Wędrówka ludów, a może jednak – „placówka”?

Ponad 100-procentowy wzrost urodzin w porównaniu z 2005 rokiem byłby imponujący, gdyby dotyczył Polski, a nie Polonii brytyjskiej, gdzie już obecnie rodzi się 2 proc. wszystkich Polaków

Cezary Mech

Odkładając reformy polegające na wsparciu finansowym rodzin wielodzietnych, w połączeniu z silnym obniżeniem opodatkowania przedsiębiorstw gospodarczych zwiększających zatrudnienie, Polska wpada w spiralę migracyjną. Brak perspektyw wypycha młodzież do bogatych krajów UE, pogłębiając zapaść demograficzną. Ryzyko ubóstwa wstrzymuje procesy zakładania rodziny i jej powiększania, a państwo, oszczędzając dziesiątki miliardów złotych na niższych wydatkach społecznych, głównie oświatowych, nie jest zmuszane do wprowadzenia programu „Taniego państwa”.

W „The New York Times” ukazał się artykuł Judy Dempsey „Polish Labor Is Scarce as Workers Go West” na temat wyjazdów Polaków na Zachód w poszukiwaniu pracy. Jego autorka konkluduje: „ten exodus to jedna z największych migracji Europejczyków od lat pięćdziesiątych”.

Fakty są rzeczywiście niepokojące. Wśród młodych lekarzy aż połowa zapowiada wyjazd po uzyskaniu specjalizacji, a szczególnie niebezpieczna jest emigracja ludzi dobrze wykształconych, których ubytek i doświadczenie zawodowe będzie bardzo trudno uzupełnić, jak to już obserwujemy w przypadku emigracji chirurgów.

W ostatnim okresie do Naczelnej Izby Lekarskiej zwróciło się o zaświadczenie potwierdzające prawo do wykonywania zawodu w krajach UE aż 14,7 proc. chirurgów plastycznych, 12,8 proc. chirurgów klatki piersiowej, 10 proc. lekarzy specjalistów medycyny ratunkowej, 8,2 proc. chirurgów naczyniowych, 6,1 proc. chirurgów ogólnych i 15,6 proc. anestezjologów. Według NIL, od 1 maja 2004 r. wyjechało z kraju ponad 5,5 tys. lekarzy i dentystów, prawie 7 proc. czynnych zawodowo medyków.

O ile niektóre szacunki mówią o 2-3 milionach emigrantów, to według raportu European Citizen Action Service (ECAS) około 1,12 mln Polaków wyjechało do Unii Europejskiej w celach zarobkowych od czasu jej rozszerzenia. Dane uzyskane z jednej z warszawskich parafii, które zostały zebrane podczas tegorocznej wizyty duszpasterskiej, wskazują na wyjazd 42 rodzin na 960 odwiedzonych! Biorąc pod uwagę fakt, że dane te dotyczą miasta o bardzo niskim poziomie bezrobocia, 4,4 proc. emigracji – wprawdzie statystycznie niereprezentatywne – powinno jednak budzić zaniepokojenie. Badania GUS potwierdzają wzmożone zjawisko wyjazdów osób młodych, przedsiębiorczych i niebojących się ryzyka. Osoby z co najmniej średnim wykształceniem stanowią do 60 proc. wszystkich emigrantów, a wiek 60 proc. emigrantów nie przekracza 35. roku życia.

W efekcie polska pielęgniarka startuje w wyborach do parlamentu Islandii, Kościół katolicki w Irlandii przeżywa renesans, związki zawodowe w Wielkiej Brytanii tworzą specjalne sekcje dla polskich robotników, a 100 tys. rodaków może zadecydować o ogłoszeniu przez Szkocję niepodległości; w całej Europie pojawiają się polskojęzyczne gazety. Ponad 100-procentowy wzrost urodzin w porównaniu z 2005 rokiem byłby imponujący, gdyby dotyczył Polski, a nie Polonii brytyjskiej, gdzie już obecnie rodzi się 2 proc. wszystkich Polaków.

Zachęty do zatrudniania imigrantów to błąd

Z powodu emigracji w okresie ostatniego roku w Polsce już się uwidoczniły trudności z rekrutacją pracowników sezonowych (w sezonie turystycznym), wyraźny jest też odpływ fachowców z branży stoczniowej i budowlanej. Trudności z zatrudnieniem pracowników powodują, że pracodawcy podnoszą wynagrodzenia i generują procesy inflacji kosztowej. W zeszłym roku wzrost płac w budownictwie o 9,2 proc. został jedynie wyprzedzony o średni – 10,9 proc. – wzrost w przedsiębiorstwach branży produkcji metali. Informując o powstaniu osiedla chińskich robotników w Lesznowoli, „Gazeta Wyborcza” zamieszcza jakże charakterystyczną opinię prezesa Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa i jednocześnie prezesa Budimeksu Marka Michałowskiego: „Płace w budownictwie nadal będą rosły, ale nie o 50 proc. w ciągu roku, co zahamowałoby odpływ pracowników”. Według niego, w tej sytuacji niezbędne jest radykalne otwarcie granic dla pracowników z innych krajów.

Również politycy, będąc pod silnym naciskiem sfer gospodarczych, błędnie zachęcają do zatrudniania imigrantów. Robert Gwiazdowski, przewodniczący Rady Nadzorczej ZUS, uważa, że Polskę czeka otwarcie dla obcokrajowców naszego rynku pracy i zrobienie tego, co robią inne kraje Unii – wsysanie obcokrajowców. Twierdzi: „Musimy jakoś zapełnić tę lukę, która powstała po wyjeździe Polaków z kraju. Tacy imigranci płaciliby podatki, zakładali tu rodziny, no i nareszcie przedsiębiorcy mieliby brakujących robotników”.

Szokująca krótkowzroczność

Podobnie Komisja Europejska i Bank Światowy uważają, że migracja jest jednym z najważniejszych czynników odmładzających społeczeństwo i nakręcających koniunkturę w gospodarce. W raporcie Banku Światowego wprost napisano, że „Napływ środków finansowych spoza kraju, spowodowany emigracją zarobkową, a jednocześnie przyjmowanie imigrantów z innych krajów spowoduje przyspieszenie wzrostu gospodarczego w Polsce”. Również Komisja Europejska, która z jednej strony wymusza na Polsce restrykcyjną politykę fiskalną, nie uznając OFE jako elementu zreformowanych finansów publicznych, z drugiej strony w opublikowanym niedawno raporcie o migracji uznaje, że otwarcie się na obcokrajowców może na kilkadziesiąt lat odsunąć załamanie systemów emerytalnych.

Argumentacji dotyczącej załamania systemu emerytalnego szeroko używa Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” w celu otwarcia naszego rynku pracy na imigrantów ze Wschodu: „Brytyjczycy wessali naszych obywateli, Niemcy ratują się Turkami, tymczasem w naszym kraju zaczyna brakować rąk do pracy. Polacy muszą wziąć przykład z innych krajów”. Eksperci „Lewiatana” Bogusława Nawak-Turowiecka i Jeremi Mordasewicz mówią wprost: „Przyciąganie tych, którzy będą zakładać rodziny i pracować, jest koniecznością”; „Liczę, że ktoś z ekipy rządowej weźmie to pod uwagę i nareszcie otworzy rynek pracy”.

Niestety, powyższe apele odnoszą skutek, niedawno ministerstwo pracy otworzyło nasz rynek pracy dla obywateli państw UE, a decyzja ta rozeszła się prawie bez echa. Jednocześnie wiceminister tego resortu zapowiada: „Będziemy musieli posiłkować się pracownikami z krajów trzecich, pozaunijnych”. Podobnie w przesłanej do Sejmu rządowej „Strategii Rozwoju Kraju 2007-2015” napisano, że „w perspektywie długoterminowej zmniejszenie poziomu ludności(…)skutkować może niedoborami pracowników(…)[i] istotnym(…)będzie opracowanie zasad(…)dopuszczenia cudzoziemców do polskiego rynku pracy (…)”.

Tymczasem sytuacja, w której kraj o najwyższym w Unii Europejskiej wskaźniku bezrobocia z otwartymi rękami przyjmuje pracowników z innych państw, nie należy do optymalnych. Niestety, do rzadko stawianych pytań należy: „Czy obawiacie się, że pracownicy z nowych państw Wspólnoty będą się godzić na najniższe stawki i tym samym psuć rynek pracy?”. W efekcie pod wpływem publicznie wypowiadanych zachęt w ciągu ostatnich 15 lat akceptacja dla wspierania imigracji znacząco wzrosła, niemniej nadal – zgodnie z raportem CBOS – „tylko niespełna jedna czwarta ankietowanych sądzi, że na napływie pracowników z zagranicy zyska ogół pracujących, natomiast większość obawia się, że pracujący Polacy mogą na tym stracić. Szczególnie często obawy wyrażają najmłodsi badani”. Oczywiście najwięcej korzyści w zatrudnianiu obcokrajowców widzą przedsiębiorcy.

Spirala migracyjna

Polska, odkładając reformy polegające na wsparciu finansowym rodzin wielodzietnych, w połączeniu z silnym obniżeniem opodatkowania przedsiębiorstw gospodarczych zwiększających zatrudnienie, wpada w spiralę migracyjną. Brak perspektyw wypycha młodzież do bogatych krajów UE, pogłębiając zapaść demograficzną. Ryzyko ubóstwa wstrzymuje procesy zakładania rodziny i jej powiększania, a państwo, oszczędzając dziesiątki miliardów złotych na niższych wydatkach społecznych, głównie oświatowych, nie jest zmuszane do wprowadzenia programu „Taniego państwa”. Wzmocnione silne grupy gospodarcze, korzystając na wycofaniu działań w sferze ustanowienia silnej prorozwojowej infrastruktury finansowej i przy milczącej zgodzie na samoregulacyjną rolę organizacji gospodarczych, dążą do redukcji wydatków płacowych poprzez sprowadzenie „tańszych” imigrantów. W efekcie spowolniony proces konwergencji płacowej między Polską a UE, mimo znaczącego wzrostu gospodarczego, „studzi” oczekiwania skokowej poprawy warunków życia, w efekcie napędzając emigrację i „wędrówkę ludów” w naszym kraju.

O ile wykrwawiona Polska pod względem liczby ludności w stosunku do terytorium po wojnie zajmowała 14. miejsce na świecie, to w międzyczasie została wyprzedzona przez 17 krajów, w tym przez obecnie tak ludne kraje, jak Meksyk, Egipt, Nigerię i Turcję. Również ludność Hiszpanii, która jest odniesieniem politycznym dla Polski, szybko odskoczyła już o 6 mln mieszkańców. W najbliższych latach pozycja Polski spadnie o następne kilkanaście miejsc, a w perspektywie pokolenia może się okazać, że mały Jemen będzie miał trzykrotnie więcej ludności. Paul Kennedy w książce „U progu XXI wieku” ostrzega, że w przypadku kontynuowania obecnych trendów „kraje najbardziej zasobne zostaną zalane milionami emigrantów i uchodźców chcących wejść do bogatych, lecz starzejących się społeczeństw demokratycznych. Tak czy inaczej dla bogatej(…)ludności świata rezultaty będą najprawdopodobniej bolesne i chociaż dzisiaj korzysta ona w sposób nieuprawniony z(…)bogactw Ziemi, dojdzie do odwrócenia sytuacji”. Pesymistyczna jest również prognoza Brice”a Quillina, współautora raportu Banku Światowego, że „jeżeli typowym imigrantem lat 90. był Polak przenoszący się do Wielkiej Brytanii, jego następcą w następnej dekadzie może być Tadżyk przenoszący się do Polski”. Przy oficjalnym pesymizmie nadzieją stają się odporni na PR Ślimakowie budujący swoje „placówki” w kraju i dla kraju.

Autor jest doktorem ekonomii, absolwentem SGH oraz prestiżowego programu doktorskiego w IESE w Barcelonie. W przeszłości pełnił funkcję prezesa Urzędu Nadzoru nad Funduszami Emerytalnymi, był też wiceministrem finansów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza, współautorem programu gospodarczego PiS. Obecnie pracuje w Kancelarii Sejmu.

drukuj