Wymiana historyków „gończych”
Przed kilkoma dniami premier Donald Tusk był łaskaw powiedzieć, że w Instytucie Pamięci Narodowej należy wymienić historyków „gończych” – starających się szukać sensacji politycznej – na historyków apolitycznych. Od razu nasuwa się tutaj sugestia, by pan premier oraz jego rząd przesłali do IPN listy historyków „apolitycznych” i historyków „gończych”, ażeby umożliwić dokonanie selekcji wedle wytycznych rządowych.
Oczywiście dobrze by było, aby takie listy skierowane zostały również na uniwersytety, wtedy rząd już nigdy nie musiałby się zastanawiać, czy aby nie obcinać dotacji na kampus uniwersytecki w Krakowie z powodu jakiejś niepoprawnej politycznie pracy magisterskiej (jak w przypadku Pawła Zyzaka). Zresztą gdyby rząd sporządził ogólnokrajowe listy naukowców poprawnych i niepoprawnych politycznie, to wszystkim z pewnością „żyłoby się lepiej”.
Oczywiście nasuwa się pytanie, jak rozumieć termin „historycy gończy”. Inni zastępują go sformułowaniem „historycy śledczy”, a więc tacy, którzy ze wzmożoną dociekliwością starają się zgłębiać tematy, którymi – zdaniem władz – nie powinni się zajmować. Zastanówmy się zatem, do czego taki sposób rozumowania może nas doprowadzić. Po wyeliminowaniu „śledczych” historyków, trzeba będzie się zabrać za „śledczych” politologów, socjologów i prawników. Wszak ci również w wielu wypadkach podejmują niebezpieczną tematykę rozliczeń z komunizmem. Na tej kanwie można by również zrobić „porządek” w naukach szczegółowych. Bo ileż to niepokoju w świecie wprowadzają „śledczy” fizycy, chemicy czy astronomowie. Wyeliminowanie „śledczych” naukowych warchołów przysłużyłoby się umacnianiu ładu społecznego, a stąd już tylko krok do tego, aby politycy corocznie ogłaszali badaczom tezy, które ci mieliby za zadanie „naukowo udowodnić”. Coroczne sprawozdania musiałyby jedynie zawierać opis realizacji badawczych wytycznych rządzącej partii.
W ten oto sposób doprowadziliśmy nasze rozważania do absurdu, ale niestety sytuacja zaaranżowana przez rządzących trąci właśnie absurdem. Wydaje się również, że analogia, którą się powyżej posłużyłem, jest zasadna (porównanie nauk humanistycznych i nauk szczegółowych). Wielkich odkryć naukowych zarówno w dziedzinie astronomii, jak i historii dokonują umysły niepokorne, ludzie nieraz podważający obiegowe tezy. Gdzie byśmy dzisiaj byli, gdyby przed wiekami Mikołaj Kopernik nie okazał się astronomem o skłonnościach „gończych”. Przez wiele stuleci tkwilibyśmy w absurdalnym przekonaniu, że to Słońce krąży wokół Ziemi, a nie odwrotnie. Oczywiście i wówczas odzywało się wielu „polityków” i „naukowców” bardzo niezadowolonych z wyników Kopernikowskiego, naukowego „śledztwa”.
Niepokorni współcześni historycy podważają obiegowe tezy, docierając do nieznanych dotychczas źródeł, które obalają narosłe mity propagandowe. To m.in. dzięki takim niepokornym IPN-owskim historykom wprowadziliśmy do obiegu naukowego niezwykle bogatą literaturę oraz różnorodne wiadomości na temat dziejów totalitaryzmów XX wieku. Eliminacja takich właśnie „śledczych” („gończych”) historyków to nic innego, jak tylko zatrzymanie naszej refleksji historycznej nad wiekiem XX na poziomie politycznie poprawnego banału.
Odnosząc się do projektu zmian w ustawie o IPN zaproponowanego przez Platformę Obywatelską, należy również stwierdzić, że projekt ów uderza przede wszystkim w niezależność tej instytucji. Wbrew deklaracjom polityków zmierza on do skrajnego upolitycznienia Instytutu. Świadczy o tym nie tylko próba brutalnego przerwania kadencji Kolegium IPN czy ukarania Instytutu za niewygodne dla polityków publikacje książkowe, lecz także zapisany w projekcie ustawy uproszczony sposób odwoływania władz IPN-owskich zwykłą sejmową większością. W tzw. państwie prawa pewne urzędy zachowują kadencyjność niezależnie od zmian na arenie politycznej. Tak było do tej pory m.in. z IPN. Jeśli proponowane zmiany wejdą w życie, można sobie wyobrazić, że każda doraźna koalicja rządowa zechce mieć „swojego” prezesa IPN i w prosty sposób będzie mogła to osiągnąć. Tak więc częstotliwość zmian prezesa zbiegałaby się z częstotliwością zmian koalicji rządowych. Oczywiście każdorazowy prezes byłby uzależniony od polityków nie tylko ze względu na to, że został wybrany przez parlament. Wiedziałby on doskonale, że jakakolwiek niesubordynacja względem rządu skończyłaby się jego dymisją. Aż dziw, jak tego typu ustawowe propozycje można nazywać mianem „odpolitycznienia IPN”. Chodzi o coś zupełnie innego: chodzi o upartyjnienie całego życia publicznego w Polsce, w tym także o upartyjnienie pamięci historycznej Polaków.
Dla jeszcze pełniejszego zobrazowania opisywanego stanu rzeczy warto się zastanowić, przy poparciu jakich sił politycznych pragnie Platforma przeforsować projekt zmian ustawowych dotyczących IPN. Chodzi oczywiście o poparcie koalicyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej. PSL znajduje swe początki w dawnym Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym mocno uwikłanym w PRL-owski system władzy. SLD – wywodzący się w prostej linii z dawnego PZPR – nie od dziś głośno deklaruje chęć likwidacji IPN. Postkomuniści poprą każdy projekt, który zmierza do destrukcji w funkcjonowaniu Instytutu lub do jego ubezwłasnowolnienia. Przypomnijmy, że to właśnie politycy SLD zadeklarowali poparcie dla projektu PO, co świadczy o tym, iż projekt ów – mimo szumnych deklaracji – zmierza do realnego osłabienia, a w konsekwencji do zniszczenia IPN.
Prof. Mieczysław Ryba
