Ważne tylko to, co tam
Tak trudno nanizać słowa na sznureczek zdań… gdy odejdzie
Przyjaciel. Tak trudno wyobrazić sobie, że już nie można zadzwonić, napisać
listu, ot, kiedy
tylko się chce. Prosić o radę, dzielić się sukcesami czy opłakiwać osobistych
strat. A gdy jeszcze z Przyjacielem wiązały tajemnice rozważań o Bogu! Tajemnice
najszczerszych spowiedzi!
Kiedyś spadł na mnie trudny egzamin z religii, nie, nie tej "teoretycznej",
na szkolny stopień, tylko ten życiowy. Kompromis kusił dostatkiem, miłym
życiem osobistym, a jednoznaczność decyzji miała kosztować samotność… Wokół
tylu
młodych ludzi tak ulgowo żyło, wybór zdawał się prosty, ale wątpliwości szarpały
w duszy. Spakowałam plecak, poleciałam porozmawiać z Ojcem. Z Ojcem Marianem
Żelazkiem. A że do Indii? Gdy On tam był, wydawało się, że to naprawdę blisko.
Jaki był Ojciec Marian? Dobry. Cierpliwy. Zdawało się, że ma każdą sekundę
życia przemyślaną. Nawet gdy pił herbatę, gdy celebrował wspólny odpoczynek,
ani sekunda Jego czasu nie była pozbawiona znaczenia, sensu. I dla każdego
miał czas. Choć chwilkę.
Był czas, gdy Ojciec Marian miał jedną koszulę. Podejrzałyśmy to, wścibskie
baby, ja i koleżanka dźwiękowiec, gdy kręciłyśmy u Niego pierwszy film, w
1986 roku. W szafie z niedomykającymi się drzwiami wisiała jeszcze biała
suknia
zakonna… W Polsce kupiłyśmy dwie nowe koszule, na kieszonkach wyszyłyśmy
artystyczne monogramy
– jedna, ta w kratkę, miała być do urzędów, a druga, błękitna, na wizyty "do
księdza biskupa". I gdy przy jakiejś okazji, przejęte swoim wspaniałym
pomysłem, dumne z dobrego uczynku dla biednego misjonarza, wręczyłyśmy ten
prezent Ojcu Marianowi, ten nie zdołał ukryć smutku: – Oj, teraz to będę
musiał je mieć dla siebie, tyle pracy w te hafty włożyłyście, inaczej to
bym zaraz
oddał, tam tylu nagich chodzi, biedaków…
Mijały lata, na kolejnych filmach naszych czy innych autorów, na tysiącach
zdjęć Ojciec Marian najczęściej jest ubrany w koszulę w kratkę. Stale tę
samą, "do
oficjalnych gości"…
Buty. Pomagałam siostrzeńcowi Ojca wybrać coś odpowiedniego, gdy tu przyjechał
chory, z obrzmiałymi stopami. Wprost na operację serca. Wtedy Ojciec się
zgodził, by kupić mu nowe sandały.
Z ubraniami związana była jeszcze jedna tajemnica, taki "nasz kod",
taka mowa przyjaciół. Polarowy niebieski bezrękawnik, szara polarowa kurteczka.
Gdy znowu rok, dwa nie widzieliśmy się i wreszcie nadarzała się taka możliwość,
gdy Ojciec gdzieś tam na mnie czekał, zwykle zakładał ten bezrękawnik albo
kurteczkę, nawet gdy w Polsce był akurat upał. I już o nic nie trzeba było
pytać.
Znaki. Na święta – długi, szczegółowy list pisany do rzesz przyjaciół, ten
jeden list do nas wszystkich. Czytywaliśmy go sobie nawzajem, bo każdy z
nas wyczytywał coś swoistego między wierszami – a to, że może Ojciec chory,
bo
tak dużo zrobił błędów językowych (ale potem wyjaśniało się, że akurat były
straszne upały w Indiach i nikt nie był wówczas przytomny), a to, że nie
pisze o planach na następny rok, bo na pewno zabrakło mu pieniędzy. "I co On
teraz pocznie? I po co takie wielkie te projekty porozkręcał?" (a On
akurat gromadził środki i załatwiał formalności, pozwolenia na kolejną budowę).
Inne znaki. Lotnisko w Warszawie. Tłum witających, stęsknionych, dostojnych,
ważnych i po prostu kochających. Trzymam się jakoś z boku, pracuję zawzięcie
nad sobą, nie rozpychać się, w końcu nie muszę tak dopadać Ojca, ale cichutko
patrzeć i radować się, że jest i kiedyś znajdzie czas również dla mnie. Ojciec
pyta:
– A Anusi to nie ma? Wydaje się jakiś rozgoryczony. Podchodzę, a On zostawia
wszystkich daleko, ma jakąś wielką tajemnicę dla mnie… Do ucha szepcze:
– Anusio, znalazłabyś mi kardiologa, wiesz, serce coś mi dokucza… Czuję
się
jakoś dziwnie wyróżniona, ale ogarnia mnie panika, dlaczego to akurat mnie
poprosił, nie mam żadnych znajomości wśród lekarzy! I ta świadomość, że gdy
Ojciec prosi, to sprawa musi być niezwykle poważna. Za trzy dni wspaniałe
lekarki ze szpitala w Aninie szykują Ojca do operacji serca. Każdy chce choć
chwilkę
być przy Ojcu, jakby wszyscy mieli przeczucie, że leczą Świętego.
– Ojcze, kto to jest "święty"? – pytam kiedyś. – Czy musi być męczennikiem?
Kto w dzisiejszym świecie może być świętym? A Ojciec Marian mówi: – Ten,
kto promieniuje Chrystusową miłością.
Ojciec Marian wyglądał zwyczajnie, w tej koszuli w kratkę, siwowłosy, drepczący
na opuchniętych nogach, a przyciągał jak magnes ciepłem, dobrem. Dzisiaj
chciałabym zapytać Go: – Ojcze, a jak wygląda dobro, tak jak Ty, prawda?
Znaki z samej głębi wiary. – Tak mnie boli ramię od dźwigania kamery, Ojcze,
okropnie! – skarżę się. A On kładzie lekko dłoń na tym ramieniu i pyta: –
Pamiętaj, że tutaj też dotknął cię kiedyś Ojciec Święty, no to musi boleć,
abyś nie zapominała.
I nuci obozową piosenkę: – Jesteśmy jak żywe kamienie… Oj, gdybyś wiedziała,
jak tam nas bolało!
Albo inny znak. – Ojcze, mam kogoś bliskiego, nie chce słuchać o Bogu ani
pójść do kościoła. Wygaduje, że to przez księży, bo tacy nieoczytani, bo
ta wiara
to bzdura… Ojciec Marian uśmiecha się na to radośnie: – O, jak tak krzyczy,
to jego serce rozpaczliwie musi szukać Pana Boga! On tak z tej tęsknoty wykrzykuje!
Cud. Dla mnie to cud – i dla paru tysięcy wieśniaków z trzech wiosek w stanie
Orissa, z wiosek nawiedzonych suszą, gdy ziemia pękała na polach jak skorupa
lawy wulkanicznej, gdy bydło padało z pragnienia, gdy leżały wokół wsi tylko
szkielety zwierząt, a ludzie byli bliscy obłędu z pragnienia.
Przywędrowali do Ojca Mariana. Pojechał do nich. Nikt już nie mógł im pomóc.
Jedynie mogli opuścić swoje domostwa, wsiąść na dachy pociągów i tak dojechać
do wielkiego miasta, na przykład do Kalkuty, by tam zasilić tłumy głodnych,
umierających każdego dnia na chodnikach…
Ojciec Marian zdjął z szyi swój medalik. Duży, z Niepokalaną. I poszedł szukać
wody. To był absurd, szaleństwo! Ale Ojciec kazał kopać w trzech miejscach,
w każdej z umierających wiosek. I pokazała się woda.
Na drugi rok Ojciec tam mnie zawiózł. Gdy tylko z wioski dostrzeżono samochód
Ojca, ruszył ku nam nieprzytomny tłum. Na czele biegł wójt, który coś niósł
niezwykle ostrożnie. Wrzawa, kurz, psy, krowy, stado dzieciaków, krzyczą: "Babu
Marian, Santi!" (Ojciec Marian, święty). Wójt podaje Ojcu to "coś" cennego.
Tłum w milczeniu zamiera. To obtłuczona szklanka, zapewne nigdy nie myta, a
w niej bura woda… Ojciec pokazuje wójtowi na mnie, to nasz gość, Ania, ona
powinna napić się pierwsza. Teraz ja zamieram. Szepczę: – Ojcze, litości, w
tej wodzie na pewno są same ameby. A Ojciec Marian na to: – Oni ci przynieśli
to, co mają najcenniejszego. I szklanka jedyna we wsi, i woda jedyna… A co
do ameb, to jak bardzo westchniesz do Matki Bożej, to i ameby w tej wodzie
niestraszne! Wypiłam tę wodę. Nie zachorowałam. Wiele razy, w innych sytuacjach,
gdy znikąd pomocy, gdy ból otwartej rany ogłuszał, gdzieś tam w wypadku w górach
albo w Afganistanie na odludziu miałam przy sobie tę moc od Ojca Mariana: "gdy
westchniesz do Matki Bożej, to i ameby niestraszne!".
Kolejka. Dwa razy w tygodniu, po południu, Ojciec Marian jechał do ambulatorium.
Szumne słowo, taki budyneczek, na początku wioski trędowatych, z tarasem,
w nim jedna salka z lekami i środkami opatrunkowymi, jeśli akurat były. Po
południu,
bo już większość żebraków, trędowatych użebrała, co mogła i ściągała tu z
miasta na zmianę opatrunków. W kolejce na schodkach tarasu siedziało zwykle
z 80 osób.
Chorzy, bez palców u rąk i nóg, często bez stóp i dłoni, ze zniekształconymi
trądem twarzami, niedowidzący, kulawi, pokrzywieni, obdarci, ze szmatami
zamiast bandaży. Ojciec Marian po kolei brał w swoje dłonie te ich resztki
rąk czy
stóp, odkrawał naddartą skórę (trąd pozbawia chorego czucia w kończynach
i stąd tak łatwo się ranią), spiłowywał kości, oczyszczał rany z robactwa,
piasku,
opatrywał. I tak co najmniej dwa razy w tygodniu, po 2-3 godziny, w upale,
kurzu. Przez 30 lat… Znał ich prawie wszystkich, opatrując wypytywał o
dzieci, łączył zwaśnione małżeństwa, doradzał, żartował.
Obóz koncentracyjny w Gusen i Dachau. Ojciec Marian przeżył tam pięć lat.
Nie chciał kiedyś o tym w ogóle rozmawiać. 20 lat temu, niemal na początku
naszej
znajomości, poprosiłam, aby pomógł mi zrozumieć własnego ojca, który doświadczył
Sachsenhausen. I Ojciec Marian zaczął opowiadać. Przy każdej okazji. Spokojnie,
rzeczowo, jakby oprowadzając mnie po barakach. Wtedy pierwszy raz usłyszałam
o kamieniach – gdy Niemcy kazali nieść kamienie, w drodze powrotnej, po dniu
morderczej pracy w kamieniołomie, kazali jeszcze brać duży kamień i dźwigać
go na teren obozu. Starsi, słabsi padali pod ciężarem. I kula w łeb albo
straszne bicie.
I on, młody kleryk, brał wtedy od słabnącego drugi kamień i niósł za niego.
Ojciec Marian mówił: – Pamiętaj, weź jego kamień, weź i nieś z radością,
że możesz usłużyć. Anusio, pamiętaj.
Zawsze troszczył się – tam, w dalekich Indiach, w listach, w mailach, w rozmowach
– o swoich przyjaciół, o ich cierpiących bliskich. W szczegółach znał przebieg
operacji ks. Zdzisława Peszkowskiego, w detalach – walkę z cukrzycą mojej
cioci, dołożył wszelkich starań, gdy zmarł mój ojciec, by miał na szyi nowiutki
medalik,
na tę ostatnią drogę, od swego obozowego brata… A ja czułam, że medalik
przeprowadzi ojca TAM w specjalny sposób, i było o wiele lżej na sercu.
TAM. W styczniu ostatnie nasze spotkanie. Pytam Ojca Mariana: – Czy miał
Ojciec kiedykolwiek wątpliwości, czy ta cała praca ma tutaj, w tym morzu
ludzkiej
biedy, jakikolwiek sens?
– Gdybym miał wątpliwości, to Dachau bym nie przeżył. A tak naprawdę, Anusio,
to ci powiem od serca: NIC CO TUTAJ, NIE JEST TAK NAPRAWDĘ WAŻNE, WAŻNE JEST
TO, CO TAM.
I obydwoje patrzyliśmy sobie na liście palm prześwietlone słońcem, na błękit
nieba w upalne indyjskie popołudnie…
Ojciec Marian Żelazek, werbista, pracował na misjach w Indiach 55 lat, ostatnie
30 lat wśród trędowatych, najbiedniejszych z biednych, w Puri, nad Oceanem
Indyjskim, w stanie Orissa. Tu zbudował kościół parafialny, założył wspólnotę
trędowatych, zorganizował im normalne życie, przywrócił społeczności, nauczył
tkactwa, założył im fermę kurzą, fabrykę powrozów, wytwórnię obuwia dla kalekich,
ogród kokosowy, pomagał budować domy. Zbudował szpitalik, gabinet dentystyczny,
także szkołę dla 500 dzieci. W styczniu tego roku poświęcił i otworzył Centrum
Dialogu, miejsce wypoczynku i spotkań dla pielgrzymów ze świata, aby razem
poszukiwali Chrystusa. – Aby Chrystusa uczynić obecnym w Puri, w tym wielkim
hinduistycznym mieście
– mówił Ojciec Marian, dokonując otwarcia Centrum w obecności przedstawicieli
Kościoła z Watykanu, Delhi i z Polski, gości z Polski, Włoch, z Indii. –
To ostatnie marzenie misjonarza, tak pragnęło tego moje misjonarskie serce.
Aby
ludzie tu sobie mogli odpocząć, rozmawiać o swoich drogach do Boga, aby tu
mogli znaleźć pocieszenie i wytchnienie od trudnego świata.
Porządkuję zdjęcia. Listy. Maile. Ojciec Marian mieszkał tak daleko, nie
oczekiwał kurtuazji, kartek "na okoliczność", a stale mogłam mieć
pewność Jego czuwania, obecności. Gdziekolwiek byłam. Niezawodny Przyjaciel.
Tak wiele wspomnień tłoczy się teraz, wszystkie wydają się ważne. Napływają
obrazy, gesty, spojrzenia, słowa, zdania… Umarł wyjątkowy Misjonarz. Nauczyciel
duchowy. Świadek Chrystusowej Miłości.
Nie ma odwrotu, teraz idziemy dalej za Nim.
Anna T. Pietraszek
