Wtedy pomyślałem: Nie ma Polski…
Z ks. Konradem Zawiślakiem, który 10 kwietnia 2010 r. w Lesie Katyńskim
przewodniczył modlitwie Koronką do Bożego Miłosierdzia oraz koncelebrował Mszę
św., kapelanem Hufca ZHP Sochaczew, rozmawia Małgorzata Bochenek
Tego pamiętnego dnia przyjechał Ksiądz pociągiem do Smoleńska w grupie
Polaków udających się na uroczystości upamiętniające mord dokonany na polskich
oficerach. Jakie refleksje towarzyszyły tej podróży?
– Z dworca w Smoleńsku udaliśmy się do Katynia autobusami, droga zajęła około
pół godziny. Podróży towarzyszyły pytania m.in: co czuli polscy oficerowie
transportowani tą drogą w roku 1940? Nasza droga krzyżowała się z ich drogą.
Panowała bardzo podniosła atmosfera. W milczeniu obserwowaliśmy mijane budynki.
Nastrój zadumy prysnął, kiedy 600-osobowa grupa uczestników uroczystości
napotkała na przeszkodę w postaci bramek ustawionych przed bramą główną
katyńskiej nekropolii. Poddani zostaliśmy kontroli ze strony mundurowych służb
Federacji Rosyjskiej, nawet oficerowie Biura Ochrony Rządu zostali przeszukani
mimo wcześniejszego okazania dokumentów. Taka sytuacja była zaskakująca i
szokująca.
Potem udałem się bezpośrednio na teren cmentarza. Było zimno i wilgotno. I wtedy
otrzymałem pierwsze bardzo sprzeczne sms-y z Polski od mamy i siostry…
Stopniowo też zaczęły dochodzić informacje o samolocie: były trudności z
lądowaniem. To, że coś się wydarzyło, potwierdzała nieobecność delegacji z panem
prezydentem na czele. Grupka kilku posłów PiS skupiła się przed ołtarzem
polowym, zaczęli odbierać telefony. Jeden z mężczyzn, trzymając telefon
komórkowy przy uchu, powtórzył dwa razy: rozbił się, rozbił się.
Co Ksiądz, jako kapłan, czuł, że powinien zrobić?
– Zacząłem modlić się razem z osobami, które pełne bólu i cierpienia na twarzach
spontanicznie odmawiały modlitwę "wieczny odpoczynek". Zakończyliśmy słowami
"Pod Twoją obronę, uciekamy się…". Po chwili podszedł do mnie pewien pułkownik
i zwrócił się z prośbą, aby kontynuować modlitwę. Uświadomiłem sobie, że
jesteśmy w przeddzień święta Bożego miłosierdzia, święta, w wigilię którego
odchodził do Domu Ojca Jan Paweł II. Na te fakty zwróciłem uwagę we wprowadzeniu
do modlitwy, zaznaczając, że podejmujemy ją w intencji ofiar, gdyż
prawdopodobnie wszyscy zginęli. Odezwał się kobiecy głos: "Nie wiemy, czy
zginęli". Odpowiedziałem, że brak informacji, a wątpliwości, które się rodzą,
jeszcze bardziej utrudniają nam przeżywanie tej sytuacji, stwierdziłem, że jest
nam potrzebny spokój i zacząłem mówić o Bożym Miłosierdziu. Podkreśliłem, że
miejsce, w którym się znaleźliśmy, jest szczególne, i że za wstawiennictwem
Sługi Bożego Jana Pawła II będziemy prosili o miłosierdzie dla ofiar, dla tych,
którzy zginęli teraz i 70 lat wcześniej oraz za nas samych, którzy przeżywamy
teraz wątpliwości i cierpimy. Bóg postawił mnie w takiej trudnej sytuacji, kiedy
byłem najmniej do tego predysponowany, ból gardła utrudniał mówienie…
Wypowiedziałem bardzo krótkie zdania, jednak, jak się okazało, łaska Boża
działała przeze mnie. Krasomówstwo było zbyteczne. Zaproponowałem również
skorzystanie z sakramentu pokuty.
I niebawem dotarło potwierdzenie katastrofy…
– Pallotyn, ks. Mirosław, poprowadził różaniec. Dzwon katyński obwieścił
przygotowanie do Liturgii. W tym momencie dotarł do nas pan Jacek Sasin z
ambasadorem RP. Ich ubłocone buty wskazywały, że byli na miejscu tragedii.
Powiedział: doszło do katastrofy, która miała tragiczny przebieg, módlmy się za
ofiary.
Proboszcz ze Smoleńska w słowie na rozpoczęcie Mszy św. zaznaczył: "Miał być z
nami prezydent Polski Lech Kaczyński – zawiesił głos – ale on tu z nami jest". Z
relacji harcerzy wiem, że właśnie w tym momencie do wielu dotarło to, co się
wydarzyło: że prezydent jest obecny w tajemnicy świętych obcowania. Wtedy
pomyślałem: nie ma Polski… Po Mszy św. złożono kwiaty. Bardzo wielu ludzi do
woreczków zabierało katyńską ziemię przesiąkniętą polską krwią. I ja ją
zabrałem, to ona staje się dla mnie palącym wezwaniem pytania o prawdę.
W jaki sposób ocenia Ksiądz polską rzeczywistość w rok po tym dramacie?
– Namacalnie doświadczam podziału społecznego. Widzę dużą polaryzację między
Polakami. Niech zobrazowaniu służy pewien przykład. W ramach rekolekcji w mojej
szkole zorganizowałem panel dyskusyjny dotyczący miejsca krzyża w przestrzeni
publicznej, pokazałem młodzieży film "Krzyż" dokumentujący wydarzenia z
Krakowskiego Przedmieścia. A na katechezie wśród wypowiedzi młodych ludzi
pojawiały się i takie stwierdzenia: "Policja powinna była użyć gazu łzawiącego,
a nawet pałek"; "Mam już dość tematu Katynia i Smoleńska". Takie wypowiedzi
przerażają, zwłaszcza gdy padają z ust młodych ludzi stojących przed egzaminem
dojrzałości.
Dziś widać, że w państwie demokratycznym, w którym tyle się mówi o wolności
słowa, jest problem z miejscem i przestrzenią na pytania dotyczące Smoleńska.
Wszystko musi być poprawne politycznie. Często spotykam się z niesłusznymi
oskarżeniami i stwierdzeniem, że jestem naznaczony syndromem katyńskim. Coraz
więcej refleksji rodzi się w moim sercu, najgorsza jest ta, że nie widzę w
ludziach odpowiedzialnych za Polskę chęci odkrywania prawdy.
Przed wyjazdem przed rokiem do Katynia obserwowałem przepychanki medialne
dotyczące tego, czy prezydent powinien lecieć do Katynia, czy jest tam
potrzebny… Już wówczas pojawił się jakiś irracjonalny lęk związany z tą
pielgrzymką… Kiedy wracałem z niej, utkwiło mi w pamięci stwierdzenie jakiegoś
dziennikarza, że służby rosyjskie zaraz po tragedii wskazywały na to, że pilot
miał obowiązek słuchać prezydenta, bo jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych. Nie
padło dosłowne stwierdzenie, że na pilotów wywierana była presja, ale jakby
sugerowano, co ma zostać przekazane w mediach. W Polsce było to non stop
powtarzane. Już wtedy diabelski swąd kłamstwa zaczął się unosić… Zastanawiam
się, dokąd to wszystko zmierza, ale żyję ufnością, że miłosierdzie Boże jest
większe od ludzkiego grzechu.
Dziękuję za rozmowę
