Z Ojczyzny na Golgotę
…Bo nie ma ziemi wybieranej, jest tylko ziemia przeznaczona, ze wszystkich
bogactw cztery ściany, zcałego świata tamta strona…
(Kazimierz Wierzyński)
Wielka Brytania. Hrabstwo Nottinghamshire. Miasteczko Newark-on-Trent. Cmentarz
katolicki. Idę za moją dwuosobową ekipą filmową TVP, za operatorem kamery i
dźwiękowcem. – Ty to już nie masz innych pomysłów, ciągle te groby i krzyże,
krzyże i groby? – pomrukują. Ale wiem, że to takie męskie narzekanie, bo jak
inaczej mieliby ukryć swoje uczucia, przecież ich dobrze znam. Utalentowani,
wrażliwi, gotowi do wielkich wyrzeczeń, co do warunków pracy, byle móc filmować
"dla Polski", dla tych naszych widzów, którym PRL odbierała możliwość poznawania
prawdy historycznej; poznawania bohaterów narodowych, dziś już starszych,
żyjących na obczyźnie, nieznanych wciąż polskiemu widzowi. Redakcja edukacyjna
potrzebowała kiedyś filmów przybliżających heroiczność polskiego Narodu.
Na tym cmentarzu, w Newark, wysoki krzyż zemblematami polskiego wojska, polskich
lotników, którzy oddali życie "za Anglię", w nadziei, że ta Anglia oswobodzona –
oswobodzi potem ich Ojczyznę. Są tu na krzyżach także symbole oddziałów tych
tułaczy, żołnierzy ze szlaku wojennego, od exodusu zSyberii, od Tockoje, przez
Iran, Monte Cassino… po Anglię. Za Wodzem, za gen. Andersem… Wokół dużego
krzyża alejki gęste od skromnych pomników tych, co przebyli swój tak długi szlak
w bojach na obcej ziemi, ale dla Polski, zawsze zgorącym przekonaniem w sercach,
że każda kropla przelanej krwi przybliża ich do powrotu do Ojczyzny… Wielu
znich nie ujrzało swojego kraju nigdy.
Ich jedyną winą była polskość
Zesłańcy polscy. ZSyberii, stepów Kazachstanu, zAłtaju, zUralu… cudem ocaleni
ze zsyłek, wyprowadzeni znieludzkiej ziemi przez gen. Władysława Andersa jako
ofiarni żołnierze. Polscy mężczyźni, młodzieńcy, ale i tysiące kilkunastoletnich
chłopców, sierot pochodzących z rodzin zesłanych zpolskich ziem, wyrwanych
zdomów, zziemiańskich majątków czy ot, ze skromnych polskich domów na Kresach,
wyrwani przez oddziały sowieckie, przez NKWD. Tak podstępnie, w środku nocy.
Zimą najstraszniej to było, w mróz, kolbami tłukli szyby w oknach, walili do
drzwi: "Poliaki, wychoditie, piat´ minut, bieritie wieszczi, pod steniu, bystro,
bystro!". I nieprzytomni rodzice, wyrwani ze snu, owładnięci strachem, chroniący
dzieci, dziadków, zarzucali na siebie, na bliskich jakieś kożuchy, kapoty,
owijali w chusty, bo co można zdążyć zabrać w pięć, tak, w pięć minut, zdorobku
całego życia?! I enkawudziści pchali ich kolbami na drabiniaste wozy, wieźli w
nieznane. Nikt niczego nie wiedział, dokąd, po co, na jak długo, czy to do
więzienia, czy gdzie… Kobiety w ciąży, starzy i chorzy dziadowie, matki
zmalutkimi dzieciątkami przy piersi… w ten mróz, w nieznane.
Oni, w tym mgnieniu potwornego lęku, gdy wojna szalała wokół, zapewne mieli
jakąś nadzieję, że kiedyś powrócą do swoich ciepłych domów, ułożą do łóżeczek
swoje dzieci, napalą w dogasającym właśnie piecu, odnajdą wyjące teraz psy…,
złe minie… Jak wielu znich, zsetek tysięcy, nie przeczuwało, że to ich
najdłuższa Droga Krzyżowa, zOjczyzny na Golgotę… pomrą tysiącami zgłodu,
chorób, bezdomni, upokarzani… Ich jedyną "winą" była polskość – to, że byli
Polakami.
Najdelikatniej jak to możliwe idą moi dwaj koledzy – filmowcy, objuczeni
sprzętem. Widzę, jak starają się cichutko stąpać wśród tych rzędów polskich
krzyży. My, urodzeni po wojnie, w zniewolonej przez reżim komunistyczny Polsce,
pozbawieni prawa do poznawania w szkole prawdziwej historii, też byliśmy jej
złaknieni. A ileż razy tak ciężko nam było w tę nagle posłyszaną prawdę o
polskim cierpieniu uwierzyć! Jak to było możliwe? Jak to naprawdę było możliwe –
przeżyć zsyłkę, wytrzymać tę poniewierkę i pozostać Polakiem? Tam, na wiecznym
uchodźstwie, tam, w Anglii, czy rozproszeni w świecie, w wielu dalekich krajach
i tyle lat potem, po wojnie, wciąż nie mieć prawa choćby na wakacje do Polski
przyjechać. Uchodzić za "plugawego karła reakcji"! Tak nazywani byli przez
komunistyczną propagandę ci, którzy za Polskę przelewali krew, w najbardziej
ofiarnych bojach II wojny światowej… Nie wyrzec się tej Polski, trwać ponad
pół wieku, ochraniając najdrobniejsze pamiątki, medale bitewne, sztandary,
drobiazgi, wspomnienia, piosenki, a dzieciom i wnukom na obczyźnie przekazywać
żarliwy patriotyzm. I żyć marzeniem, że kiedyś Dobry Bóg przywróci wolność
Ojczyźnie, że wszystkie te ztak wielkim pietyzmem przechowywane skarby polskości
można będzie przekazać młodym pokoleniom w kraju, których reżim nie pozwalał
uczyć o gen. Andersie, o szlakach znaczonych polską krwią.
Filmujemy, by oddać im hołd
Nastąpił ten czas. I my też możemy filmować tu, pod Londynem, tych, którzy dla
nas walczyli o wolność, o polskość. Możemy pracować dla polskich widzów, wówczas
w niedawno "odzyskanej", zdawałoby się, telewizji polskiej… Był to rok 1996.
Zaczynamy tu kręcić nasz film dokumentalny o uroczystym zlocie Polaków na
uchodźstwie.
Pierwszy przemawia były zesłaniec do Kazachstanu, jedyny ocalony cudem zlicznej
polskiej rodziny tam wygnanej, Czesław Zychowicz, prezes Stowarzyszenia Polskich
Kombatantów. Zwraca się do prezydenta na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego i
do kilkuset zebranych: "Tu, w Newark, spotykamy się, by oddać im hołd… w 50.
rocznicę powstania SPK… oddać hołd tym, którzy oddali życie za Polskę". Ten
wyniosły krzyż – pomnik na cmentarzu Polskich Lotników w Newark, odsłonięty
został 15 lipca 1941 roku. Umieszczoną na cokole krzyża tablicę odsłaniał
naczelny wódz gen. Władysław Sikorski. Zarówno krzyż, jak i cały cmentarz oraz
piękne zielone łąki pod przyszłe polskie groby poświęcił ks. bp Józef Gawlina.
Początek cmentarzowi dały pierwsze groby polskich lotników w październiku 1940
roku. Spoczywa tu 353 lotników Polskich Sił Powietrznych, a także 3 prezydentów
RP na uchodźstwie, ofiary katastrofy nad Gibraltarem (wraz zgen. Sikorskim,
ekshumowanym i przeniesionym w 1993 r. na Wawel). Chowano tu też zmarłych w
późniejszych latach. Łącznie niemal 450 Polaków, którym już nie było dane
powrócić do Ojczyzny. Na krzyżu, na tym największym lotniczym polskim cmentarzu
na świecie, znajduje się więc tablica znapisem: "…toczyłem dobry bój, zawodu
dokonałem, wiarym dochował…", poniżej: "Za Wolność".
W Instytucie Polskim w Londynie jest film zuroczystości poświęcenia krzyża i
całego cmentarza. Od prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego otrzymaliśmy w
prezencie, na rzecz Telewizji Polskiej, fragment tego archiwalnego materiału.
Czarno-biały obraz, ksiądz biskup zkropidłem wysoko wzniesionym, ku ramionom
krzyża. Szczupła postać w mundurze… to gen. Sikorski… taka chwila glorii
naszej Ojczyzny na uchodźstwie. Wielu Polaków tam to ci, którzy zdołali uciec
zkraju, by walczyć w armii brytyjskiej. W tym samym czasie, gdy polscy lotnicy
ginęli, walcząc w RAF, nadal trwały wywózki polskich rodzin na Sybir…
Władze sowieckie planowały deportować w głąb ZSRS około 2 mln ludności cywilnej.
Do większych miast II RP, na terenach okupowanych przez Sowietów, ściągano
wagony bydlęce, towarowe, od stycznia 1940 r., aż tych wagonów zabrakło w całej
Rosji! W nocy z9 na 10 lutego 1940 r. tymi wagonami wywieziono 50 tys. polskich
rodzin, na Wschód, na bezludzie. Na przełomie kwietnia i maja 1940 r., gdy
trwały mordy na oficerach polskich w Lesie Katyńskim, Twerze i Charkowie,
rozpoczęła się druga wielka wywózka, kolejne 50 tys. rodzin polskich… trzecia
wielka wywózka – w czerwcu 1940 r., i tak kolejne… do lata 1941 roku.
Prezes SPK, pan Zychowicz, ocalał jako jedyne dziecko zrodziny zesłanej pod
Karagandę. Na stepie pochował swoich dziadków, rodziców, rodzeństwo. Jego
wspomnienia zaczynały się jak wiele innych: "To było nad ranem, wtargnęli
enkawudziści, kolbami rozwalili drzwi…, kazali wstawać, mama ubierała nas –
dzieci; płacz, strach, czy jeszcze do domu wrócimy, kiedyś?".
Nie ma nic gorszego niż głód…
Wśród mogił, na tej filmowanej przez nas uroczystości 50-lecia działalności SPK,
przechodzą starsi ludzie, w granatowych, uroczystych mundurach członkowskich,
zmedalami w klapach, zżołnierskimi orzełkami w koronach, na granatowych
beretach. Podchodzę zmikrofonem do drobniutkiej kobiety, pełnej wigoru, jakiejś
szczególnej energii życia. Płynie wspomnienie zesłanej, można rzec, aż
"klasyczne". Maria Góral, mieszkająca od końca II wojny światowej w Londynie,
została wywieziona zbliskimi. Co zapamiętała, jako kilkuletnia dziewczynka, ztej
Golgoty? Oto zapis jej wypowiedzi, zmego filmu: "Moim najgorszym momentem w
życiu był 10 lutego 1940 roku. W nocy, gdzieś godzina druga czy trzecia, w nocy,
wywalenie drzwi, dziki łomot, weszło kilku sowieckich żołnierzy, to się
zorientowaliśmy i krzyk: "Wstawać!".
(…) Te pierwsze tygodnie to nie było jeszcze tak źle, bo każdy coś tam chował,
pakował, bo czegoś się rodziny spodziewały… Ale później zabrakło jedzenia,
chleba, szybko zaczęli ludzie umierać zgłodu, zwycieńczenia, zresztą znerwów,
zprzerażenia ludzie umierali, małe dzieci, matki… Pamiętam obraz, który
najbardziej przeżyłam, to jest śmierć dziecka sąsiadki… które Rosjanie
wyrzucili… Zmarło. Matka siedziała tak znim w ramionach, a rano łomot do
wagonu, co rano tak, rano: "Otkroj! Otwieraj!". I Rosjanie to dziecko wyrwali
jej i wyrzucili na śnieg…
(…) W tym wszystkim, w tym wagonie, i potem, jak nas wysadzili, w stepie, i do
rąbania lasów pognali, to zaufanie mieliśmy jeden do drugiego, jeden drugiemu
pomagał. Jak już człowiek padł, nie mógł, to jeden oddawał drugiemu sam, co
miał, aby tylko ten drugi też przetrzymał, ale szybko już było tak, że nie było
tygodnia bez pogrzebów. (…) Polacy chowali zmarłych na takiej górce, na co
enkawudziści się nie chcieli zgodzić. To my zrobiliśmy taki zbiorowy pochód, na
tę górkę, a na niej postawiliśmy oczywiście krzyż! Nie jeden dostał wtedy lagą,
ale krzyż postawiliśmy!
(…) Nie ma nic gorszego w życiu jak głód. Ja mam takie wrażenie, ztego
dzieciństwa na zsyłce, że może jakieś uderzenie, uszkodzenie cielesne, to może
krócej trwa niż ta męka zgłodu. Ja do dzisiaj to przeżywam, pół wieku! Ja do
dzisiaj kromki chleba nie wyrzucę!
(…) Był taki głód, że ja, jak widziałam, że zaczynali umierać, tam, na
pryczach, w łagrze, to siadałam na górnej pryczy i patrzyłam na dolne… i jak
któryś konał, jak tylko to dostrzegłam, to mu wyciągałam chleb! Bo jak nie ja mu
wyciągnęłam ten chleb, to drugi to by zrobił, jakiś kolega…
(…) Pamiętam, to straszne, jak jechaliśmy zpółnocnej Rosji do Kazachstanu, już
po amnestii, byle wyjechać zSowietów, najbardziej pamiętam tyfus. Roznosiciele
tyfusu to to polskie wojsko, młodzi, wynędzniali, bez rodziców, nikt tam o nich
nie dbał… straszny ścisk w wagonach, na narach, każdy chciał jechać, uciekać
ztego piekła jak najdalej, jechaliśmy w wielkim tłoku, a najwięcej umierało w
nocy, to jak rano ten pociąg przystawał, to nikt tam ich nie chował, nie było
czasu, kto silniejszy, to brał zmarłych, wyrzucał koło stacji. Początkowo każdy
wpadał w szok, płacz słychać było, a potem to przyzwyczailiśmy się, panowało
tylko milczenie…
(…) SPK to ja uważałam, po tym, jak ocalałam zzesłania, jako moją rodzinę,
jako łączność zOjczyzną, a to trzymało mnie przy życiu stale, myśl o Ojczyźnie".
Dzieci zesłane bez rodziców
Zamyśleni, idą od krzyża do krzyża, przystają przy swoich przyjaciołach,
bliskich… na chwilkę… na moment wspomnienia… kładą kwiaty. Tacy są
uroczyści, pełni godności, odświętni. Czy to możliwe, aby to oni cudem wyrwali
się ze zsyłek? Dostrzegamy wśród nich panią w mundurze SPK, ale jakoś dziwnie
młodszą od wszystkich biorących udział w tej uroczystości. Pani ta ma
przykuwający naszą "filmową" uwagę dziwnie głęboki, jakby nieobecny wzrok, jakby
patrzyła w głąb samej siebie i widziała tam coś przerażającego tak, że oczy jej
zamarły. Operator przygląda się tej twarzy przez teleobiektyw, jest poruszony:
"Ta kobieta jakby wciąż tam była, gdzieś, na stepach Syberii?!".
Proszę tę panią o wspomnienia do kamery, spodziewam się, że będzie "jak zwykle",
tj. według tego samego scenariusza napisanego przez NKWD i Stalina – przyszli "bojcy",
walili kolbami w drzwi, "sobirajties, piat´ minut!" i na wóz, i do wagonów
bydlęcych… Czego tu nowego się spodziewać, ta sama droga, te same łzy!
A jednak kolejne strzępy wspomnień będziemy nagrywać wstrząśnięci do głębi, w
zupełnym bezruchu. Przyjdzie nam wysłuchać niepojętego dla ludzkich serc
wspomnienia… dziecka…, jednego, jedynego ocalałego zwywózki uprowadzonych
zulic, w 1940 r., przez NKWD dzieci! Cały pociąg, wagony zdziećmi!
Oto zapis dosłowny nagrania filmowego pani Marii Bień: "Szłam do szkoły, rano,
podeszli do mnie na ulicy enkawidziści… Czy to byli żołnierze? Ja wtedy nie
wiedziałam, kto to był właściwie, była łapanka, ktoś krzyczał: "Łapanka!". Że to
łapanka na młodych ludzi! Ja pomyślałam, że to mnie nie dotyczy, bo ja jestem
jeszcze dziecko, ale oni mnie złapali, powiedzieli, że pójdziesz tam, gdzie
twoja mama i brat, i ojciec tam są już w wagonie. Ja już nie miałam tatusia,
myślałam, że to jakieś nieporozumienie. (…) Zostałam zaprowadzona do bydlęcego
wagonu. Jechaliśmy jakieś cztery, pięć tygodni. Na Sybir. Nas w wagonie było,
dzieci, około sześćdziesięciu. Ale jak żeśmy dojechali, na Sybir, to okazało
się, że było nas 360 dzieci bez rodziców! (…) Jak żeśmy jechali? Rano
dostaliśmy gorącą wodę i kawałeczek chleba, na obiad dostaliśmy gorącą wodę i
kawałek chleba. I to samo powtarzało się wieczorem, aż żeśmy dotarli do Rosji,
tam, na Sybir. (…) Od wagonów, trzeba było iść, teraz nie pamiętam, ale jakieś
30 kilometrów, pieszo, szliśmy nad rzeką, na posiołek, w którym nic nie było,
trzeba było sobie budować baraki, zdrzewa, trzeba było ścinać te drzewa, dzieci
ścinały! (…) Popędzili nas do lasu, powiedzieli, że jak nie będziemy pracować,
to nie będziemy jedli. A dawali nam suszoną rybę i zupę, czasem ta zupa była…
to cała kapusta była, zkorzeniem, ze wszystkim ta kapusta była ugotowana, nawet
robaki chodziły po tej kapuście, i kawałeczek chleba do tego, czasem ten chleb
był dobry, a czasem to jak się ten chleb zgniotło, to woda wychodziła zniego.
Jak była wiosna, to dzieciaki zbierały owoce, na jesieni grzyby zbierały… i
myśmy tak starały się przeżyć. (…) W baraku, jak się go pobudowało, tam
pośrodku była taka duża dziura, i tam się paliło ognisko. I my, dziewczynki,
spałyśmy dookoła ogniska. W takim baraku było około 30 do 35 dzieci. Oni
chłopców oddzielnie dali do baraków, dziewczynki oddzielnie. To w nocy
dziewczynki się pokładały naokoło ogniska, taki kwiat co noc robiły, dookoła
tego wyżłobionego koła wokół ogniska, tak spały, a co rano to co druga prawie
nie żyła… Jak się rano wstało, popatrzyło się…! Myśmy musiały je same
chować… kopać w śniegu, a śniegiem się te ciałka przykryło tylko… a później,
oj! Tam były dzikie zwierzęta, tam były niedźwiedzie, wilki, tygrysy, takie koty
leśne! Jakże one się nazywać mogły? I rozniosły to ciało. Na wiosnę już nie
znalazło się jakiegoś ciała, ztych dzieci, żeby leżało. (…) Aż nastał ten
dzień, że generał Sikorski porozumiał się ze Stalinem i ten wydał amnestię dla
wywiezieńców, kto chciał jechać do Polski zpowrotem. No ale myśmy, dzieci, nie
rozumieli, co to jest amnestia. Starali się nam wytłumaczyć ci, co nas
pilnowali, że to znaczy, że możemy wracać do swoich rodziców. To wtedy okazało
się, że zwszystkich dzieci, ztych 360 dzieci, to zostało nas chyba zsześć! (…)
Spotkałam jednego Polaka, nazywał się Witek Wilk, on mówi do mnie: "Marysiu,
będziemy teraz szli przez bój we dwójkę. Ty będziesz mnie pilnowała, a ja
ciebie". Dojechaliśmy do Taszkientu pociągami. Wskakiwaliśmy na pociągi, bo nie
mieliśmy rubli, żeby zapłacić za bilety. I tak do Taszkientu, bo tam byli już
Polacy. Przyszliśmy do punktu Czerwonego Krzyża. Mówię prawdę, dokładnie
pamiętam, jak było. Pukamy do tej pani tam, w okienku, i pytamy, czy możemy
dostać coś do ubrania, bo obydwoje byliśmy w łachmanach, no bo jak to po dwóch
latach, w jednym ubraniu, byliśmy w strasznych łachmanach, a i brudny człowiek
był, bo się nie mył, wszy mieliśmy, bo człowiek się trochę mył, jak znalazł
trochę wody po drodze… Ta pani nam tak mówi: "Ja nie mogę wam teraz nic wydać,
ani chleba, ani odzieży, bo ja teraz to idę na obiad!". To nie tylko ja, ale i
ten Witek się popłakał. Mówi: "Wiesz co, to my nie będziemy czekać, wybijemy
okno, wejdziemy tyłem, zabierzemy, co nam potrzeba, chleba, ubrania, pojedziemy
do polskiego wojska, co się tu organizuje". (…) Pojechaliśmy do Guzarów.
Poszłam się zapisać do wojska. Ta pani, która siedziała w punkcie polskim, pyta:
"Dziecko, ile ty masz latek?". A ja usiłuję kłamać, że chyba 26… Ta pani mówi:
"Nie, dziecko, masz 12, na tyle mi wyglądasz, musisz iść do szkoły!". Zapisała
mnie do polskiej szkoły i ztą szkołą przeszłam przez Pahlevi, Teheran, wszystkie
te na Wschodzie państwa, do Nazaretu, w Palestynie. (…) Do Anglii przyjechałam
w 1945 roku, jeszcze musiałam pójść do wojska na rok, wyszłam tam za mąż w
Szkocji, a później, jak się wojsko rozwiązało, założyliśmy SPK, żeby się ludzie
gdzieś skupili, choćby po to, żebyśmy mogli kupować domy, bo Anglicy to nie
chcieli nam domów sprzedawać, Polaków mieli za nic, i pracy nam nie chcieli
dawać, więc wszyscy zbierali się w kościele, na plebanii, i tam się
organizowaliśmy. Najpierw zbieraliśmy po 6 pensów wpisowego, a to było 2
bochenki chleba wtedy, za te 6 pensów, no i trochę pieniędzy nazbieraliśmy.
Organizowało się wiele, żeby kupić dom polski czy katolicki, żeby coś mieć dla
Polaków, pomagać.
(…) Teraz co my tu robimy? Bierzemy tylko 2 funty 50 pensów rocznie, ale ci,
co tu umierają, to zostawiają swoje domy dla SPK, na dobre czyny. Żeby pomagać
tym, co są chorzy, niezdolni do pracy, odwiedzamy ich, dajemy pomoc czy
umieszczamy w domach starców. I mamy też pieniądze, aby pomagać Polsce. Biednym
w Polsce, szczególnie dzieciom czy starcom, a najwięcej to kalekom, ofiarom
wojny, bo dużo Polaków pojechało zAnglii do Polski, po wojnie, nic nie mieli,
tam nic się nie dorobili, to trzeba im pomagać teraz. Ja ich wszystkich kocham,
zcałego serca kocham Polaków. (…) Jeżeli pojadę czasem do Polski, to nikt tam
nie może sobie wyobrazić, że ja to mogłam przejść to wszystko, i jeszcze… żyć.
Warto żyć. Bo warto żyć dla Polski".
Anna T. Pietraszek
Zdjęcie archiwalne pochodzi z filmu nakręconego podczas
uroczystości na cmentarzu w Newark-on-Trent 15 lipca 1941 r., którego fragment
przekazał Telewizji Polskiej prezydent Ryszard Kaczorowski. Pozostałe zdjęcia
pochodzą z filmu dokumentalnego autorstwa Anny Pietraszek "Czy warto żyć dla
Polski?" (1996).
