w których
towarzystwa i fundusze emerytalne funkcjonują, a odpowiednią dyskusję rządowi
eksperci mogli odbyć niekoniecznie przed zaproszonymi telewizyjnymi kamerami.
Ale też dlatego, że do tej pory rząd Tuska pozostawał głuchy na koncepcje
poprawienia efektywności funkcjonowania funduszy emerytalnych z punktu widzenia
przyszłych emerytów, płynące od ekspertów rynku emerytalnego niezwiązanych ze
środowiskiem rządowym. Ponadto premier zdaje się nie być aż tak zatroskany o los
obecnych emerytów, którym po fundowanej przez rząd podwyżce podatku VAT od
przyszłego roku może już nie starczyć na prąd, a nawet na jedzenie.
W przeszłości mogliśmy już wiele razy obserwować zabawy Donalda Tuska w Putina.
Choćby podczas wizyt na zalanych wodą terenach, gdzie szef rządu mógł urządzać
sobie sesje zdjęciowe na tle wałów powodziowych. Niestety, od czasu do czasu
trafili się też niepokorni obywatele wątpiący w szczere intencje gospodarskich
wizyt szefa rządu.
Na taką sytuację premier miał jednak przygotowaną odpowiedź: "Za nic nie
odpowiadam, bo nie jestem tutaj burmistrzem czy sołtysem". W graniu Władimira
Putina premier Tusk przeszedł chyba sam siebie na początku tego roku. Wtedy po
doniesieniach medialnych o tym, że chorym na raka obowiązujące z początkiem roku
przepisy praktycznie uniemożliwiły dalsze leczenie, ogłosił, iż nie tylko kazał
zmienić odpowiednie rozporządzenie, ale że za karę pozbawi szefa Narodowego
Funduszu Zdrowia jednej pensji. Takiej zagrywki na pewno by się nie powstydził
nawet sam premier Rosji.
 

Artur Kowalski

drukuj