Wybór należy do ciebie

Jacek Pulikowski

Niedawno pytano mnie w wywiadzie o tzw. singli. Wypowiedziałem się i wywiad ukazał się drukiem (bez autoryzacji). Znajoma, która go przeczytała (a dotychczas nie spotkała odpowiedniego kandydata na męża), poczuła się dotknięta, że wrzucono ją do jednego worka z tymi, którzy egoistycznie zabawiają się z przygodnymi partnerami. W wywiadzie (na s. 1 dodatku „W Rodzinie”) o. prof. Kazimierz Lubowicki znakomicie naświetla, kogo określamy jako single.

W potocznym rozumieniu tego słowa singiel to osoba dowolnej płci z założenia niezakładająca rodziny z egoistycznej wygody. W domyśle jest to osoba zabawiająca się (również seksualnie) z przygodnymi partnerami w krótkotrwałych związkach. Podstawowym powodem takich wyborów jest hedonistyczne nastawienie na przyjemność z jednoczesną ucieczką od odpowiedzialności za siebie i innych.

„Singiel” w dosłownym znaczeniu tego słowa znaczy „pojedynczy”. Dlatego w pewnym sensie jako single określa się te osoby, którym nie udało się założyć rodziny mimo takiego pragnienia. Jest to całkiem spora grupa osób (z przewagą kobiet), często bardzo cierpiąca z powodu swojej samotności. Wiele z nich niezrealizowawszy zamiaru założenia rodziny, odnalazło inne powołanie. Znam sporo takich nauczycielek, pielęgniarek, lekarek… Te osoby w żadnym wypadku nie zasługują na negatywne opinie, jakie słusznie należą się singlom w poprzednim rozumieniu. Na to miano nie zasługują też osoby owdowiałe lub opuszczone przez współmałżonka. Tu również nie należą się żadne słowa nagany, lecz pełne współczucia zrozumienie i szacunek. Choć w przypadku opuszczenia zawsze pojawia się pytanie o udział danej osoby w rozpadzie małżeństwa. Jest to jednak odrębny temat.

Są wreszcie pojedynczymi (a więc singlami) osoby, które świadomie zrezygnowały z małżeństwa nie dla przyjemności i zabawy, lecz by służyć innym ludziom i… Bogu. Myślę tu o wszystkich osobach konsekrowanych, kapłanach, zakonnikach i siostrach zakonnych, a także o świeckich, np. misjonarzach i misjonarkach (jedna z nich – dr Wanda Błeńska przez kilkadziesiąt lat leczyła trędowatych w Afryce. Dziś ma prawie 100 lat i cieszy się powszechnym szacunkiem nie tylko w Poznaniu, w którym mieszka).

Chciałbym więc się odnieść do tych egoistycznych uciekinierów od odpowiedzialności w szybko przemijające przyjemności i przyjemnostki. Czynię to z pozycji szczęśliwego męża i ojca. Biedni, nie wiecie, co tracicie. I choć hałaśliwie chełpicie się swoją „genialnością” i „szczęśliwością”, tak naprawdę jesteście godni pożałowania, bo jesteście poniekąd niedorozwinięci w człowieczeństwie. Dlaczego? Już spieszę wyjaśnić.

Człowiek jest jedyną istotą z żyjących na ziemi, która może myślami wybiegać do przodu i planować odległą przyszłość. Myślami może sięgać nawet czasu poza granice własnej śmierci. Człowiek prymitywny myśli wyłącznie o bieżącej przyjemności. Bardziej rozgarnięty jest gotów zrezygnować z przyjemności w tej chwili, by lepiej urządzić się w późniejszym czasie, w życiu. Człowiek najinteligentniejszy troszczy się przede wszystkim o to, by „się urządzić” w wieczności. Co więcej, wybieganie myślami w przyszłość rozwija człowieka i tym samym czyni go szczęśliwszym. Podstawowym źródłem szczęścia człowieka jest bowiem jego własny rozwój. Rozwój do granic możliwości, do świętości (która jest szczytem rozwoju i jednocześnie szczęścia płynącego z jedności z własną naturą i ze Stwórcą.)

Drugą cechą wyróżniającą człowieka jest wolna wola, która pozwala m.in. na branie na siebie odpowiedzialności za skutki swoich czynów. I znowu podejmowanie najdrobniejszej nawet odpowiedzialności czyni człowieka bardziej odpowiedzialnym (Karol Wojtyła „Osoba i czyn”). Poczucie własnej odpowiedzialności i związane z tym zaufanie, a nawet poczucie ogólnego szacunku społecznego z tego powodu jest kolejnym źródłem zadowolenia człowieka.

I wreszcie trzecią cechą specyficzną tylko dla człowieka jest zdolność do miłości rozumianej jako „bezinteresowny dar z siebie samego” (Jan Paweł II). Miłość, w której człowiek w sposób świadomy i wolny ofiarowuje samego siebie (wcześniej posiadłszy siebie), jest najgłębszą tęsknotą wpisaną w naturę człowieka. Takie doświadczenie miłości jest drogą do jeszcze większego wzrostu w człowieczeństwie i szczęścia.

Ze wszystkich wymienionych przejawów człowieczeństwa egoistyczni single rezygnują na własne życzenie, powodując degradację swego człowieczeństwa i skazując się najprawdopodobniej na rozpacz w przyszłości, już za życia ziemskiego. Jaka może być starość osoby, która wszystkich po drodze poraniła (bawiąc się ich kosztem), i niemającej nikogo bliskiego, związanego z nią przez całe życie?! Nikogo, kto bez zapłaty poda jej szklankę wody w chorobie? Jakie może być poczucie rozkapryszonego staruszka, który przez całe życie nie nauczył się brać odpowiedzialności za swe czyny i pozostawia po sobie zgliszcza poranionych „partnerów”, a może i nienarodzone dzieci, które były w planach Stwórcy? Nie chciałbym więc przesądzać faktów, ale czy nie ciężko będzie mu kiedyś umierać ze świadomością, że nikogo w życiu tak naprawdę nie kochał? (Choć różne „praktyki”, które uprawiał, nazywał miłością…) Jak przeklęta będzie musiała się stać głoszona za młodu jego buńczuczna wizja wyższości „singlowania” i używania życia oraz pogardy dla tradycyjnej rodziny…

Szczerze mi żal ludzi, którzy wybierają drogę, na której zamiast przypisanego człowiekowi rozwoju i osiągnięcia pełni swych człowieczych możliwości czeka ich nieunikniona degradacja i krach życiowy z niespełnionego powołania… Nie wiedzą, co tracą!

Ja mam szczęście żyć we wspaniałej rodzinie. Od 33 lat z tą samą, pierwszą i jedyną żoną. Wiele sobie nawzajem zawdzięczamy i (jak Pan Bóg pozwoli) wiele jeszcze przed nami… Już dziś łączy nas tak dużo, że możemy mówić o spełnieniu. Oboje marzymy, by dane nam było zestarzeć się ze sobą. Rodzina mojej żony jest mi bliska jak własna. Przez długie lata znajomości zaprzyjaźniłem się szczerze nie tylko z jej rodzeństwem, ale i z dalszą rodziną, a nawet przyjaciółmi domu. Dzieci są naszym wielkim szczęściem. Doczekaliśmy się co prawda tylko trojga, ale jesteśmy za nie prawdziwie wdzięczni Panu Bogu. Każde jest inne i każde na swój sposób wspaniałe. W każdym z nich drzemie niesamowity potencjał i marzymy, by jeszcze nacieszyć się oglądaniem (choć raczej towarzyszeniem w) ich rozwoju. Może doczekamy się wnuków? Wiem, jaką radością i dumą dla teściów jest trzydzieścioro wnuków i jaką radością są wnuki dla mojej mamy, choć ma ich tylko pięcioro (tato dawno nie żyje i nie doczekał się oglądania naszych dzieci).

Osobną sprawą są radości ojcostwa. Ojciec powinien być odpowiedzialny za harmonijny i pełny rozwój wszystkich członków rodziny (Jan Paweł II „Familiaris Consortio”). Poczucie spełnienia tej odpowiedzialności i świadomość ufności żony i dzieci w tym względzie są wielkim źródłem radości, ba, szczęścia. Odpowiedzialność za życie poczęte jest pierwszym obowiązkiem męża (FC). Poczucie wypełnienia tej misji jest dużo więcej warte niż da się to opisać słowami. Płynące z tego poczucie bezpieczeństwa żony pod skrzydłami męża przenosi się na całe życie, a szczególnie na życie intymne. Twierdzę, że bez tego bezpieczeństwa żony przy mężu (nieosiągalnego w żadnym innym związku) nie może być nawet mowy o głębi więzi, także tej seksualnej. W innym wypadku można mówić jedynie o doznaniach o charakterze naskórkowym, które na mocy psychologicznego prawa znużenia muszą maleć i zanikać. Drugą odpowiedzialnością męża i ojca jest udział w wychowaniu. Za żadne skarby świata nie oddałbym tego niełatwego, lecz bezwzględnie fascynującego obowiązku. Jakie to niesamowite pole do twórczości, a jednocześnie sprowadzające na ziemię i uczące pokory doświadczenie. Wychowywanie dzieci stwarza niepowtarzalną szansę na własny rozwój, ba, wręcz go wymusza przy uczciwym podejściu do wychowania. Kolejnym obowiązkiem męża i ojca jest praca na rzecz rodziny. Praca zabezpieczająca byt, zdrowie i umożliwiająca inwestycje w rozwój, a jednocześnie niezagrażająca rodzinie. To niełatwe wyzwanie dla prawdziwego mężczyzny. Wyzwanie, ale i droga wzrostu, i wreszcie powód do dumy. Ostatnią (FC) funkcją męża i ojca jest dawanie przykładu dojrzałej postawy chrześcijańskiej. Jak bacznymi obserwatorami są dzieci. Jakież to zobowiązujące. Jakie ta funkcja uczciwie traktującemu swe ojcostwo mężczyźnie stawia wymagania! Jaką jest szansą wzrostu!

I choć wszystkie uroki ojcostwa są nie do opisania, to jedno jest pewne – żaden singiel ich nie pozna! Nie wie, co traci!

drukuj