Widmo bankructwa małych ubojni

Pogłowie trzody chlewnej jest najniższe w kraju od 25 lat. To efekt tego, że w poprzednich latach hodowla świń stała się nieopłacalna i część rolników w ogóle z niej zrezygnowała. Inni zaś ograniczyli liczebność stad. I minie wiele miesięcy, zanim sytuacja wróci do normy.

Zjawisko „świńskiego dołka”, które już kilka razy w ostatnich miesiącach opisywaliśmy, znajduje potwierdzenie w kolejnych danych. Główny Urząd Statystyczny poinformował, że pogłowie trzody chlewnej spadło do poziomu poniżej 16 mln sztuk. W tej chwili to już o 13 proc. mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Niestety, pogłowie ma jeszcze przez jakiś czas spadać i część ekspertów obawia się, że zejdzie do poziomu poniżej 15 mln sztuk. To zaś będzie oznaczało poważne problemy, bo już teraz hodujemy mniej więcej tyle samo świń co w latach tuż po ogłoszeniu stanu wojennego. Ale wtedy mieliśmy gigantyczny kryzys gospodarczy, więc załamanie hodowli było zjawiskiem normalnym w tej sytuacji, teraz gospodarka się rozwija. Żeby przekonać się o skali obecnego kryzysu w branży mięsnej, wystarczy przypomnieć sobie, że w latach 90. hodowaliśmy w Polsce około 21-22 mln sztuk trzody chlewnej. Jeszcze rok temu pogłowie przekraczało 17 mln sztuk, ale od tamtej pory wiele się zmieniło.

Przede wszystkim stało się to, przed czym przestrzegali eksperci i sami rolnicy: z powodu niskich cen skupu w 2006 i 2007 roku wielu rolników albo ograniczyło liczebność stad, albo wręcz zrezygnowało z hodowli. Gospodarstw, które w ciągu ostatnich dwóch lat przestały hodować trzodę, jest już ponad 100 tysięcy. Okazało się bowiem, że utrzymanie trzody jest o wiele droższe od przychodów osiąganych ze sprzedaży tuczników. Ubojnie tłumaczyły ten stan rzeczy wysoką podażą mięsa. Więc szybko zamiast „świńskiej górki” mieliśmy „świński dołek”, który jeszcze bardziej się pogłębia.

Już od prawie roku nie hoduje trzody Bogusław Zawada, właściciel 14-hektarowego gospodarstwa, które kiedyś w dużym stopniu było nastawione na produkcję wieprzowiny. – Ale jak stało się to nieopłacalne, to sprzedałem resztę zwierząt, które miałem, i chlewnia stoi od tamtej pory pusta. Teraz musiałbym wydać zbyt dużo na zakup warchlaków, żeby odnowić hodowlę – tłumaczy rolnik.

Tymczasem ta sytuacja zaczyna uderzać w zakłady mięsne, które wcześniej korzystały ze „świńskiej górki” i za niewielkie pieniądze kupowały od rolników trzodę. Teraz części z nich zagląda w oczy widmo bankructwa, bo nie będą miały od rolników dostaw tuczników. Najszybciej dotknie to ubojnie, z których część już teraz kupuje żywe świnie w innych krajach i ubija je w Polsce. Głównym dostawcą trzody na nasz rynek jest Dania. Ale to dotyczy większych firm, bo małe lokalne ubojnie, które korzystały z lokalnego rynku, nie mogą sobie na taki krok pozwolić i one mogą w pierwszym rzędzie upaść.

Ale brak krajowego mięsa odczuwają coraz silniej również przetwórcy, którzy także sprowadzają półtusze i inne części zwierząt z zagranicznych ubojni. Zdaniem części ekspertów, dopiero za dwa lata pogłowie trzody wróci do poziomu z 2006 roku, ale to nie oznacza, że w przyszłości nie będzie podobnych problemów. Bo nasz rynek trzody chlewnej jest wciąż daleki od stabilizacji, a duże wahania cenowe są tego najlepszym przykładem.


KL
drukuj