Wybrańcy nowej ery
Dopiero co przed kilkoma tygodniami rozpoczął się rok 2012, a już można
przewidzieć, jakie słowa będą w nim najchętniej powtarzane przez ludzi mediów i
polityków: piractwo w sieci, cenzura w internecie, przejrzystość. Słychać je
wszędzie. W Ameryce po fali protestów jak na razie zablokowano przegłosowanie
dwóch projektów ustaw dotyczących internetu – SOPA (stop piractwu internetowemu)
i PIPA (ochrona praw autorskich). W Europie uformował się szeroki ruch oporu
przeciwko wypracowanej przez USA, Japonię i Europę ustawie ACTA służącej
zahamowaniu niezgodnego z prawem wykorzystywania w internecie chronionych
prawami autorskimi danych.
Niektóre akcje przybierają charakter masowy i spektakularny, tak jak w
Polsce, gdzie anonimowi hakerzy, chcąc zaprotestować przeciwko zbyt dużej
kontroli i ograniczeniom w sieci, zablokowali nawet na jakiś czas strony
internetowe rządu i prezydenta. Niezwykle trudno jest zrozumieć wszystkie
intencje i ideały uwikłanych w ten spór grup i osób. Przestają już nawet
wystarczać stare polityczne wzorce, jak lewica i prawica, liberałowie i
konserwatyści.
Partia Piratów
Dowodów na to dostarcza rzut oka na nową, ale odnoszącą sukcesy wyborcze
niemiecką partię, tzw. piratów. Odkąd osiągnęli zaskakująco dobre wyniki w
wyborach parlamentarnych w Berlinie w październiku 2011 r., stali się pupilkiem
krajowych mediów i w pewnym sensie występują jako pars pro toto dla globalnego
oburzenia internetowych aktywistów. Piraci to młodzi ludzie, wśród nich jest
wielu studentów, którzy nie mają żadnego politycznego doświadczenia i
odpowiednio do tego amatorsko się prezentują. "Na ten temat nie mamy jeszcze
zdania" – to typowe zdanie wypowiadane przez tych politycznych dyletantów. Ale
Niemcy to lubią. To takie mile widziane urozmaicenie dla dotychczasowego układu
politycznego, gdzie każdy ma natychmiast odpowiedź na każde pytanie. Nawet jeśli
nic nie wie. Ale piraci nie tylko utrzymują atmosferę kultury protestu – w
przypadku "polityki rodzinnej" domagają się zgodnego z modnym ruchem gender
"wolnego samostanowienia płciowej i seksualnej tożsamości, względnie orientacji,
a przede wszystkim prowadzą agresywnie zdigitalizowany styl życia. Ich
ekstremalnie krótki program (zajmuje jedynie 23 strony!) w zasadzie ogranicza
się do tematu internetu. I tak w "dziesięciu tezach" piratów znajduje się
interesujące zdanie odnośnie do "polityki sieciowej": "W sieci rozstrzygają się
losy świata materialnego".
Życie w sieci
Jak słusznie stwierdził w katolickim dzienniku "Tagespost" Stephan Meisel –
były polityk CDU i autor książki "Internet i demokracja", taki "program
uzdrowieniowy" pociąga za sobą co najmniej dwie drastyczne konsekwencje: "Po
pierwsze, traktując Internet jako centralny punkt odniesienia, liczy się tylko
to, co ma miejsce w cyberprzestrzeni; świat offline (poza siecią) schodzi na
drugi plan. Po drugie nie wolno ingerować w świat Internetu, ale powinien on być
chroniony jako centralny punkt "losów świata materialnego"".
Tak więc kto nie należy do internetowego świata, nie jest jednym z "wybrańców
nowych czasów" (Eisel), ten jest poza. Nie jest równowartościowy. Obraz ludzkiej
różnorodności z perspektywy chrześcijańskiej podnosi kwestie etyczne. Tak samo
praktykowany publicznie kult społecznego środka komunikacji, jakim jest internet,
stylizowany jest przez "Piratów & Co. na przestrzeń nieograniczonej wolności".
Jednak decydującym celem ideologicznym zorientowanych na internet aktywistów
wolnościowych i opozycyjnych ze wszystkich krajów jest walka z prawami
autorskimi. Odnosząc się do piratów, Eisel pisze: "Partia Piratów propaguje
"darmową kulturę w sieci" w połączeniu z dowolnością użytkowania i powielania.
Piraci odrzucają ochronę własności umysłowej. Udaremnienie nielegalnego
kopiowania w sieci traktują jako niedopuszczalne naruszenie wolności". I nie
dostrzegają żadnej sprzeczności w tym, że jednocześnie oburzają się na
popełnianie plagiatów naukowych.
Do tego dochodzi kolejna charakterystyczna cecha niemieckich piratów, czyli
opowiadanie się za całkowitą transparentnością. I tak Marina Weisband, której
rezygnacja z funkcji przewodniczącej Partii Piratów w tym tygodniu była sporym
zaskoczeniem, a która swego czasu na Twitterze opowiadała się za rozdziałem
Kościoła od państwa, dopiero co przed kilkoma dniami w wywiadzie dla tygodnika
"Der Spiegel" domagała się internetowej transmisji na żywo z posiedzeń rady
ministrów. "Jeśli każde posiedzenie klubów parlamentarnych i każde posiedzenie
rządu będzie jawne, wtedy obywatele będą mogli się przekonać, że politycy są
całkiem normalnymi ludźmi. Będą oni wówczas postrzegani jako ludzie, którzy
również nie wiedzą wszystkiego, popełniają błędy, krzyczą, a czasem nawet się
obrażają".
Cyfrowa demokracja
Czy to antropologiczna naiwność, czy polityczne, utopijne marzenia? A może
jedno i drugie? Za tymi pełnymi empatii słowami w gruncie rzeczy czai się
bezwzględność. Według niemieckiego eksperta internetowego Saschy Lobo oraz
Christiana Stöckera, autora książki "Nerd Attack!" [nerd – negatywne określenie
pasjonata informatyki lub gier komputerowych, izolującego się i
nieprzystosowanego do życia – przyp. red.], którzy w styczniu na Uniwersytecie w
Poczdamie dyskutowali o przejrzystości w polityce, mamy obecnie do czynienia z
czymś na kształt walki pomiędzy gospodarczym i politycznym establishmentem z
jednej strony a cyfrową "silną antyopinią społeczną" z drugiej. Obydwie strony
toczą ze sobą bój o nowe reguły gry w demokracji cyfrowej. "Musimy to sobie
wyobrazić jako walkę, w której raz jedna, a raz druga strona jest górą" –
twierdzi noszący na głowie barwnego irokeza Lobo.
Patrząc z tej perspektywy, łatwiej zrozumieć, dlaczego tak potajemnie
prowadzono dyskusje nad ACTA (antypiracką umową handlową). ACTA ma na celu
silniejsze pociągnięcie do odpowiedzialności providerów internetowych [dostawców
usług internetowych – przyp. red.], a tym samym zahamowanie rozprzestrzeniania
się nielegalnych kopii w internecie. Co ciekawe, ustawę tę w połowie grudnia
2011 r. przyjął nie kto inny, tylko unijni ministrowie Rady ds. Rolnictwa i
Rybołówstwa. Odbyło się to bez kamer dużych stacji telewizyjnych. Natomiast
polska ambasador w Japonii podpisywała ją w czwartek z dala od demonstrujących w
kraju internautów. Także w Ameryce obydwie ustawy – SOPA oraz PIPA – chciano
szybko i bez rozgłosu przeprowadzić przez Kongres.
Ta próba jednak się nie powiodła. Z pewnością również z tego powodu, że
anonimowi hakerzy potrafili udowodnić, że co najmniej jeden ze zwolenników SOPA
i PIPA sam niezbyt przejmuje się prawami autorskimi: jeden z deputowanych
Kongresu z Kanady opublikował na swojej stronie internetowej zdjęcie bez podania
informacji o prawach autorskich. Teraz rządzący politycy wiedzą, że kto zbyt
głośno opowiada się za regulacjami w internecie, ten może zostać ośmieszony w
oczach opinii publicznej przez internetowych aktywistów i wirtualne kolektywy.
Tak jak w Polsce, kiedy pod groźbą publikacji wrażliwych materiałów próbuje się
(lub próbowało) zapędzić w kąt niektórych ważnych polityków. I od własnego
punktu widzenia zależy to, czy będzie się to nazywało wymuszeniem, szantażem czy
też transparentnością. Takie mamy cyfrowe reguły gry.
Koncerny a piractwo
Jednakże pomiędzy tymi frontami znajdują się nieliczni, których nie da się
jednoznacznie zaszeregować. Na przykład koncerny technologiczne takie jak
Google, Yahoo, eBay lub Facebook. Wprawdzie oficjalnie są one przeciwko piractwu
w sieci, ale nie są też zagorzałymi zwolennikami SOPA, PIPA lub ACTA. Po której
stronie więc stoją? Jak informował ilustrowany tygodnik "Stern", medialny magnat
Rupert Murdoch, który w ubiegłym roku z powodu skandalu z podsłuchami trafił na
czołówki gazet, niedawno za pośrednictwem Twittera zarzucił operatorom
wyszukiwarki Google, że są liderami w łamaniu praw autorskich. "Google jest
liderem piratów" – stwierdził Murdoch. "Udostępnia za darmo filmy oraz sprzedaje
miejsca reklamowe wokół nich". Na dowód tego osiemdziesięciolatek polecił wpisać
do wyszukiwarki tytuł filmu "Mission Impossible", co według niego skutkuje
wyświetleniem się bezpłatnych linków wideo, wokół których umieszczone są
przynoszące korzyści finansowe reklamy. Dodatkowo Murdocha oburzył fakt, że taką
formę piractwa internetowego popiera prezydent USA Barack Obama.
Rzeczywiście, w poprzednich tygodniach Biały Dom zrobił unik, dystansując się
od wyrażonego wcześniej poparcia dla SOPA i PIPA. Mając na uwadze kampanię
wyborczą, prezydent Obama obecnie dostrzega niebezpieczeństwo związane z cenzurą
w internecie i ograniczeniem swobody wypowiedzi. Proszę poprawić projekty –
stwierdzono w komunikacie wystosowanym do Kongresu.
Jednak o tym, że piracka bandera nie zawiśnie na Białym Domu, świadczy fakt,
że prawie jednocześnie ze zmianą stanowiska Baracka Obamy amerykańskie organy
ścigania aresztowały Kima Schmitza oraz zamknęły platformę internetową do
przechowywania danych Megaupload, której Schmitz jest założycielem. Przez
niektórych użytkowników platforma Megaupload była wykorzystywana do
rozpowszechniania pirackich kopii – filmów, oprogramowania lub muzyki. Jak
poinformowała amerykańska agencja informacyjna AFP, amerykańskie organy ścigania
zarzucają menedżerom Megaupload, że prowadząc kryminalną działalność, zarabiali
pieniądze ze szkodą ponad pół miliona dolarów dla właścicieli praw autorskich.
Jednakże międzynarodowe badania naukowe pokazują, że użytkownicy internetu
pieniądze zaoszczędzone na darmowym pobieraniu danych nadal wydają na konsumpcję
związaną z rozrywką.
Czy uda nam się przetrwać tę walkę o cyfrową władzę interpretacji, a więc coś
więcej niż tylko walkę między establishmentem a internetowymi aktywistami?
Czy rzeczywiście chodzi o zredefiniowanie kulturowej tożsamości w epoce
sieciowych technologii?
Przy całej swojej sympatii dla niekonwencjonalnego stylu uprawiania polityki
Sascha Lobo i Christian Stöcker patrzą sceptycznie na marzenia Partii Piratów o
całkowitej transparentności. "Nie jestem pewien, czy transparentność jest
pomocna w każdym przypadku" – mówi Stöcker w "Der Spiegel". "Gdyby każda rozmowa
między politykiem a lobbystą przebiegała jawnie, zawsze byłoby to z korzyścią
dla tych, którzy potrafią się zaprezentować, a niekoniecznie dla tych, którzy
przedstawiają lepsze, mądrzejsze argumenty". Podobnego zdania jest Sascha Lobo.
Okazuje się, że łatwo znaleźć proste wytłumaczenie nagłego wycofania się "nadpirata"
Mariny Weisband: nie jest to prowadzenie samochodu służbowego pod wpływem
alkoholu, plagiat pracy doktorskiej ani wyłudzanie kredytów. Według Twittera,
młoda dama postanowiła poświęcić się swojej pracy doktorskiej z psychologii.
Zupełnie transparentnie.
Dr Stefan Meetschen
niemiecki pisarz, publicysta
tłum. Bogusław Rąpała
