Wykorzystać relacje w Europie
Władze Białorusi zaprosiły międzynarodowych ekspertów w celu
uwiarygodnienia przed opinią międzynarodową śledztwa w sprawie niewyjaśnionej
śmierci opozycyjnego dziennikarza Aleha Biabenina. Ta inicjatywa, wyrażona na
forum OBWE, mogłaby być przykładem dla władz rosyjskich w sprawie Smoleńska.
Jednak przedstawiciele Kremla jak ognia unikają tego tematu.
Virginie Coulloudon, urzędnik z biura OBWE w Wiedniu, uważa taką współpracę za
możliwą. Wiążące prawnie byłoby oświadczenie złożone przez ambasadora podczas
któregoś z wiedeńskich posiedzeń Rady Stałej OBWE. Tak właśnie postąpiła
Białoruś i trwają konsultacje nad wyborem odpowiednich kandydatów.
Umiędzynarodowienie śledztwa oddaliłoby zarzuty o stronniczość bądź opieszałość
dochodzenia, wpłynęłoby też korzystnie na wizerunek rosyjskiego rządu.
Katastrofa, w której zginęło 96 osób, miała przecież niesłychanie poważne
konsekwencje polityczne, także o wydźwięku międzynarodowym. Dlaczego zatem nie
podjęto decyzji o zaproszeniu niezależnych ekspertów? Odpowiedź, że
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) jest właśnie taką obiektywną instytucją,
nie przekonuje nikogo, bo ta formalnie międzynarodowa organizacja zrzesza
wyłącznie kraje Wspólnoty Niepodległych Państw i Rosja ma w niej rolę absolutnie
dominującą.
Jeśli chodzi o Rosję, to pytania o obecność polskich lub innych specjalistów są
pomijane i zbywane. Zarówno minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, jak i
ambasador w Warszawie Aleksandr Alieksiejew unikają odpowiedzi na to i podobne
pytania. Za niekompetentną z kolei uważa się w tej kwestii rosyjska prokuratura.
Kremlowscy dyplomaci indagowani wprost o możliwość przejęcia śledztwa przez
polskie organy najchętniej zmieniają temat. Gotowi są czasem przyznać się do
jakichś opóźnień ze strony rosyjskich władz (które tłumaczone są "nadzwyczajną
starannością w wypełnianiu procedur"), natomiast najwyraźniej nie dopuszczają
myśli o podzieleniu się kompetencjami.
Odwoływanie się do niezależnych specjalistów jest praktyką szeroko stosowaną.
Według wielu komentatorów, władze białoruskie nie są do końca szczere, gdy mówią
o pełnym obiektywizmie śledztwa w sprawie śmierci opozycyjnego dziennikarza,
36-letniego Aleha Biabenina, którego znaleziono 3 września powieszonego we
własnej daczy. Natalia Radina, współpracownica Biabenina z portalu Karta ’97,
zwraca uwagę na szereg niedociągnięć śledztwa. – Nie opieczętowano domu, nie
zdjęto odcisków palców, odmawia się przesłuchania kolegów ofiary, którzy byli na
miejscu zdarzenia i widzieli rzeczy, o których teraz mówi się, że ich nie było:
ślady na ciele, złamana noga i inne – relacjonuje w rozmowie z "Naszym
Dziennikiem". W jej opinii, oświadczenie prokuratury o braniu pod uwagę różnych
wersji to "piękne słowa pod publikę". – W rzeczywistości dążą do jednego:
stwierdzenia samobójstwa – dodaje.
Na Białorusi zdarzały się już przypadki zasłaniania się opiniami zagranicznych
ekspertów idących po linii władz. OBWE sięga swoimi korzeniami okresu zimnej
wojny i pozostaje wciąż ośrodkiem silnych wpływów postsowieckich. –
Międzynarodowe śledztwo byłoby czymś wspaniałym. Ale jeśli eksperci będą mieli
dostęp tylko do oficjalnych materiałów sprawy, to tam niczego nie znajdą.
Mieliśmy już zresztą takich "lipnych" ekspertów, którzy przyjeżdżali i
twierdzili na przykład, że sprawa Autuchowicza nie jest polityczna – opowiada
Radina.
Mowa tu o oskarżanym o różne przestępstwa gospodarcze, korupcję, a nawet próbę
zorganizowania zamachu na prezydenta, sympatyzującym z opozycją przedsiębiorcy z
Wołkowyska Nikole Autuchowiczu, obecnie przebywającym w więzieniu. Jest on znany
z wykrycia kilku afer korupcyjnych i krytyki władz. Powszechnie uważa się go za
więźnia politycznego. W ubiegłym roku jego akta badał niemiecki profesor prawa
Martin Fincke, rekomendowany przez biuro OBWE w Mińsku, który orzekł, że sprawa
Autuchowicza i trzech innych osób nie ma podtekstu politycznego. Opierał się on
jednak wyłącznie na dokumentach prokuratury, nie spotykał się natomiast z
oskarżonymi i ich prawnikami. Krytyka misji Finckego była jedną z przyczyn
dymisji mińskiego przedstawiciela OBWE, niemieckiego dyplomaty Hansa-Johena
Schmidta.
Mińsk pod pręgierzem
Tym razem – po tym, jak dziennikarze masowo zgłaszali wątpliwości co do
rzetelności śledztwa w sprawie śmierci Aleha Biabenina – przedstawiciel
Białorusi wystosował zupełnie otwarte zaproszenie do przysłania biegłych
skierowane do szerokiego grona państw członkowskich OBWE. Ma to być odpowiedź na
oskarżenia ze strony własnych dysydentów i społeczności międzynarodowej,
mówiącej głosem m.in. przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Jerzego Buzka i
amerykańskiego ambasadora przy OBWE Iana Kelly’ego.
Mińskim władzom zależy na poprawieniu złej opinii o demokratycznych standardach
i przestrzeganiu praw człowieka na Białorusi. Pełna rezerwy reakcja działaczy
opozycyjnych jest także zrozumiała. Nie da się ukryć, że dążą oni do
politycznego zdyskontowania śmierci jednego ze swoich liderów. Sugerują
odpowiedzialność służb prezydenta Łukaszenki za to wydarzenie, co eksperci
uważają jednak za mało prawdopodobne. – Władze białoruskie nie są obecnie
zainteresowane takimi ekscesami. Stosunki z Rosją są napięte, trwa dialog z UE.
Dla rządu Białorusi kolejna kontrowersja nie jest potrzebna – ocenia Kamil
Kłysiński, ekspert do spraw białoruskich z Ośrodka Studiów Wschodnich, który
wskazuje na szereg innych możliwości. – Stopniowanie napięcia jest raczej na
rękę Rosji. Śmierć dziennikarza może mieć też związek z zakulisowymi rozgrywkami
w białoruskich organach bezpieczeństwa. Nie można również wykluczyć prywatnego
podłoża tej tragedii – dodaje.
Na analogiczny krok, starania o wyniesienie śledztwa smoleńskiego na poziom
międzynarodowy, mogłaby się także zdecydować Polska. Głosy licznych ekspertów,
pełnomocników ofiar, polityków i publicystów nie pozostawiają wątpliwości, że
będące cały czas w centrum uwagi śledztwo nie rozwieje wszystkich wątpliwości.
Nie wszyscy, jak wiadomo, ufają do końca ustaleniom prokuratorów i ekspertów
lotniczych Polski i Federacji Rosyjskiej.
Obecność obiektywnych i bezstronnych specjalistów z krajów niemających żadnych
własnych interesów ani uwikłań dotyczących tej sprawy zdopingowałaby naszych
śledczych i zagwarantowała ich większy obiektywizm. Ewentualny wniosek polskiego
rządu zachęciłby zapewne naszych rosyjskich partnerów do takiego samego kroku.
Mecenas Stefan Hambura, pełnomocnik części rodzin ofiar, także widzi same zalety
takiego rozwiązania. – W dzisiejszej Europie nie powinniśmy się bać wzajemnie
patrzeć sobie na ręce. Bo to tylko pomaga – mówi.
Piotr Falkowski
