W świetle odejścia Kustosza polskiej Fatimy

Pierwszosobotnie rozważanie o tajemnicy śmierci

Nadeszła kolejna pierwsza sobota. Pierwsza bez niego – bez ks. Mirosława Drozdka, zakopiańskiego Kustosza. W miniony piątek o świcie przeszedł on do innej klasy w szkole Maryi i siedzi już w ławce niebieskiej. My jeszcze uczymy się maryjnego abecadła. I żal nam, że nie ma wśród nas tego prymusa, który umiał wytłumaczyć to, czego nie byliśmy w stanie pojąć. Zostało puste miejsce…

Czasem jak przez matową szybę widzimy tamto święte zgromadzenie, a gdy w pierwsze soboty dociera do nas głos Matki Najświętszej, słyszymy, jak opowiada Ona święte historie swym zasłuchanym uczniom. Siostra Łucja, Jan Paweł II, Anatol Kaszczuk, Ksiądz Kustosz… Nas tam nie ma. Za mało jeszcze wiemy, za mało egzaminów zdaliśmy, jeszcze za mało jest w nas miłości. Wciąż jesteśmy w ziemskiej klasie. Ci, którzy tutaj są najbliżej Niej, to zwykle, według kryteriów tego świata, uczniowie z „oślich ławek” – najprostsi, nieuczeni, bez zdanych celująco testów, wyśmiewani przez innych. Ale to oni są najbliżej Serca Matki. Garną się do Niej w Jej sanktuariach, z pokorą ściskają w dłoniach stare modlitewniki, bo sami nie umieją „pięknie” rozmawiać z Matką. Ich znakiem rozpoznawczym jest wytarty różaniec. Nie umieją mówić, ale potrafią zatrzymywać w oczach to światło od Boga, które jest w Niej. Są blisko, w kręgu Jej ciepła i jasności.
W pierwszej ławce klęczał wśród nich ze swym różańcem Ksiądz Kustosz. Przed szereg wypchnęły go miłość i gorliwość zdolne pokonać wszystko. Patrzono na niego jak na szaleńca, człowieka nieobliczalnego, fanatyka. Nie dbał o to, jaką etykietkę mu się przyczepia. Żył wpatrzony w Maryję. Uczyliśmy się od niego, jak się uczyć w tej szkole. Często „ściągaliśmy” od niego zadania domowe, a on zawsze dawał, zawsze pomagał. Teraz to miejsce jest puste. Najbardziej czuje się to, gdy nadchodzi pierwsza sobota…

Odszedł największy apostoł nabożeństwa pierwszych sobót. Jak największy? Największy nie tylko na ziemi rodzinnej, ale na całej ziemi! Pukał do drzwi Ojca Świętego z petycjami, z dokumentacją, prosząc o spełnienie prośby Matki Bożej Fatimskiej i o zatwierdzenie tego nabożeństwa dla całego Kościoła. Apelował na każdy sposób: do Papieża, biskupów, stróżów sanktuarium w Fatimie, kapłanów, świeckich. W ostatnich pisanych refleksjach zanotował: „Myślałem inaczej niż pozostali: byle więcej reklamy, materiałów – by dotrzeć do ludzi! Miliony ulotek, folderów i biuletynów. W osiemdziesięciu procentach gratis. Ale to Ona jakoś czuwała nad tą „rabunkową gospodarką”. Tak było we wszystkim i ze wszystkim. I tylko Ona to rozumie i chyba przyjmuje”.
Propagował nabożeństwo pierwszych sobót i żył tym nabożeństwem na co dzień – nie tylko w soboty. Wynagradzał Niepokalanemu Sercu Maryi wszystkim, co czynił. Każda minuta jego życia była dla Niej: „Za Niepokalane Serce Maryi i za Ojca Świętego!”.
To nasza pierwsza sobota bez niego. Nie można już chwycić za telefon, by zapytać go o radę, poprosić o wskazówki. Nie usłyszymy już jego głosu mówiącego z przekonaniem, a każde zdanie zaczynało się od „trzeba”. Nie będzie już tekstów podpisanych jego nazwiskiem. On nie prowadzi nas już za rękę. Wyzwolił dłoń z naszego uścisku i ruszył sam. Wyprzedził nas w drodze. On już odprawia to nabożeństwo na kolanach Matki, wsłuchany w Jej różańcowe opowieści… Może, gdy dziś otworzymy swe serca na Jej głos, usłyszymy to samo, o czym opowiada Ona w Niebie Księdzu Kustoszowi? Może są to słowa pociechy po jego konaniu? Może Matka Najświętsza ukazuje dziś jemu i nam, jak wiele dobra narodziło się z cierpienia?

Byłem z nim związany tak wiele lat. Zawsze byłem blisko niego, nawet gdy dzieliła nas duża odległość. Pracowaliśmy razem, byliśmy jednym sercem dla Jej Serca. Trudno teraz nie płakać, gdy serce zostało tak rozdarte…
Byłem przy nim w tym ostatnim roku, jak potrafiłem – bardziej niż kiedykolwiek wcześniej; choć rozmawialiśmy mniej, choć rzadziej się widzieliśmy. Gdy mówił w tych ostatnich tygodniach, mówił z jeszcze większym imperatywem. Temperatura jego słów aż parzyła serce. Mówił o misji zleconej nam w Fatimie, o wypełnieniu się na naszych oczach obietnic, bo „Bóg nie chce już dłużej czekać, sam wypełni obietnice Fatimy”.
Mówił o owocach, których nie doczekał: „Święty Maksymilian Kolbe nie doczekał owoców swojej pracy. Ja też nie doczekałem”. A ja mówiłem mu o wizji Barbary Kloss, że wszystko dopiero przed nami, że to prawda – sanktuarium nie jest jeszcze tym owocem jego życia, który zaplanowała Maryja. Że Bóg da coś więcej.
Dobrze pamiętam tamtą wizję… Było to niedługo po zakończeniu wojny rozpętanej przez Adolfa Hitlera. Pewnego dnia Barbara Kloss, polska mistyczka, której Maryja dyktowała pierwszosobotnie rozważania, jechała góralską bryczką z Zakopanego do Kościeliska. Schorowana i obolała wydawała się drzemać. Nagle poruszyła się i zdecydowanym głosem zażądała, by zatrzymano powóz. Jadący z nią rozejrzeli się zaciekawieni. Cóż takiego szczególnego dostrzegła Barbara Kloss? Miejsce było takie, jakich wiele w tych okolicach. Kilka góralskich chat, niewielki las na łagodnym wzgórzu. Wprawdzie po lewej piętrzył się ku niebu dumny Giewont, ale oczy Barbary spoglądały pełne zachwytu w przeciwną stronę – ku świerkom rosnącym na przydrożnym pagórku. Wtedy usłyszeli: „Widzę wielki ogień bijący w niebo. Tu będzie stał kiedyś kościół, z którego sława Matki Bożej rozejdzie się na cały świat”. Gdzie jest to „miejsce ognia”? Barbara Kloss zatrzymała powóz tam, gdzie dziś znajduje się sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej…
Ale wierzę za Księdzem Kustoszem, że sława tego sanktuarium jest jeszcze przed nami. Że nadejdzie czas, kiedy Matka Najświętsza zrodzi w nim niezwykłe owoce. Jakie? Mogę tylko przeczuwać…

Ksiądz Kustosz mówił, że jego umieranie nie było łatwe. Bo śmierć to trudna godzina… Nawet Chrystus, umierając, wołał: „Dlaczego Mnie opuściłeś, Boże!”. Nawet w Jego duszy był mrok. Umierał w opuszczeniu, w zwątpieniu. Ale miał przy sobie Matkę. Gdy konał, widział wpatrzone w siebie oczy Maryi. I Jej postać. Widział bramę do Nieba! I zdążył jeszcze dać nam te wrota do wieczności. Polecił stanąć swej Matce przy śmierci każdego swego ucznia…
Kiedy mówiłem Księdzu Kustoszowi, że już nie czas myśleć o tym, co po tej stronie, że trzeba patrzeć tam, że wreszcie spełni się jego marzenie i Matka Najświętsza przyjdzie do niego z naręczem łask, by wprowadzić go do wieczności, powiedział zbolałym głosem: „Nie ma pewności. Jest tylko nadzieja”. Ten ból w głosie nie był cierpieniem fizycznym; tam był obecny ból ducha, jakaś ciemność, rozterka, pustka. Nawet u niego… Wiem, Kościół nazywa to „nocą ducha” – ostatnim oczyszczeniem przed łaską zjednoczenia.
Zrozumiałem, że słusznie Kościół każe nam bać się śmierci. Pojąłem, jak bardzo potrzebna jest w takiej chwili pomoc Matki. I jak głęboki sens ma nasze wołanie powtarzane w życiu nieskończoną ilość razy: „Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej”. Jeśli on nie był pewny niczego w obliczu śmierci, co dopiero my! On wiedział, że umieranie jest wchodzeniem w noc, gdzie jesteśmy już tak bardzo bezradni i niepewni.
Jak wygląda śmierć? Ludzie przedstawiają ją sobie jako mroczną postać z kosą albo jako budzącego strach kościotrupa. Tymczasem to tylko połowa prawdy. Nie ma bowiem jednej śmierci. Są dwie! Albo przychodzi po nas ktoś z ciemności piekła, by zaprowadzić nas tam, gdzie wszystko traci już sens, albo przychodzi osoba utkana ze światła, które jest Bogiem, by zabrać nas do Nieba. Śmierć grzeszników jest przerażająca, śmierć świętych radosna. Szatan budzi przerażenie, Maryja budzi radość!
Kto przyszedł po Kustosza Drozdka? Ta, która obiecała być w godzinę śmierci przy odprawiających nabożeństwo pierwszych sobót!
Wiem, że była wtedy o brzasku dnia w Zakopanem, że to Ona była jego Umieraniem i Przewodniczką. Śmierć Księdza Kustosza miała na imię Maryja. To śmierć najpiękniejsza!
Pamiętam jego uśmiech, jego ciszę, dziwne światło, jakie w ostatnim tchnieniu rzeźbiło jego ukochaną twarz. To ślad, który nam pozostawiła jego Fatimska Matka.

Nie mogło być inaczej. Pisał: „Od młodości była w moim życiu, dawała tyle dowodów pamięci i miłości. Trudno byłoby zwątpić, że na tym etapie mogłoby Jej zabraknąć (…). Radością jest to, że tyle lat było nam dane być przy źródle i przy ogniu. Czuliśmy się i czujemy się bezpieczni, choć burze nas nie oszczędziły. Jakże winniśmy być wdzięczni Matce Bożej i Janowi Pawłowi II, że przygarnęli nas, zagarnęli w sieci i daliśmy się dobrowolnie złowić! I nie wypadliśmy z sieci!”. Także w tej najważniejszej godzinie, gdy niebieska ręka wyciągała tę sieć z wody czasu, by położyć ją na brzegu Nieba.
Każdy list zaczynał od „Maria semper vincit” – „Maryja zawsze zwycięża”… Tak – zwycięsko – skończyło się jego życie. Maryja go nie zawiodła. Była jego Śmiercią…
A teraz wy wszyscy, którzy odprawiacie nabożeństwo pierwszych sobót, posłuchajcie szeptu Maryi, która w ciszy waszych serc mówi o prawdzie ludzkiego umierania, która opowiada o krzyżu i o nadziei, która zapewnia, że dla czcicieli Jej Niepokalanego Serca Niebo stanęło już otworem!

Wincenty Łaszewski
w imieniu Sekretariatu Fatimskiego przy sanktuarium w Zakopanem

drukuj