Wandziu, nie zapominaj o mojej Basi
Z panią Barbarą Zakrzeńską, żoną śp. Janusza Zakrzeńskiego, wybitnego
aktora tragicznie zmarłego w katastrofie rządowego samolotu Tu-154M pod
Smoleńskiem, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Z jaką misją Pani Mąż udawał się 10 kwietnia do Katynia?
– Janusz miał tam czytać fragmenty listów oficerów zamordowanych w Katyniu,
które znaleziono w dołach śmierci. Nigdy wcześniej tam nie był. Wylatywał jednak
przygnębiony, długo w nocy siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Chcąc go rozweselić,
napiekłam mu racuchów z jabłkami, które bardzo lubił. Zjadł je z wielkim
apetytem.
Dlaczego był przygnębiony?
– Trudno mi powiedzieć, po prostu nie chciał lecieć. W przeddzień katastrofy
byłam z Januszem u lekarza i miał bardzo dobre wyniki. Chodził jednak na
badania, ponieważ miał kłopoty z kręgosłupem, dostawał zastrzyki. On nie mógł
długo siedzieć, bo potem ten kręgosłup go bolał. Z tego też względu w ogóle nie
rozważał jazdy pociągiem do Katynia. W grę wchodził jedynie samolot. Dwa dni czy
może dzień przed katastrofą odczułam dziwnie silne wrażenie pustki wokół siebie,
powiedziałam o tym Januszowi. Może sam też miał jakieś złe przeczucia? Proszę
sobie wyobrazić, że gdy po katastrofie musiałam odwiedzić wiele urzędów i
stowarzyszeń, by pozałatwiać w nich formalności po śmierci Janusza, dowiedziałam
się, że we wszystkich, tzn. w ZUS, SPATiF, ZASP etc., on był tuż przed wylotem
do Smoleńska. Był nawet u znajomej lekarki i powiedział jej: "Wandziu, nie
zapominaj o mojej Basi". Pokrzepił mnie telefon od ks. abp. Andrzeja Dzięgi,
który zadzwonił do mnie tuż po katastrofie i powiedział, że chce prowadzić Mszę
św. pogrzebową Janusza. Okazało się, że Janusz spotkał się z nim również
niedługo przed odlotem i pytał, czy przyjdzie na jego pogrzeb… Bardzo się
cieszę, że Janusz był wcześniej u spowiedzi i Komunii Świętej.
W jaki sposób dowiedziała się Pani o katastrofie rządowego samolotu, którym
leciał również Pani Mąż?
– O katastrofie zostałam poinformowana przez parkingowego z Teatru Polskiego, w
którym pracował mój Mąż. Zadzwonił do mnie i krzyczał przez telefon, żebym
włączyła pierwszy program TVP. U mnie pierwszy program ustawiony jest na TV
Trwam. Włączyłam, dopiero po chwili zmieniłam na TVP. Zapamiętałam tylko obraz,
na którym było widać kłęby dymu… Potem już nic nie pamiętam. Nie paliłam
papierosów chyba z 15 lat, lecz w tamtym dniu wypaliłam paczkę. Dziś mam 72
lata, jestem po ciężkim zawale, coraz bardziej siły mnie opuszczają, nie sądzę,
żebym się z tej strasznej tragedii podniosła. Choć minęło od niej prawie pół
roku, wciąż żyję w ogromnym stresie, jak gdyby stało się to wczoraj. Nie
potrafię się skupić, spokojnie myśleć, cały czas jestem na lekach
antydepresyjnych.
Czy zdecydowała się Pani na wylot do Moskwy? Ktoś Panią do tego zachęcał bądź
odwodził od tego?
– Nie poleciałam do Moskwy. Od razu przyszła do mojego domu lekarka syna,
Marcina, dla niego strata ojca była strasznym ciosem. Ma 43 lata, lecz wymaga
opieki lekarskiej, bo jest bardzo chory. Janusz oddał mu całe życie. Gdy wracał
z pracy, rzucał wszystko i opiekował się Marcinem, razem wychodzili na spacery z
psem, jeździli na koncerty Męża, syn pomagał mu także w sprawach
administracyjnych w Towarzystwie Dobrych Obyczajów, które Janusz założył i
prowadził w Warszawie. Z oczywistych względów Marcin nie mógł jechać do Moskwy.
Natomiast ja na początku byłam spakowana i bardzo chciałam tam lecieć. Miałam
jechać z siostrą Janusza, Teresą. Wyjazdu zabronili mi jednak lekarze, moje
chore serce mogłoby bowiem tego nie wytrzymać. O mój stan zdrowia zawsze martwił
się Janusz, odciążał mnie w pracy, sprawiał, abym niczym się nie martwiła. Nie
pamiętam już, kto powiedział mi, że widok ciał naszych bliskich jest tak
straszny, że absolutnie nie powinnam oglądać ciała Janusza. Teresa ostatecznie
też nie pojechała. Nie chciałam, żeby sama jechała, nie darowałabym sobie, że
mnie z nią tam nie ma. Wkrótce okazało się, że do identyfikacji ciała Męża
potrzebne są próbki DNA. Zostały one pobrane ode mnie, Marcina i Teresy. Dałam
także jego zdjęcia rentgenowskie i szczoteczkę do wąsów.
Jakie rzeczy Męża zwrócono Pani i w jakim były one stanie? Czy jest coś,
czego Pani nie oddano, np. telefonu komórkowego?
– Rzeczy Janusza odbierałam w Mińsku Mazowieckim. Nie pamiętam, kiedy to
dokładnie było. Przyszło dwóch żołnierzy, zasalutowało i wręczyło mi paczkę, w
której były jego rzeczy. Oddali mi obrączkę, różaniec w torebce, paszport,
okulary. Miał dwie pary. Janusz musiał coś czytać w samolocie, bo tych nie
otrzymałam. Dostałam drugie, zgniecione, które musiał mieć w kieszeni.
Otrzymałam również wejściówkę na pokład samolotu, długopis, ale wydaje mi się,
że to nie był jego, i sto złotych, które zabrał ze sobą w drogę. Więcej
pieniędzy nie brał, jak również telefonu komórkowego, bo wiedział, że jedzie
tylko na parę godzin…
Rozważa Pani – podobnie jak niektóre rodziny ofiar – wystąpienie o ekshumację
i ponowną sekcję zwłok Męża?
– Biorę pod uwagę taką możliwość. Mówiłam nawet księdzu z Powązek, że wystąpię o
ekshumację. On jednak odradził mi to, mówiąc, że był u niego jakiś człowiek,
który podobno widział ciało Janusza w Moskwie i że było całe. Nie daję temu
wiary, bo przecież w Rosji zwłoki ofiar pokazywano tylko rodzinie, przynajmniej
tak słyszałam. Jedynym moim marzeniem jest, żeby Janusz był w tej trumnie, nie
wykluczam więc ekshumacji, gdyby było to niezbędne. Myślę, że ten ksiądz chciał
mnie tylko uspokoić. Uwierzyłam jednak jego słowom, bo zwiódł mnie mój sen.
Zaraz po katastrofie śnił mi się Janusz leżący w pozycji wyprostowanej na
czarnej ziemi. Był w tym samym płaszczu, w którym poleciał do Smoleńska…
Otrzymała Pani z Moskwy jakieś dokumenty potwierdzające identyfikację ciała
Męża?
– Nie chcę nawet wiedzieć, czy były jakieś problemy z identyfikacją ciała Męża,
ale faktem jest, że nie dostałam żadnych dokumentów z identyfikacji. To nie jest
tak, jak być powinno. Rodziny ofiar powinny znać wszystkie szczegóły na temat
katastrofy i tego, co działo się z ciałami bliskich już po niej. Rzeczywistość
jest jednak przygnębiająca. Nawet na lotnisku, gdy przywieziono trumnę z
Januszem, dostałam akt jego zgonu z błędem. Jego mama, która nazywała się
Szyszko-Bohusz, widniała tu jako Szyszka. To są szczegóły, ale ważne szczegóły.
Od początku bardzo chciałam, żeby Janusz leżał na Starych Powązkach na
zasłużonym miejscu, żeby, nie daj Boże, nie pochowano go na cmentarzu Wojskowym.
Pan Janusz od lat związany był ze Starymi Powązkami, na które co roku
kwestował…
– To prawda. Od niepamiętnych czasów zbierał pieniądze na Powązki, jeszcze nawet
przed Waldorffem. Jest drugi na liście tych, którzy uzbierali najwięcej
pieniędzy na ten cmentarz. Pojechałam więc na Powązki do księdza, który sprawuje
pieczę nad tym cmentarzem, i poprosiłam, żeby Janusz leżał na zasłużonym
miejscu. Powiedział, że grób dla niego już się kopie niedaleko kościoła w bardzo
ładnym miejscu. Coraz trudniej chodzi mi się na ten cmentarz. Codziennie staram
się – chociaż mam trudności z modlitwą – odmawiać za niego Koronkę do
Miłosierdzia Bożego. W pięciu kościołach zamówiłam w jego intencji Msze św.
gregoriańskie.
Dostała Pani pomoc od państwa, finansową lub psychologiczną w tych
pierwszych, najtrudniejszych chwilach po katastrofie i później, np. przy
organizowaniu pogrzebu Męża? Czy kontaktowali się z Panią jacyś ministrowie,
urzędnicy?
– Zaraz po katastrofie został nam przydzielony człowiek z Ministerstwa Spraw
Wewnętrznych i Administracji, który nas wszędzie woził, zawsze był na czas.
Dopiero po pogrzebie oznajmił nam, że skończył już swoją działalność i że
zostałam wraz z dwiema innymi rodzinami ofiar przydzielona pod opiekę
Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Od rządu dostałam także 40 tys.
złotych. Po pogrzebie urządziłam dla wszystkich osób przyjezdnych przyjęcie w
Restauracji Lwowskiej w Warszawie, do której chodziliśmy często z Januszem.
Organizacją transportu, w tym również dowozem gości autokarami, zajęło się
również MSWiA. Podczas pogrzebu Janusza ważnym dla mnie gestem było to, że z
czterech stron wykopanego grobu wisiały zasłony w kolorze purpury. Dzięki temu
nie mam wrażenia, że wsadziłam go do ziemi, tylko takie, jakby odszedł ze sceny.
Z Mszy św. pogrzebowej zapamiętałam jedynie ojca Tadeusza Rydzyka i ojca Piotra
Andrukiewicza, którzy na nią przybyli. Bardzo się wzruszyłam, gdy ich
zobaczyłam, od początku bowiem słucham Radia Maryja. Dzięki tej rozgłośni i
ojcom, którzy w niej posługują, nie tracę sił do życia. Bardzo im za wszystko
dziękuję. Niestety, nie pamiętam homilii pogrzebowej ani momentu, w którym
przyznano pośmiertnie Januszowi wysokie odznaczenia.
Wiem, że od dnia katastrofy przed Pani domem gromadziły się spontanicznie
rzesze ludzi, którzy darzyli Pani Męża ogromnym szacunkiem. Kto to był? Ich
postawa dodawała Pani otuchy?
– Pod dom i do domu przychodziło bardzo wielu serdecznych ludzi: znajomi,
sąsiedzi, a także osoby zupełnie obce. Przynosili kwiaty, zapalali znicze.
Proszę sobie wyobrazić, że natychmiast po katastrofie, na furtce przed moim
domem, ktoś powiesił kir z kwiatem. Nie mam pojęcia, kto to zrobił. Od razu
rozdzwoniły się telefony z Polski i z zagranicy, dzwonili znajomi duchowni,
świeccy, rodzina, przyjaciele. Dziś trudno mi przypomnieć sobie wszystkie osoby,
by im podziękować. Byłam w wielkim szoku. Do domu dostałam nawet kwiaty ze
Stanów Zjednoczonych, z Chicago… Od dnia katastrofy nie czytałam prasy, poza
"Naszym Dziennikiem". Wiem jednak, że ukazało się wiele nekrologów Janusza i
tekstów wspomnieniowych. Wszystkim za życzenia i pamięć o nim z serca dziękuję.
Pan sobie nie wyobraża, jak ludzie za Januszem płakali i jak jeszcze płaczą.
Pamiętam dzień, gdy koleżanka zawiozła mnie do sklepu w centrum Warszawy. Gdy
sprzedawczyni dowiedziała się, komu sprzedaje towar, pociekły jej łzy. To tylko
potwierdza fakt, że Janusz był człowiekiem bardzo znanym i cenionym, aktorem
bardzo polskim. Wszyscy ludzie, których spotykam, o nim pamiętają. Nie
spodziewałam się tego.
W kwietniu mieli Państwo obchodzić kolejną rocznicę ślubu… Choć
pochodziliście Państwo z dwóch różnych środowisk – Pan Janusz z dworu z
Przededworza, Pani z Zakopanego – widać było, że rozumieliście się bez słów. Gdy
trzy lata temu rozmawialiśmy wszyscy razem, podkreślała Pani, że jest w Panu
Januszu cały czas zakochana…
– Byłam w nim zakochana, bo był bardzo troskliwym Mężem. W grę nie wchodziła
jakaś zdrada czy tym podobne rzeczy, mimo że w środowisku aktorskim, niestety,
wiele osób nie dotrzymuje wierności małżonkom. Zawsze mogłam iść z podniesioną
głową do teatru. Janusz bardzo mnie szanował, zresztą tak samo jak ja jego.
Czasami mówił mi tylko, że go nie doceniam. 30 kwietnia 1964 r. braliśmy z
Januszem w Krakowie ślub cywilny, a po nim ślub kościelny w Zakopanem. Nie
wiedziałam, że przyjdzie mi tę rocznicę spędzać samej. Dziś wracają obrazy
sprzed kilkudziesięciu lat, z dnia, w którym zamówiliśmy razem Mszę Świętą przed
naszym ślubem cywilnym. Pamiętam, że któreś z nas wymyśliło, by w czasie
Podniesienia zamienić się obrączkami. Zapamiętałam ten moment na całe życie…
Janusz nigdy nie zdejmował obrączki, chyba że miał jakąś rolę, która wymagała,
by jej nie miał na palcu. Zostawiał ją wówczas pod toaletką w garderobie w
teatrze lub wkładał do torebki z różańcem, z którym również się nie rozstawał.
On często modlił się na różańcu, zresztą był człowiekiem bardzo wierzącym. Gdyby
pan wszedł do jego pokoju, zobaczyłby Pan w nim mnóstwo religijnych przedmiotów,
obrazów, książek. Dzień przed wylotem czytał książkę o Jezusie pt. "Jezus żyje",
dziś leży otwarta na stronie, na której ją zostawił. Wszystkie odznaczenia,
jakie dostawał, składał przed obrazem Matki Bożej.
Jakie mieli Państwo plany na przyszłość?
– Janusz żył benefisem 50-lecia swojej pracy aktorskiej, który miał się odbyć 15
maja w Belwederze. Z początku odradzałam mu jego organizowanie, mówiłam mu:
"Januszku, na 40-lecie swojej pracy miałeś w Teatrze Polskim fantastyczny
benefis, nie przebijesz go. Nigdy wcześniej nie słyszałeś tylu aplauzów, nie
widziałeś morza kwiatów, którymi cię obsypano…". Odpowiadał wówczas: "Słuchaj,
ale to jest Belweder…". Zaczęliśmy więc kompletować skład, kogo zaprosić na
ten benefis. Ten Belweder w jakimś sensie zobowiązywał go też, by wziąć udział w
delegacji do Katynia, na którą zaprosił go w oficjalnym piśmie minister
Władysław Stasiak, szef Kancelarii Prezydenta RP.
Ma Pani swojego pełnomocnika, który reprezentuje Panią w kwestiach
dotyczących śledztwa?
– Miałam do niedawna adwokata, któremu dałam pełnomocnictwo do załatwiania
wszelkich spraw związanych z katastrofą. Mieszka niedaleko mnie. Po katastrofie
od razu przyszedł do mnie z żoną i zobowiązał się do pomocy. Rzeczywiście
wszystkim bardzo się zajął. Niestety, ostatnio nie mogliśmy się porozumieć.
Zdenerwował mnie tym, że namówił mnie na wywiad dla dziennikarki "Polityki".
Zapewniał, że ten wywiad będzie z korzyścią dla mnie. Później w tym piśmie
pojawił się materiał, którego nigdy bym nie autoryzowała. Rozstałam się więc z
moim mecenasem. Była u mnie jakiś czas temu pani Zofia Wileńska z Ministerstwa
Kultury i Dziedzictwa Narodowego, która zapewniała, że skontaktuje się ze mną
jakiś pełnomocnik, ale nikt się do mnie nie zgłosił. Zostałam więc sama, bez
adwokata.
Ile razy była Pani przesłuchiwana w sprawie katastrofy?
– Byłam na początku na zebraniu prokuratorów z rodzinami ofiar. Pamiętam, że
podeszła wtedy do mnie dziennikarka z TVN, prosząc o wywiad, oczywiście
odmówiłam jej. Przesłuchiwana jednak ani razu nie byłam, tak zadecydował
wspomniany mecenas, który jeszcze wtedy mi pomagał. W prokuraturze był mój syn.
Nie wiem jednak, o co go pytano, nie znam się na tych procedurach. On sam też
nie pamięta. Wiem, że były to standardowe pytania, które zadawano wszystkim.
Czy, według Pani, polski rząd dołożył wszelkich starań, by przyczyna
katastrofy Tu-154M została należycie wyjaśniona? Nie dziwi Pani fakt, że już w
pierwszych godzinach po katastrofie pod Smoleńskiem zrzucano winę na polskich
pilotów?
– Uważam, że strona polska w ogóle nie stara się dojść do prawdy. Zrzucanie winy
na zmarłych pilotów jest czymś potwornym. Podobnie jak wiele rodzin ofiar
twierdzę, że nie jest możliwe, by tutaj zawinił błąd pilota. Nie do pojęcia jest
dla mnie fakt, że panowie Tusk i Komorowski oddali śledztwo Rosjanom. Nie mogę
też pojąć, jak można było już na samym początku śledztwa wykluczyć możliwość
zamachu.
Co sądzi Pani o fakcie, że Edmund Klich, polski akredytowany przy rosyjskim
Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym, wyjechał już z Moskwy, a zajął się teraz z
rozmachem promocją swojej najnowszej książki o systemowych teoriach katastrof
lotniczych? Planuje nawet dopisanie rozdziału o katastrofie smoleńskiej…
– Informacje o śledztwie docierają do mnie tylko śladowe, i to jedynie poprzez
media. Słyszałam za to o promowaniu przez Edmunda Klicha jego książki. To nie
tak powinno wyglądać. Od samego początku mam wrażenie, że robi się wszystko, by
tę narodową tragedię wyciszyć.
Ma Pani kontakt z rodzinami innych ofiar? Podejmowali Państwo wysiłki, aby
zwrócić uwagę na niepokojące aspekty dotyczące wyjaśniania przebiegu i przyczyn
katastrofy?
– Jestem jeszcze w tej chwili w strasznym stresie i nie mam sił, by udzielać się
medialnie. Nikt też z rodzin innych ofiar tak naprawdę nie zwrócił się do mnie.
Sama zwróciłam się do pani Barbary Stasiak. Jedynie z nią utrzymuję dziś
kontakt, bo osób z pozostałych rodzin po prostu nie znam. Uważam jednak, że
zarówno Stowarzyszenie Katyń 2010, jak i Zespół Parlamentarny ds. Wyjaśnienia
Katastrofy Smoleńskiej mają absolutną rację, że domagają się wyjaśnienia
przyczyn katastrofy.
Modliła się Pani przy krzyżu na Krakowskim Przedmieściu? Jak odebrała Pani
akcję usunięcia krzyża?
– Nie czułam się na siłach, by chodzić przed krzyż. Zabolało mnie jego
usunięcie, bo to było dla rodzin ofiar i rzeszy Polaków ważne miejsce i ważny
symbol. Sposób, w jaki go usunięto, jak również wcześniejsze potajemne wieszanie
tablicy na Pałacu Prezydenckim było czynem niegodnym. Nie rozumiem, dlaczego
krzyż nie mógł stać na Krakowskim Przedmieściu.
Czy – Pani zdaniem – przed Pałacem Prezydenckim powinna się znaleźć godna
forma upamiętnienia ofiar katastrofy smoleńskiej?
– Na Krakowskim Przedmieściu powinien znaleźć się bardzo ładny pomnik. Osobiście
nie podoba mi się projekt obelisku z dłońmi, o którym mowa była w telewizji.
Proponuję, żeby do jego wykonania zaangażowano artystę Andrzeja Renesa, który ma
w dorobku bardzo piękne pomniki. Sama zleciłam mu wykonanie pomnika dla mojego
Męża na Powązkach. Uważam, że mój Mąż zasłużył na piękny nagrobek, dlatego
pomimo znacznych kosztów (67 tys. zł) zdecydowałam się mu go wystawić. Wsparło
mnie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które przeznaczyło na ten
cel 30 tys. złotych. Dostałam również 6,5 tys. zł od Szwadronu Kawalerii im. II
Pułku Szwoleżerów Rokitiańskich z powiatu starogardzkiego, za co im serdecznie
dziękuję.
Dostała Pani zaproszenie na pielgrzymkę samolotową do Smoleńska, na 10
października? Będzie Pani w niej uczestniczyć?
– Dostałam zaproszenie na pielgrzymkę do Smoleńska, dzwoniono do mnie też z
MKiDN. Nie wezmę jednak w niej udziału. Nie rozumiem, jak można organizować taką
pielgrzymkę, skoro na miejscu katastrofy znajdowane są jeszcze szczątki ludzkie.
Przecież to straszne! Poza tym pojawia się tu także kwestia wspomnianego krzyża
z Krakowskiego Przedmieścia. Sama jestem osobą bardzo wierzącą i krzyż ma dla
mnie szczególne znaczenie, ale wykorzystywanie go do celów politycznych przez
rządzących przy okazji pielgrzymki jest dla mnie nie do przyjęcia. Wolę pojechać
do Zakopanego, gdzie 10 października o godz. 10.00 w kościele św. Antoniego u
Ojców Bernardynów, gdzie braliśmy z Januszem ślub, zostanie odprawiona za niego
Msza Święta.
Dziękuję za rozmowę.
