Z perspektywy Waszyngtonu widać, że Rosjanie działają bez żadnej kontroli

Z dr Sally McNamarą z Heritage Foundation w Waszyngtonie rozmawia Piotr
Falkowski

Co oznacza "reset" stosunków amerykańsko-rosyjskich zapowiedziany przez
prezydenta Obamę?

– Wielu zadawało sobie to pytanie, bo rzeczywiście to nie jest zupełnie jasne,
co znaczy ten "reset". Z rosyjskiego punktu widzenia dotyczy on, co jest
niepokojące, przede wszystkim tzw. tarczy antyrakietowej. Obama ustąpił kosztem
Polski i krajów Europy Środkowej. Wyrazem obaw w waszym regionie jest list 21
osobistości, w którym wprost interpretuje się "reset" jako zgodę na rozszerzenie
rosyjskiej strefy wpływów. Obama oczywiście tak nie powie, będzie dyplomatycznie
tłumaczyć, dlaczego jego polityka jest lepsza. Oczywiście na pytanie, czy
Ameryka powinna mieć dobre relacje z Rosją, odpowiedź jest pozytywna. Ale Rosja
oczekuje od nas, abyśmy się skulili i przepraszali za to, że rozszerzamy
demokrację, przyjmujemy kolejne państwa do NATO, budujemy transatlantycką obronę
antyrakietową. A na to nie można się zgodzić.

Dlatego mówi się o tarczy antyrakietowej dla Europy, ale skoordynowanej z
Rosją.

– Pisałam o tym w swoim ostatnim artykule na ten temat, w którym wskazałam, pod
jakimi warunkami współpraca w dziedzinie obrony antyrakietowej może być możliwa.
Istotne jest, aby NATO zachowało swoją zdolność obronną w pełnym wymiarze i na
wszystkich kierunkach. Jeżeli system tarczy antyrakietowej przeznaczony do
odparcia ataku ze strony państw trzecich będzie posiadał zdolność przechwytującą
w stosunku do pocisków rosyjskich, to Rosja musi to zaakceptować. Zmierzanie
krok po kroku w kierunku systemu połączonego stopniowo zmniejsza elastyczność w
realizacji naszych zobowiązań sojuszniczych, a do tego nie można dopuścić.

Ratyfikacja układu START nie osłabi też zdolności obronnych NATO?
– Główny powód, dla którego START jest tak problematyczny, to właśnie to. Ten
układ praktycznie pozbawia nas środków do budowy tarczy antyrakietowej na taką
skalę, jak tego potrzebują nasi europejscy sojusznicy. Nie można zaakceptować
umowy, która czyni nasze zobowiązania niemożliwymi do realizacji. Przyszła
tarcza antyrakietowa staje się w tym momencie opcją odsuniętą. Niektórzy
amerykańscy komentatorzy kwestionują taką interpretację traktatu. Mówią, że
żaden "deal" (transakcja) nie nastąpił. Ale dysponujemy udostępnionymi przez
administrację zapisami z przebiegu negocjacji i wiemy, co ustalono w ich
trakcie. Głosujący nad ratyfikacją być może nie do końca zdają sobie z tego
sprawę, ale START jak najbardziej dotyczy tarczy antyrakietowej, gdyż
sygnatariusze tak to ustalili. Powtarzam, wszelkie limity zbrojeniowe będą
dotyczyć tarczy. Rosja będzie teraz tego oczekiwać i prawdopodobnie tylko
dlatego tarczę akceptuje.

Skąd taki pośpiech przy ratyfikacji układu?
– Wynika to z wielu politycznych uwarunkowań. Przede wszystkim mamy okres
"kulawej kaczki", pomiędzy wyborami a rozpoczęciem prac izb Kongresu w nowym
składzie. W sytuacji, gdy obecnie jest potrzebna większość, a wkrótce jej
zabraknie, administracja Obamy nie ma powodu, żeby czekać. Oczywiście to nie
jest dobry moment, aby zaciągać takie zobowiązanie w imieniu Ameryki, ale
administracja niestety widzi to inaczej.

Dla Polski amerykańska obecność wojskowa na naszym terytorium to poważna
gwarancja bezpieczeństwa. Czy Stanom Zjednoczonym również zależy, aby mieszkańcy
Europy Środkowej mieli takie poczucie bezpieczeństwa?

– No cóż, Chicago jest wciąż drugim co do wielkości polskim miastem… Głos za
Polską jest więc w USA słyszalny. Ale nawet jeśli nie weźmie się tego pod uwagę,
to Polska gra rolę w projektach, jakie tu, w Waszyngtonie, są tworzone. Polski
nie da się pominąć. Europa Wschodnia traktowana jest jako region, w którym
prowadzi się politykę szczególnie przychylną amerykańskiemu spojrzeniu na świat.
Polska wspierała znacząco i skutecznie politykę administracji Busha podczas
wojny w Iraku, ma swoje wojska w Afganistanie, jest członkiem NATO, jest więc z
wielu powodów skrajnie istotnym elementem w amerykańskim spojrzeniu na Europę.
Ameryka Polski potrzebuje jako sojusznika. Pojawia się jednak pytanie, czy
administracja Obamy nie zdegradowała Polski w pewien sposób. Tak się w istocie
stało. Zresztą także w odniesieniu do wielu innych państw. Nawet Wielkiej
Brytanii, której premier, wówczas jeszcze Gordon Brown, został potraktowany
wyjątkowo lekceważąco podczas swojej wizyty. Kiedy był w Białym Domu, zniknęło
gdzieś popiersie Winstona Churchilla, a w prezencie otrzymał kolekcję płyt DVD z
jakimiś amerykańskimi filmami. Można to połączyć z ostentacyjną grą w golfa
podczas pogrzebu Lecha Kaczyńskiego, na który Obama pod łatwym pretekstem nie
pojechał. Ta administracja ma poważny problem z właściwym wartościowaniem
znaczenia swoich partnerów i określaniu ich roli. Posługuje się prostym kluczem
finansowym. Polska jest jedną z ofiar tego błędnego kursu. Podczas prezydentury
Obamy Ameryka traci z oczu wiele niezwykle ważnych rzeczy, i to się będzie
mściło w przyszłości.

Administracja Obamy w ogóle zdaje się odwracać od Europy.
– To absolutnie prawda. Widać to na podstawie konkretnych posunięć i w
WikiLeaks. Obama inaczej patrzy na świat niż jego poprzednik. Jest to wyczuwalne
niemal w każdym jego geście czy wypowiedzi. Obecny prezydent nie ma żadnej wizji
stosunków transatlantyckich. Jest zorientowany na Pacyfik, na Azję, na Bliski i
Daleki Wschód. To wynika z jego biografii. Ma ojca Afrykańczyka, urodził się na
Hawajach, a dorastał w Indonezji. Jego korzenie są również islamskie, stąd
dochodzi do przewartościowania polityki Białego Domu w odniesieniu do procesu
pokojowego na Bliskim Wschodzie. Trochę na marginesie możemy odnotować, że na
degradację swojej pozycji w amerykańskim polu widzenia narzeka także Izrael,
który jest w bardzo podobnej sytuacji jak Polska. Powtarzam, ta administracja ma
problem z docenianiem swoich sojuszników i… dotrzymywaniem obietnic. Jest
mnóstwo powodów do niepokoju.

Czy to dlatego tak słabym echem odbiła się w Stanach Zjednoczonych sprawa
katastrofy smoleńskiej i tego, co po niej nastąpiło? Mam na myśli szczególnie
sposób prowadzenia śledztwa przez Rosjan. Czy to nie powinno niepokoić Ameryki?
Skłaniać do większej ostrożności w relacjach z Rosją?

– To ogromnie ważne, aby śledztwo toczyło się w warunkach pełnej przejrzystości.
Bezpośrednio po katastrofie rosyjskie reakcje wydawały się uczciwe i stosowne w
odniesieniu do ludzkiego wymiaru tej tragedii. Nastąpił jednak moment, kiedy
zamknięto drzwi. To, co się dzieje, to ukrywanie informacji, działanie bez
żadnej kontroli, możliwości obiektywnej, niezależnej oceny sposobu prowadzenia
śledztwa przez Rosjan, jest to naprawdę bardzo problematyczne. Każdy amerykański
obserwator, jako osoba prywatna, przyzna, że trzeba, żeby całe postępowanie było
tak przejrzyste, uczciwe i otwarte na współpracę, jak tylko jest to możliwe. Gdy
tak się nie dzieje, a myślę, że już nie ma co do tego wątpliwości, to również
nasz Departament Stanu powinien być zaniepokojony. Gdyby coś takiego stało się w
Stanach Zjednoczonych, to po prostu nie znajduję słów, żeby opisać, co by się
stało i jakie byłyby konsekwencje podobnej narodowej tragedii. W tym samolocie
zginął nie tylko prezydent, ale i inni politycy, ważne osobistości, liderzy.

Jak Pani ocenia zachowanie polskich władz po katastrofie?
– Jest faktem, że rządząca Platforma Obywatelska zyskała teraz pełnię władzy.
Nie jestem jednak pewna, czy przejęcie pełnej odpowiedzialności za państwo jest
dla tej partii naprawdę korzystne. To się dopiero okaże. Decyzję o oddaniu
śledztwa Rosjanom oceniam bardzo krytycznie. Teraz polski rząd i jego sojusznicy
z NATO są w niewygodnej sytuacji.

Prezydent Komorowski chyba nie czuje się niekomfortowo. Widzi w katastrofie
impuls do odnowy stosunków z Rosją, a nawet poparł układ START.

– I po to była ta wizyta na początku miesiąca, właściwie zaimprowizowana.
Poparcie dla START ze strony przedstawiciela Polski było bardzo ważne dla Obamy.
A Komorowski może pochwalić się sukcesem. Miał kilka oficjalnych spotkań,
mieszkał w Blair House [rezydencja dla najważniejszych gości amerykańskiego
prezydenta – przyp. red.], wszystko wyglądało bardzo ładnie, wspomniano nawet o
zniesieniu wiz dla Polaków. A administracja uzyskała atut umożliwiający
przekonanie części Republikanów do ratyfikacji START. I przy okazji
"przetestowała" gotowość do współpracy nowego polskiego prezydenta. To
oczywiście potwierdza znaczenie Polski dla USA, chociaż osobiście przykro mi
jest, że ujawniło się to akurat w taki sposób. Ale w istocie głos Komorowskiego
był niewiarygodnie znaczący. Jeżeli START jest kosztem polityki "resetu", to ten
koszt ponosi głównie Europa Środkowa. Skoro jednak głosem prezydenta Polski
wyrażona została zgoda na takie rozwiązanie, to droga do jego przyjęcia jest
otwarta. Nie wiem tylko, skąd ten entuzjazm Bronisława Komorowskiego dla START.
Moim zdaniem, układ ten jest szkodliwy dla Polski jeszcze bardziej niż dla
Ameryki i krok waszego prezydenta to wielka pomyłka.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj