Wołyńskie pola śmierci
W lesie nieopodal ukraińskiej wsi Sokół w powiecie lubomelskim w ostatnich
dniach czerwca br. doszło do odkrycia masowych grobów mieszkańców wsi Ostrówki i
Wola Ostrowiecka zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich 30 sierpnia 1943
roku. W tej jednej z najkrwawszych zbrodni OUN-UPA na Wołyniu jednego dnia
zostało zabitych prawie 1100 bezbronnych Polaków, w większości kobiet i dzieci.
Najnowsze poszukiwania prowadzone przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa
na wniosek rodzin pomordowanych doprowadziły do zlokalizowania dołów, w których
– według relacji świadków – Ukraińcy zakopali zwłoki ponad 300 kobiet i dzieci.
– Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jest to poważny przełom. Jest
szansa, że przeszło dwukrotnie zwiększy się liczba zidentyfikowanych szczątków –
powiedział "Naszemu Dziennikowi" Andrzej Kunert, sekretarz generalny ROPWiM.
Jeszcze w tym roku ma dojść do otwarcia wybudowanego przez Radę Ochrony Pamięci
Walk i Męczeństwa upamiętnienia w Ostrówkach, a w uroczystościach mają wziąć
udział prezydenci Polski i Ukrainy.
Zlikwidować wszystkich Polaków
Apogeum banderowskiego ludobójstwa na Kresach nastąpiło 11 lipca 1943 roku,
kiedy Ukraińska Powstańcza Armia dokonała napaści na Polaków jednocześnie w ok.
80 miejscowościach. Tylko tego jednego dnia zginęło na Wołyniu – zależnie od
szacunków – od kilku do kilkunastu tysięcy Polaków. A przecież następnego dnia,
tj. 12 lipca, zaatakowano 38 miejscowości, 13 lipca – 15, od 14 do 19 lipca –
25… Po Wołyniu rozchodziły się mrożące krew w żyłach wieści o okrucieństwie, z
jakim wybijano do nogi polskie społeczności wiejskie. Były one tak przerażające,
że dla niektórych aż… nieprawdopodobne. Ludzie, szczególnie starsi, nie
chcieli dawać im wiary, sądzili, że ktoś celowo rozpuszcza nieprawdziwe
pogłoski. Łudzono się, że jeśli już doszło do spalenia jakiejś polskiej wioski,
to nastąpiło to w odwecie za współpracę z partyzantami, za ukrywanie żołnierzy i
broni. Mało komu mieściło się w głowie, że można bestialsko wymordować
wszystkich mieszkańców osady łącznie z kobietami, starcami i dziećmi tylko i
wyłącznie dlatego, że są Polakami. Świadkowie wskazywali na przypadki wyjątkowej
dwulicowości ze strony ukraińskich sąsiadów. Zdarzało się, że na wieść o
straszliwych mordach starali się uspokajać Polaków, wskazywali na łączącą ich od
lat przyjaźń, obiecywali, że w razie niebezpieczeństwa obronią polskich
sąsiadów. Potem często brali udział w ich masakrze. Przeważnie jednak w obawie
przed identyfikacją mordowali Ukraińcy przywiezieni z odległych okolic. Zdarzały
się też całkiem nieodosobnione przypadki ostrzegania i ratowania Polaków przez
ukraińskich sąsiadów.
W dniach 29-30 sierpnia 1943 r. w powiecie lubomelskim oddziały OUN-UPA przy
wsparciu miejscowej ludności zaatakowały m.in. wsie: Jankowce, Kąty, Czmykos,
Borki, Holendry Świerżowskie, Ostrówki i Wolę Ostrowiecką. "Zlikwidowałem
wszystkich Polaków od małego do starego. Wszystkie budynki spaliłem, mienie i
chudobę zabrałem dla potrzeb kurenia" – w tak lakonicznym meldunku "Łysyj",
dowódca kurenia UPA, we wrześniu 1943 r. donosił kierownictwu OUN o wymordowaniu
ponad tysiąca mieszkańców Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. Był to fragment
realizacji rozkazu dowódcy UPA – Kłyma Sawura "Piwnycza" o "całkowitej,
powszechnej, fizycznej likwidacji ludności polskiej".
– Koniec lata 1943 r. to czas, kiedy cały ten teren był w zasadzie już
"oczyszczony" z Polaków – mówi dr Leon Popek, historyk, przewodniczący
Towarzystwa Przyjaciół Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej, którego
przodkowie pochodzili z Ostrówek, a dziadek stracił życie w mordzie 30 sierpnia
1943 roku. – To już była końcówka, dorzynanie tych, którzy się jeszcze uchowali.
Uderzono wówczas praktycznie we wszystkie wsie i kolonie, gdzie jeszcze
mieszkali Polacy. W 20 miejscowościach zginęło wtedy ok. 1700 osób, najwięcej w
Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej.
O ile w meldunku "Łysoho" "akcja" zaczęła się jeszcze w nocy 29 sierpnia, kiedy
nastąpił wymarsz w kierunku polskich wsi, gdy je okrążono, samego mordu dokonano
następnego dnia. O świcie 30 sierpnia uzbrojone oddziały UPA bez oporu wkroczyły
do obu wsi. Banderowcy, których siły historycy szacują na 2-2,5 tys., działali
zgodnie z wypracowaną już wcześniej taktyką. Zapewniając o pokojowych zamiarach,
lecz pod groźbą użycia broni, zgromadzili mieszkańców w centralnych punktach
wsi, oddzielili kobiety i dzieci od mężczyzn, których mordowano w pierwszej
kolejności. W ciągu jednego przedpołudnia zgładzono w ten sposób ponad tysiąc
osób.
Trupie pole
W Ostrówkach kobiety z dziećmi zamknięto w kościele. Mężczyzn zgromadzonych w
szkole banderowcy wyprowadzali w dziesięcioosobowych grupach, eskortując do
dwóch odległych od siebie i leżących na skraju wsi obejść, jakoby na badania
sprawdzające przydatność bojową. Tam obezwładniano ich i układano w
przygotowanych wcześniej dołach, a następnie ciosami siekier i młotków służących
do uboju bydła rozłupywano czaszki.
– Ojciec miał siedemdziesiąt lat, znał wszystkich w okolicy, prawdopodobnie
poznał tych bandytów i zaczął ich wyzywać, więc odrąbali mu ręce i nogi i
pozwolili, by w męczarniach skonał na brzegu zbiorowej mogiły – wspomina Tomasz
Trusiuk, były mieszkaniec Ostrówek, jeden z niewielu żyjących świadków zbrodni,
który pamiętnego 30 sierpnia 1943 r. stracił obydwoje rodziców. – Matkę
zapędzili z innymi kobietami i dziećmi pod ukraińską wieś Sokół, gdzie wszyscy
zostali zastrzeleni.
W Woli Ostrowieckiej, podobnie jak w Ostrówkach, mężczyzn wyprowadzano grupami
do obejścia Strażyca, gdzie mordowano ich również ciosami w głowę. Kobiety
zgromadzono w budynku szkolnym, a po jego zapełnieniu w jednej ze stodół. I
szkołę, i stodołę podpalono, kosząc z karabinu usiłujących wydostać się z
płomieni ludzi.
Około południa w trakcie rzezi mieszkańców Ostrówek w okolicy pojawił się
oddział Niemców, którzy co prawda nie garnęli się do ataku na pozycje
banderowców, ale ostrzelali je z broni maszynowej. Ukraińcy zaczęli się
wycofywać, co uratowało wielu Polaków zaszytych gdzieś w zakamarkach swoich
obejść metodycznie plądrowanych i palonych przez rezunów. Swój odwrót banderowcy
osłaniali kobietami, dziećmi i staruszkami wyprowadzonymi z kościoła. Podążali
najpierw w kierunku cmentarza, gdzie zastrzelono wiele niezdolnych do szybkiego
marszu kobiet w stanie błogosławionym, dzieci i starców, a następnie w stronę
pobliskiej ukraińskiej wsi Sokół. W czasie drogi kobiety pomagały sobie nieść
małe dzieci, cały czas śpiewały pieśni religijne.
Podążającą na śmierć kolumnę widziała Helena Popek, była mieszkanka Woli
Ostrowieckiej, dziś 90-letnia kobieta o wspaniałej pamięci, która w czasie
ukraińskiego napadu straciła ojca Jana i siostrę Zofię z dwójką małych dzieci.
– Uciekaliśmy w piątkę: mama, dwaj bracia i ja z siostrą – opowiada traumatyczne
wydarzenia. – Skierowaliśmy się w stronę cmentarza w Ostrówkach. Ukryci na polu
między prosem a koniczyną widzieliśmy, jak Ukraińcy wycofywali się, pędząc
kobiety i dzieci. Leżeliśmy płasko na ziemi, żeby nas nie dostrzegli, bo to
pewna śmierć.
Gdy kobiety i dzieci doszły na polanę nieopodal wsi Sokół i stało się jasne, że
to miejsce ich kaźni, jedna z niewiast, Ewa Szwed, prosiła banderowców, aby
oszczędzili przynajmniej dzieci. Zbrodniarze nie zamierzali pertraktować, tylko
wyciągali z grupy po kilka osób, kładli je na środku polany i zabijali. Dzieci
płakały, najbliżsi żegnali się, wybaczali sobie winy, modlili się. Pierwsze
ofiary zakłuwano bagnetami, ale okazało się to zbyt męczące, więc do następnych
już strzelano.
"Odprowadzali na środek polany, kazali kłaść się wkoło, twarzami do ziemi.
Zaczęli strzelać ofiarom w tył głowy, a my, żywi, musieliśmy na tę tragedię
patrzeć, patrzeć, jak giną niewinni ludzie i ich najbliżsi: babcie, matki,
siostry, bracia, córki, synowie, bo wszyscy byli ze sobą spokrewnieni" –
opowiadał Aleksander Pradun, jeden z niewielu ocalałych z masakry. "Widziałem
okropne sceny. Rozstrzeliwani w pośpiechu ludzie nieraz byli trafiani niecelnie.
Zranieni śmiertelnie podrywali się konwulsyjnie i znów opadali na ziemię.
Dobijano ich, ale najczęściej w męczarniach kończyli żywot. Z jednej grupy,
popędzonej na miejsce kaźni, po serii strzałów poderwała się mała dziewczynka,
może sześcioletnia, i zaczęła mocno krzyczeć "mamo", ale matka już nie żyła.
Widząc to, "bulbacha" podniósł karabin i strzelił do niej. Trafił, ale nie
zabił. Dziewczynka upadła, ale natychmiast się poderwała i krzycząc, zaczęła iść
po trupach, padając i wstając. Bulbowiec znowu w nią strzelił. Tym razem aż
trzykrotnie. Dziewczynka wciąż podnosiła się i krzyczała. Zdenerwowany podbiegł
do niej i dobił kolbą karabinu".
Masakrę przeżyło zaledwie kilkanaście osób, z których większość z powodu ran
zmarła niebawem. Liczącego wówczas 13 lat Aleksandra Praduna, zalanego krwią
zastrzelonej matki, banderowcy przez przeoczenie nie zamordowali. Po ich
odejściu wygrzebał się spod ciał i uciekł z trupiego pola, jak później Ukraińcy
nazwali miejsce zbrodni.
Początkowo oprawcy nie zamierzali nawet pogrzebać swoich ofiar. Porzucone ciała
zaczęły jednak się rozkładać i dopiero ogromny fetor wymusił zakopanie ponad 300
zwłok.
– Wszystko wskazuje na to, że to dowództwo UPA wręcz przymusiło miejscową
ludność do pogrzebania zwłok – twierdzi dr Leon Popek. – Dopiero wtedy wykopano
doły i hakami, bosakami ściągano do nich szczątki.
Walka o pamięć
W PRL tłumiono wszelkie próby kultywowania pamięci ofiar banderowskich zbrodni
na Kresach, gdyż historia polskiej obecności za Bugiem była nie na rękę zarówno
komunistom w Polsce, jak i w ZSRS. Na długie dziesięciolecia nad ofiarami
zbrodni w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej, podobnie jak nad zamordowanymi przez
ukraińskich nacjonalistów w tysiącach innych osad na Kresach, zapanowała
oficjalna grobowa cisza. W tym czasie trupie pole pod Sokołem porósł sosnowy
las, a po istniejących od XVI wieku gwarnych wsiach Ostrówki i Wola Ostrowiecka,
z kościołem, szkołami i zwartą zabudową liczącą kilkaset obejść pozostało
dosłownie kilka zdziczałych drzew owocowych i zalegający gdzieniegdzie ceglany
gruz. Wykopano nawet kamienne "kocie łby" z biegnącej środkiem wsi drogi.
Dopiero po przemianach 1989 r. w Polsce i rozpadzie ZSRS środowiska kresowe
mogły rozpocząć starania o upamiętnienie swoich bliskich spoczywających
tysiącami w niepoświęconej ziemi za Bugiem. Jednym z wielu wyrastających wtedy
jak grzyby po deszczu stowarzyszeń kresowych było Towarzystwo Przyjaciół
Krzemieńca i Ziemi Wołyńsko-Podolskiej. Od 1992 r. jego prezesem jest dr Leon
Popek, który nie kryje, że swoje wykształcenie i kierunek badań podporządkował
konieczności udokumentowania tragicznego losu mieszkańców jego rodzinnych stron.
– Gdybym ponad 30 lat temu nie zaczął zbierać relacji, dokumentów, ustalać
nazwisk, dzisiaj praktycznie byłoby to niemożliwe – wskazuje. – Zebrałem wtedy
ponad 70 relacji i był to najwyższy czas, gdyż żyli świadkowie i mieli znacznie
lepszą pamięć niż teraz. Dziś ten temat jest już w zasadzie zamknięty.
To głównie dzięki dr. Popkowi zbrodnia w Ostrówkach stała się jednym z
najbardziej znanych i najlepiej udokumentowanych mordów dokonanych przez
nacjonalistów ukraińskich na polskiej ludności kresowej. Niebawem ukaże się
kolejna scalająca dotychczasową wiedzę na temat Ostrówek i Woli Ostrowieckiej
publikacja historyka.
Również determinacji dr. Popka należy przypisać fakt, że w 1992 r. udało się
przeprowadzić jedyną jak do tej pory ekshumację ofiar zbrodni OUN-UPA na
Wołyniu. Do kwatery na cmentarzu parafialnym w Ostrówkach przeniesiono wówczas
szczątki 324 osób z dwóch zbiorowych mogił w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej.
Uzyskano twarde dowody na to, że banderowcy mordowali, rozbijając swoim ofiarom
głowy narzędziami w rodzaju siekier czy młotów.
Niestety, wynik tych badań jakby zaszokował władze ukraińskie, które na długie
lata "zamroziły" możliwość poszukiwań i upamiętnień zbiorowych mogił ofiar
banderowskiego ludobójstwa. Nie wywołało to żadnej reakcji państwa polskiego,
preferującego politykę schlebiania za wszelką cenę wschodniemu sąsiadowi.
Zielone światło na krótko pojawiło się jeszcze w 2003 r., kiedy Ostrówki miały
stać się miejscem symbolicznego pochylenia się nad ofiarami nacjonalistów
ukraińskich przez prezydentów Polski i Ukrainy, ale ostatecznie wybrano Poryck,
gdzie jednak skala dokonanej zbrodni była znacznie mniejsza.
Nieustające monity słane do władz polskich i ukraińskich, wydawane książki i
albumy, wreszcie coroczne pielgrzymki do Ostrówek organizowane przez Leona Popka
zaczęły kruszyć mur ukraińskiego oporu. W październiku 2007 r. również dzięki
aktywności śp. min. Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego ROPWiM, władze
ukraińskie zgodziły się na poszukiwania pozostałych zbiorowych mogił w
Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej. Wtedy nie przyniosły one jednak pozytywnego
rezultatu. Dopiero prace badawcze wznowione w ostatnich dniach czerwca br.
doprowadziły do odkrycia wspólnej mogiły na tzw. trupim polu w pobliżu
ukraińskiej wsi Sokół, gdzie w pięciu dołach zakopano ponad 300 kobiet i dzieci.
– Po przeprowadzonych badaniach archeologicznych mamy niemal pewność, że udało
się nam odnaleźć osławione pole śmierci. Sądzimy, że liczba zidentyfikowanych
może wzrosnąć nawet dwukrotnie – poinformował Andrzej Kunert.
Według zapowiedzi szefa ROPWiM, dalsze poszukiwania i ekshumacja odnalezionych
ciał będą przeprowadzone jeszcze w tym miesiącu, po czym Rada przystąpi do
budowy okazałego upamiętnienia zamordowanych w Ostrówkach i Woli Ostrowieckiej.
W związku ze znalezieniem zbiorowej mogiły planowane wstępnie na koniec sierpnia
spotkanie prezydentów Komorowskiego i Janukowycza w Ostrówkach może zostać
przesunięte o miesiąc lub półtora.
– Oprócz tych 300 osób w lesie pod Sokołem, w mogile u Suszka leży ok. 100
ludzi, w pobliżu szkoły w Woli Ostrowieckiej trzeba szukać kolejnych 250, którzy
zostali spaleni tak jak 25 osób w stodole Witjów, i jeszcze 25 zabitych koło
kuźni Bałandy, 5 na tzw. księżym wygonie – wylicza dr Leon Popek. – Wraz z
pojedynczymi zwłokami rozrzuconymi po okolicy – w studniach, na polach czy w
obejściach – daje to ustaloną przez nas liczbę zamordowanych sięgającą ok. 1080
osób.
Warto pamiętać, że są to zabici zaledwie z dwóch polskich wsi na Wołyniu. A co z
ok. 150 tysiącami Polaków zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich na
Kresach i w 90 proc. spoczywających w niepoświęconej ziemi bez żadnego
upamiętnienia? Czy państwu polskiemu wystarczy determinacji, aby upomnieć się i
o nich?
Adam Kruczek
