Więcej modlitwy na czas próby

Z ks. prof. Waldemarem Chrostowskim, biblistą z Uniwersytetu Kardynała
Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, rozmawia Bogusław Rąpała

W ostatnich tygodniach media zalewają nas materiałami, które mają osłabić i
zdyskredytować pozycję Kościoła katolickiego w społeczeństwie. Na ile jest to
niebezpieczne dla Kościoła w Polsce?

– Powinniśmy mieć szeroko otwarte oczy na wizerunek Kościoła we współczesnych
mediach. Pięć lat temu, w okresie żałoby po śmierci Jana Pawła II, sposób, w
jaki funkcjonowały środki społecznego przekazu, został okrzyknięty przez wielu
ludzi Kościoła za znakomity i wzorcowy. Media i ci, którzy w nich pracują,
zbierali pochwały, laury i nagrody. Ale ich zachowanie nie było wypadkową
wysokiej jakości norm etycznych, lecz odzwierciedleniem nastrojów, jakie
panowały wśród Polaków. Byłoby błędem, gdyby media zachowywały się wtedy
inaczej, bo oznaczałoby to postawienie się poza nawiasem życia publicznego.
Jednak tę normalność uznano za coś niezwykłego i wzorcowego. Nie chciano też
widzieć, że poza Polską często było znacznie gorzej, co zapowiadało zmianę
sytuacji także u nas. Kościelna euforia wokół mediów trwała bardzo krótko, bo
już kilka tygodni później rozpoczęły one bezprecedensowe nagłaśnianie sprawy
domniemanej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa dominikanina o. Konrada Hejmy, a
następnie wyciągały i nagłaśniały ponad wszelką miarę inne, prawdziwe lub
wymyślone, problemy i konflikty. Na skutek tego środki przekazu nie tylko
stopniowo zmieniały pozytywny wizerunek Kościoła, jaki utrwalił się za
pontyfikatu Jana Pawła II, ale Kościół jawnie szkalowały i oczerniały. Paradoks
polega na tym, że pięć lat temu część ludzi Kościoła, przesadnie chwaląc media,
po prostu je uwiarygodniła. Teraz, gdy sytuacja jest odmienna, ci sami ludzie
nie podejmują rzetelnej oceny polityki prowadzonej przez środki społecznego
przekazu w obszarze nastawienia wobec chrześcijaństwa, a zwłaszcza wobec
Kościoła katolickiego.

Gdzie szukać przyczyn takiej postawy?
– Problemy wynikają także stąd, iż niektórym ludziom Kościoła udzieliła się
pokusa, by zamiast patrzeć na świat oczami Kościoła, patrzyli na Kościół oczami
świata. Co więcej, nie brakuje duchownych, zwłaszcza zakonników, a także kilku
biskupów, którzy nie widzą przeciwwskazań do występowania w nieprzyjaznych
Kościołowi mediach. Swą obecność w nich tłumaczą tym, że "Kościół powinien być
wszędzie", ale zamiast spodziewanych pożytków mamy do czynienia z podmywaniem
zdrowego rozeznania wiernych i dezorientacją. Skoro na jednej stronicy bądź w
jednym programie ostra krytyka, a nawet kpiny z Kościoła sąsiadują z wypowiedzią
jakiegoś duchownego, jest to forsowane jako ilustracja pluralizmu, podczas gdy
podstawowym zadaniem Kościoła nie jest wzmacnianie "pluralizmu i demokracji",
ale mężne głoszenie Chrystusa i Jego Ewangelii.

Czy można wskazać konkretne skutki tego destrukcyjnego oddziaływania środków
społecznego przekazu?

– W ostatnim okresie mieliśmy dwa szczególnie wyraźne probierze rzeczywistego
nastawienia mediów wobec Kościoła. Pierwszy to niewybredna krytyka rzekomego
zaangażowania Kościoła katolickiego w Polsce na rzecz popierania Prawa i
Sprawiedliwości, które – tam, gdzie miało miejsce – istniało w ograniczonym
zasięgu i było przejawem indywidualnych poglądów konkretnych duchownych i
wiernych. A przecież nie zabrakło duchownych, którzy otwarcie popierali
Platformę Obywatelską albo – aczkolwiek rzadziej – Polskie Stronnictwo Ludowe.
Ale tego nikt im nie wytykał, a nawet poparcie dla PO bywało przedstawiane jako
wzorcowe, bo stanowiące rzekomo wyraz obywatelskiej roztropności. Druga sprawa
to obecność krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Kontrowersja została
zapoczątkowana w "Gazecie Wyborczej". Wiele wskazuje na to, że była to umiejętna
prowokacja wobec prezydenta elekta Bronisława Komorowskiego, który pozwolił się
w nią wciągnąć i zapowiedział rychłe przeniesienie krzyża. To, co nastąpiło,
było bardzo gorszące, ponieważ jątrzyło i podzieliło polskie społeczeństwo oraz
ośmieszało Polskę poza jej granicami. Miało również ten skutek, że obróciło się
nie tylko przeciw obecności krzyża przed Pałacem Prezydenckim, lecz także
przeciw Krzyżowi Chrystusowemu, Kościołowi i chrześcijaństwu w ogóle. Noc,
podczas której odbyła się manifestacja "przeciwników krzyża", a w gruncie rzeczy
jego zaciekłych wrogów, przeszła do historii Warszawy jako gigantyczny wybuch
ironii, kpiny oraz deptania godności i wartości chrześcijańskich. Tego znaczna
część mediów należycie nie odnotowała, natomiast "Gazeta Wyborcza", piórem Adama
Leszczyńskiego, obwołała "radosnym wyzwoleniem poznawczym", w którym obudziła
się Polska "nowoczesna i świecka", bo "wyszła na ulicę i zobaczyła swoją siłę".
Karygodne szyderstwa z wiary i krzyża zostały nazwane "radosnym happeningiem" z
zapowiedzią, że "po takim przełomie nie ma już powrotu do starego porządku".
Zatem czas najwyższy, byśmy zaczęli otwarcie mówić o destrukcyjnej roli, jaką
odgrywa część mediów, nie tylko gdy chodzi o chrześcijaństwo, szczególnie
katolicyzm, lecz także o kształtowanie i umacnianie polskiej świadomości i
tożsamości narodowej, ponieważ jedno niepodzielnie wiąże się z drugim.

Czy rzeczywiście autorytet Kościoła ucierpiał na tzw. sprawie krzyża, tak jak
twierdzi wielu polityków? Również środki społecznego przekazu wyławiają głosy
mające udowodnić brak jedności po stronie przedstawicieli Kościoła.

– Przede wszystkim ucierpiał autorytet prezydenta i jego urzędu. Bronisław
Komorowski wygrał wybory, ale jeżeli dalej pójdzie tą drogą, przegra
prezydenturę. Jest to na tyle poważna konsekwencja, że musi ją sumiennie
rozważyć. Niestety, okazało się też, że w tym przypadku zabrakło wyrazistej
jedności hierarchii kościelnej. Pojawiły się wypowiedzi jednego czy drugiego
hierarchy, nagłośnione o wiele mocniej niż inne, które pomnażały dezorientację,
zamieszanie i rozgoryczenie. Natomiast Kościół, pojmowany jako wspólnota
wierzących, którzy naprawdę żyją wiarą i jej wartościami, niemało zyskał.
Ostatnie wydarzenia umocniły bowiem świadomość, że im bardziej sytuacja staje
się trudna i mroczna, tym bardziej trzeba się więcej modlić, być przywiązanym do
swojej wiary oraz nie dopuścić, by religia została zepchnięta do przysłowiowej
zakrystii i stała się sprawą prywatną człowieka. Religia nigdy nie była, nie
jest i nie może być sprawą prywatną! Religia jest sprawą osobistą każdego
człowieka, a to wymaga od niego odwagi w dawaniu publicznego świadectwa. Myślę,
że wzrosła świadomość, iż, jak w czasach PRL, tak i teraz nie brakuje nacisków,
by usunąć wiarę katolicką i jej symbole poza nawias życia publicznego. Pozytywne
jest zatem to, że wielu katolików uświadomiło sobie mocniej, iż krzyż, jako
symbol zbawczej śmierci Chrystusa i chrześcijaństwa, jest wartością, o którą
trzeba się troszczyć, bronić jej i o niej świadczyć. Fundament chrześcijańskiego
sposobu patrzenia na świat stanowi przede wszystkim Jezus Chrystus i Jego
Ewangelia, która jest Ewangelią Krzyża i Zmartwychwstania. Tam należy szukać
światła w rozwiązywaniu wszystkich problemów.

Co chce osiągnąć obóz rządzący, który zrzuca odpowiedzialność za ostatnie
wydarzenia na Kościół i kontynuuje nękanie niezależnych mediów katolickich,
czego widoczną oznaką jest chociażby zlecenie przez Krajową Radę Radiofonii i
Telewizji kontroli w Radiu Maryja?

– Zupełnie nie rozumiem Jana Dworaka. Pamiętam go z czasów, gdy w latach 80. był
mocno związany z redakcją katolickiego czasopisma "Powściągliwość i Praca",
gdzie publikował swoje teksty. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza dokonały się
wielkie przeobrażenia w poglądach i postawach wielu osób, które niegdyś chętnie
korzystały z "parasola" i pomocy Kościoła. Całkiem niezrozumiały jest ton jego
wypowiedzi, w którym daje się wyczuć groźbę zamknięcia Radia Maryja. W Polsce
działają radiostacje, z którymi rzeczywiście jest duży problem, bo poziom siania
agresji, niechęci, kpin i ironii jest w nich bardzo wysoki. To, z czym mamy do
czynienia w Radiu Maryja, ma się nijak do tamtej napastliwości. Z drugiej strony
trzeba pamiętać, że Radio Maryja jest interaktywne, czyli otwarte na głosy
słuchaczy. Dlatego powiem wprost: wśród osób telefonujących do tego Radia można
się też spodziewać prowokatorów, którzy bez podawania swoich prawdziwych
personaliów telefonują w celu podjudzania i niszczenia wizerunku rozgłośni.
Zastanawia również dziwny fakt, że osoby dalekie od Kościoła zawzięcie atakują
treść programów w Radiu Maryja.

Co zatem sprawia, że ich słuchają i czy naprawdę ich słuchają?
– Istnieje przecież sowicie opłacane stałe monitorowanie całego programu
toruńskiej rozgłośni, którego autorzy i sponsorzy czekają na każde potknięcie,
by swym mocodawcom udowodnić, że są potrzebni i czujni. Jeżeli władze deklarują,
że chcą w Polsce budować prawdziwą demokrację, muszą szanować prawo wszystkich
obywateli do bycia sobą, o ile nie obraca się to przeciw innym i nikogo nie
krzywdzi. Treści podawane w Radiu Maryja nie są ani jątrzące, ani szkodliwe.
Prawdziwym powodem nagonki jest to, że mamy do czynienia ze środowiskiem
kościelnym, które wyraziście i owocnie kształtuje tożsamość katolicką i polską,
a to dla wielu jest niewygodne, bo utrudnia im przejmowanie "rządu dusz". Tym
bardziej trzeba więc zadbać, by takie środki społecznego przekazu, jak Radio
Maryja, istniały i nadal spełniały swoją funkcję kulturotwórczą i cementującą
chrześcijańską tożsamość.

Przy okazji rozbudzonych w społeczeństwie nastrojów antyklerykalnych
antykatolickie środowiska podnoszą kwestie, które już w przeszłości stanowiły
argument do atakowania Kościoła. Stąd obserwowane rozszerzenie frontu walki z
Kościołem.

– Konfrontacja z Kościołem zawsze stanowi rodzaj parawanu, gdyż religia,
pobożność i teologia pozostają sprawami nośnymi i dotyczą każdego człowieka.
Paradoksalnie, bardziej dotyczą ludzi niereligijnych i mało religijnych, bo to
oni mają pod tym względem szczególnie wyczulony zmysł postrzegania. Człowiek
religijny na wszystko, co się wokół niego dzieje, patrzy z perspektywy wiary, a
więc gdy napotyka trudności, potrafi je przemyśleć i przemodlić, dzięki czemu
staje się na nie bardziej odporny. Natomiast dla ludzi niereligijnych albo
takich, którzy występują otwarcie przeciw religii, każda sytuacja zapalna staje
się powodem do reakcji na zasadzie "psa Pawłowa" – samo przywołanie jakichś słów
czy skojarzeń natychmiast wywołuje u nich silne reakcje i emocje.

W ostatnich latach ujawniły się stare pokłady wrogości i niechęci wobec
Kościoła, które istniały w czasach PRL.

– Kościół był wówczas zwalczany, ale od 1978 r., wraz z pontyfikatem Jana Pawła
II, sytuacja zaczęła się zmieniać. Wrogość i niechęć wobec Kościoła stały się
niepopularne, a ci, którzy byli daleko od Kościoła, a nawet jego przeciwnicy,
bardzo chcieli mieć wspólną fotografię z Papieżem. Po śmierci Ojca Świętego
wszystkie łuski opadły, wrogość znów się uaktywniła, a w ostatnim okresie
przybrała na sile. Jest to zjawisko bardzo niepokojące i szkodliwe także
dlatego, że w gruncie rzeczy pozostaje absolutnie bezkarne. Pod płaszczykiem
budowania "społeczeństwa obywatelskiego" i ochrony "praw człowieka" nasilają się
dążenia do zrealizowania modelu państwa nie tyle czysto świeckiego, ile wręcz
ateistycznego. Nie chodzi jedynie o teorię, ponieważ zmasowanym atakom na
Kościół towarzyszą żądania, których ostrze godzi w Dekalog i moralność. Wobec
tych zakusów Kościół, pojmowany nie tylko jako hierarchia, lecz jako lud Boży,
musi powiedzieć stanowcze: Nie! Właśnie teraz, kilka lat po pontyfikacie Papieża
Polaka, nadszedł dla Kościoła katolickiego w Polsce czas trudnej próby. Staje
się coraz bardziej widoczne, kto jest kim i jakie są jego prawdziwe intencje. A
skoro tak, wymaga to od ludzi wierzących w Boga większej odpowiedzialności,
lepszego rozeznania i zdecydowanie więcej odwagi.

Wspomniał Ksiądz Profesor, że obecne ataki na Kościół to nie tylko walka z
duchownymi i wierzącymi. Kościół stoi na straży wartości chrześcijańskich i ładu
społecznego. Czy możemy mówić o próbie naruszenia tego ładu?

– Jednym z głównych motywów wrogości wobec Kościoła jest wrogość wobec wartości,
które głosi i realizuje chrześcijaństwo. Wprowadza ono w życie społeczne ład
oparty na Dekalogu i zasadach Ewangelii, co wymaga od człowieka osobistego
wysiłku, bo nic, co wzniosłe i szlachetne, nie przychodzi łatwo. Ten ład
potrzebuje szacunku dla każdego człowieka i sprzyja osiąganiu pokoju
społecznego. Jan Paweł II uczył: nie ma pokoju bez sprawiedliwości i nie ma
sprawiedliwości bez przebaczenia. Jednak to nauczanie jest dla pewnych środowisk
niewygodne, ponieważ w mętnej wodzie łatwiej coś złowić, czyli przeforsować
własne interesy. Podczas czwartej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny, w 1991
r., krótko po zmianach społeczno-politycznych w Polsce, Ojciec Święty nauczał
Dekalogu i wzywał do wierności przykazaniom Bożym. Okazało się, że niemal
natychmiast spotkał się z kontestacją. Papież był jej świadomy, czemu dał wyraz
trzy lata później w książce "Przekroczyć próg nadziei". Wypowiedział wtedy bodaj
najbardziej gorzkie słowa pod adresem części swoich rodaków za jego pontyfikatu:
"Kiedy podczas ostatnich odwiedzin w Polsce wybrałem jako temat homilii Dekalog
oraz przykazanie miłości, wszyscy polscy zwolennicy 'programu oświeceniowego’
poczytali mi to za złe. Papież, który stara się przekonywać świat o ludzkim
grzechu, staje się dla tej mentalności persona non grata". Jestem przekonany, że
wielkim błędem było i jest to, iż tej wypowiedzi, przede wszystkim w samym
Kościele katolickim w Polsce, nie potraktowaliśmy na serio. Milczeliśmy, gdy w
kręgach katolickich i podszywających się pod katolicyzm pojawiały się opinie, że
Papież nie jest właściwie poinformowany, że "budowanie demokracji" odbywa się
skutecznie, a moralność nie jest zagrożona. Za pontyfikatu Jana Pawła II,
zwłaszcza w jego ostatniej dekadzie, nie przeprowadziliśmy gruntownego rachunku
sumienia z obowiązku głoszenia Dekalogu i przestrzegania go. Słowa Ojca Świętego
przeszły właściwie bez echa i to się mści obecnie, gdy Jana Pawła II zabrakło.
Nie trzeba dodawać, że głos Benedykta XVI w tych sprawach jest mocno zagłuszany,
a kontestacja obecnego Papieża przybiera monstrualne rozmiary. Przeciwnicy
Kościoła podnoszą głowę i już bez żadnej żenady i oporów atakują wartości
głoszone przez chrześcijaństwo. Czasami czynią to pod płaszczykiem
przeciwstawiania się wypowiedzi tego czy innego hierarchy, ale w gruncie rzeczy
ich zasadnicza strategia i cele są zawsze takie same.

W czym można upatrywać szansę na zahamowanie tych antykościelnych wystąpień?
– W najnowszej historii Polski, która pokrywa się z posługą Prymasa Tysiąclecia
oraz pontyfikatem Jana Pawła II, różni ludzie znajdowali pod płaszczem Kościoła
schronienie i mogli skutecznie zaistnieć w życiu publicznym. Kiedy w 2009 r.
uroczyście świętowano 20-lecie przemian społeczno-politycznych, okazało się, że
według medialnych relacji, ich głównymi autorami są Lech Wałęsa, Tadeusz
Mazowiecki, Adam Michnik, Bronisław Geremek i kilka innych osób z tego kręgu.
Właściwie nikt wystarczająco donośnie i zdecydowanie nie powiedział, że głębokie
przemiany społeczno-polityczne w Polsce w ostatnich dekadach XX w. odbyły się
dzięki dwóm wielkim ludziom Kościoła: ks. kard. Stefanowi Wyszyńskiemu i Janowi
Pawłowi II. Pierwszy przeprowadził nas przez "morze czerwone" komunizmu tak, że
zachowaliśmy i umocniliśmy swą godność, a na Stolicę Piotrową został wybrany
Polak – po raz pierwszy w dziejach.

Odtąd wszystko było już łatwiejsze.
– W okresie stanu wojennego i po nim we wszystkim towarzyszył nam Ojciec Święty,
a dzięki niemu oczy świata były zwrócone na Polskę. Nasi dysydenci – prawdziwi i
pozoranci, bo i tych nie brakowało – doskonale wiedzieli, że nie tylko represje,
lecz każda ich niedogodność były natychmiast nagłaśniane na Zachodzie i mogli
liczyć na interwencję oraz pomoc Jana Pawła II. Właśnie dlatego, podczas gdy w
Warszawie umierał ks. kard. Stefan Wyszyński, w Rzymie dokonano zamachu na życie
Papieża. Gdyby zamach się udał, losy Polski wyglądałyby zupełnie inaczej!
Po śmierci Jana Pawła II świat właściwie przestał się nami interesować, zatem po
2005 r. zmiany analogiczne do tych z 1989 r. byłyby absolutnie nie do
pomyślenia. Nieszczęście polega na tym, że najnowsza historia Polski jest
konsekwentnie zafałszowywana. Dlatego jeśli chcemy, by Kościół i chrześcijaństwo
zajmowały właściwe im miejsce w społeczeństwie, trzeba najpierw oczyścić i
odświeżyć pamięć, również o historii najnowszej, i przypomnieć decydującą rolę
Jana Pawła II i ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Wtedy okaże się, że wkład tych
osób i środowisk, które chcą całkowicie zawłaszczyć pamięć Polaków, nie był aż
tak wielki, jak to sobie przypisują, ani jego rezultaty nie były aż tak
znaczące, jak oni je ukazują. To, że doszło do radykalnych przemian społecznych
i politycznych w naszym kraju, stanowi przede wszystkim zasługę mądrych i
odważnych ludzi Kościoła, a nie tej czy innej grupy, która dzisiaj uzurpuje
sobie monopol na historię i teraźniejszość, a tym samym również na przyszłość.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj