Przypatrzmy się naszemu powołaniu!

Homilia księdza biskupa Edwarda Dajczaka wygłoszona 27 maja 2007 r. podczas 60. pielgrzymki mężczyzn i młodzieńców do sanktuarium Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej w Piekarach Śląskich

Drodzy Bracia,

przecież po to tu przyszliśmy. Przyszliśmy po to, żeby się przypatrzeć powołaniu. Właściwie zawsze po to tu przychodziliście, tylko sytuacje, w których tu byliście, ciągle się zmieniały. Widziałem to wyraźnie, gdy przeglądałem wiele kazań wygłaszanych tu od czasu II wojny światowej. Stawaliście tutaj Wy, ojcowie, dziadowie, kiedy mówiono, że już nie ma albo wkrótce nie będzie Kościoła, nie będzie Ewangelii – i powtarzaliście z uporem twardego, mądrego, śląskiego ludu: „Szczęść Boże”, a echo było słyszane nawet nad Bałtykiem. Chwała Wam za to!

Zmienił się czas, bardzo się zmienił, został problem – odkryć swoje powołanie. Niezwykle charyzmatycznie, jak zawsze, odczytał to Sługa Boży Jan Paweł II, kiedy stanął na czele Kościoła, kiedy Jezus mu powierzył tę posługę, i w pierwszym dokumencie napisał, że trzeba się spotkać z miłością, trzeba się spotkać z Bogiem, bo inaczej nie wie się, kim się jest.

Przed przyjazdem tutaj w przedmaturalnej klasie męskiej zadałem dwa pytania. Pierwsze: „W jakim świecie chcielibyście żyć?”. Pięknie go opisali: sprawiedliwy, mądrze i uczciwie rządzony; wymieniali jeszcze te wszystkie wspaniałe cechy, które są wpisane w nasze ludzkie serca. Ale zadałem im drugie pytanie: „Kim jesteście?” – i wówczas mieli kłopoty z odpowiedzią. Bez tej drugiej odpowiedzi nie będzie tamtego „pierwszego” świata: sprawiedliwego, prawego, uczciwego.


Być mężczyzną


Jeszcze raz wróćmy do myśli Jana Pawła II. W 1991 roku, a następnie w 1997 roku mocno i bardzo wyraźnie, jakby chciał nam wszystkim dobrze to utrwalić, powiedział Kościołowi w Polsce: „Nasze polskie znaki czasu uległy wyraźnemu przesunięciu (…). W poprzednim układzie(…)Kościół stwarzał jakby przestrzeń, w której człowiek i Naród mógł bronić swoich praw (…). W tej chwili(…)człowiek musi znaleźć w Kościele przestrzeń do obrony poniekąd przed samym sobą: przed złym użyciem swej wolności, przed zmarnowaniem wielkiej historycznej szansy dla Narodu”. Więc trzeba być dzisiaj w Piekarach trochę inaczej. By siebie odzyskać, pewnie trzeba zgiąć kolana przed konfesjonałem, przed Bogiem i powiedzieć: „Przepraszam”. Może trzeba w tej wielkiej rzeszy ludzi znaleźć sobie miejsce na chwilę ciszy, sam na sam z Bogiem – to jest możliwe. W Niedzielę Miłosierdzia byłem na pielgrzymce z maturzystami diecezji zielonogórsko-gorzowskiej i powiedziałem im: „Słuchajcie, w tym tłumie ludzi trzeba znaleźć takie miejsce, taki moment, kiedy powiesz Bogu, tam, w środku swojego serca, gdzie cię nikt nie zdoła sprawdzić, powiesz coś najważniejszego, bo głównie po to tu przyszedłeś”. Jeden z młodych chłopców na zakończenie pielgrzymki podszedł do mnie i po młodzieńczemu powiedział: „Księże biskupie, to działa!”. Zapytałem: „Co?”. „To, co ksiądz biskup mówił. Poszedłem przed obraz Matki Bożej, potem gdzieś w kącie sobie uklęknąłem z kolegami”. Zamilkł na chwilę i powiedział: „Wie ksiądz, jeszcze nigdy tak Boga nie spotkałem”. Myślę, że to również musi się stać dzisiaj w Piekarach, w moim i Twoim sercu, jeżeli to ma być odkrywanie powołania.

Stworzył nas Bóg jako mężczyznę i kobietę. Dzisiaj jesteśmy na pielgrzymce tych, którzy mówią o sobie „mężczyzna”. Chcę w kontekście stworzenia odwołać się do ważnych słów Ojca Świętego Benedykta XVI, który powiedział: „Nie jesteśmy przypadkowym i pozbawionym znaczenia produktem ewolucji. Każdy z nas jest owocem zamysłu Bożego”. Świat chciałby nas trochę zredukować i sprowadzić do materiału ludzkiego. Jeszcze nie wiemy, czym to się skończy. Wiemy, że trzeba takich miejsc jak Piekary bronić i takich pielgrzymek jak Wasza – takich świętych miejsc, świętych czasów – bo inaczej życie stanie się zoologią, niczym więcej. Mężczyzna to dużo więcej niż zoologia, mężczyzna to mocny, mocny Duchem człowiek. Mówi się, że mamy dzisiaj deficyt mocnych ludzi – prawdziwych mężczyzn. A my jesteśmy powołani to tego, by takimi mężczyznami być.

Świat Ducha jest światem przedziwnym. Kiedy przychodzi Bóg, trudno przewidzieć wszystko, co się stanie. Świat ludzi, w którym my jesteśmy, jest nie mniej złożony i w przeciwieństwie do tamtego nie wie, dokąd zmierza. Trzeba ludzi zdolnych do ryzyka, do zmian, do podjęcia wyzwań, do takiej mocnej ekspansji dobra, do odwagi. Bracia! Mężczyzn potrzeba! Właśnie przyszliśmy tu po to, by się jeszcze bardziej nimi stać.

Przypomnijmy sobie z Biblii wspaniałych mężczyzn: Mojżesz, wcześniej Abraham, Eliasz, Dawid, Piotr, Paweł – to były lwy, bardzo mocni ludzie. Bóg powiedział i zrobili! Nikt ich nie był w stanie zatrzymać. Powiedziałem na początku, że tu, w Piekarach, zawsze pojawiały się dobre znamiona męskości. Było tak przez całe dziesiątki minionych lat i trzeba zrobić wszystko, żeby tak było dalej, drodzy Bracia!

Jezus, Syn Boga – Ten, który przyszedł na ziemię i stał się Człowiekiem, mógł to uczynić, bo Maryja, którą tu czcimy, pozwoliła Duchowi Świętemu, by sprawił to, co Bóg chciał. Jedyny wzór człowieka dany nam przez Boga – Chrystus, nie przyszedł, żeby nas oswajać ze słodką przeciętnością i w sposób niewłaściwy dla mężczyzn ułagadzać. Sam był odważny, przekraczał granice i mówił „nie”, kiedy to należało powiedzieć. Jego życie w Dziejach Apostolskich zostało jednak określone bardzo jednoznacznie: „Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On, dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła (Dz 10, 38)”. Trzeba nam dzisiaj, w tym nowym czasie naszych dziejów, pozostać w tym samym stylu życia Jezusa.

Dzisiejsza Ewangelia Zesłania Ducha Świętego daje nam klucz do tego, byśmy tu, w Piekarach, odkryli głębiej swoje męskie powołanie. Trzeba nam tutaj spotkać Jezusa. Jezus stanął między nami i przez swoje słowo powiedział nam: „Pokój wam!”, „Weźmijcie Ducha!”

Co się z człowiekiem może stać, gdy przyjmie Ducha? Pozwólcie, że się odwołam do niezwykłego doświadczenia: moi uczniowie stali się małżonkami. On był zaangażowany w wiele działań młodzieżowych i powoli dorastał jako mężczyzna, wydawało się, że wyrósł człowiek Chrystusa. A potem zaczął się czas przemian ustrojowych. Inteligentny, bystry, sprawny, rozpoczął tak zwany własny biznes. Widziałem, jak nieustannie biega. Zatrzymałem go kiedyś i powiedziałem: „Ty masz czas dla Jezusa?”. Spuścił głowę i powiedział: „Nie zawsze”. I wtedy mu powiedziałem: „Uważaj, kolejny etap jest taki, że nie będziesz miał czasu dla swoich; dla żony i dzieci. Uważaj!”. Nie zatrzymał się. Półtora roku po tym wydarzeniu był tragiczny telefon jego matki informujący mnie, że złożyli do sądu pozew o rozwód. Chwyciłem za telefon, ale nie można się było z nimi porozumieć. Poszedłem do kaplicy i w mojej ludzkiej bezradności przyszło natchnienie: dobry ksiądz, gdy choruje ktoś z jego parafian, bierze Najświętszy Sakrament i idzie do niego. Więc to zrobiłem – wziąłem Najświętszy Sakrament, wsiadłem do auta i kilkadziesiąt kilometrów od Gorzowa, około godziny 22.00 wszedłem do ich domu i powiedziałem: „Nie macie czasu dla Jezusa, to wam Go przywiozłem na całą noc”. Cisza trwała gdzieś do czwartej nad ranem, a około czwartej on pierwszy zaczął płakać, a ja wówczas powiedziałem Jezusowi: „Jezu, jak mężczyzna płacze, to jest jeszcze ratunek”. Kilka tygodni później był telefon: „Wycofaliśmy pozew o rozwód. Jezus leczy nasze serca, naszą miłość i wygrywa”.

To jest ten nowy czas. Nowy czas, w którym trzeba, by do każdego człowieka, bardzo osobiście i w głąb serca, trafił Chrystus z Jego przesłaniem, by przejść przez życie, czyniąc dobrze. Jest nam to bardzo potrzebne, bo ciągle są nam potrzebne reformy społeczne – w innym systemie niż dawniej – ale nie mniej pilnie. Ale żeby one mogły się udać, potrzeba sporej ilości przynajmniej przyzwoitych ludzi, a ci nie biorą się znikąd. Tacy muszą pośród nas dorosnąć.

Tylko ludzie, którzy wiedzą, kim są, są w stanie przekroczyć granicę istotną w każdej służbie społecznej – granicę swojego egoistycznego „ja” – i wybrać „ty” – drugiego człowieka. Tam, gdzie „ty” ma pierwszeństwo przed „ja”, tam rodzi się społeczność. Tak musi być w rodzinie, w tym szczególnym powołaniu mężczyzny – ojca, gdzie w centrum jego życia jest żona i dzieci. By być nim, musi on przekroczyć granicę „ja”, a do tego trzeba mieć siłę i wy o tym dobrze wiecie. Trzeba więc pozwolić, by dzisiaj Chrystus doszedł do głębi naszego serca, a później dzielmy się Nim. Pokażę, że to jest możliwe, jeszcze jednym świadectwem: spotykam ludzi w takim przedziwnym miejscu, które się nazywa Woodstock. W niezwykłej mieszaninie poglądów i postaw młodych ludzi, spotyka się często takich, którzy nie wiedzą, kim są, a Bóg przez innych młodych ludzi dokonuje rzeczy niezwykłych. W minionym roku młody mężczyzna w sposób niezwykle prosty pomógł młodej dziewczynie odczytać podstawową prawdę wiary: człowieku, jesteś ważny dla Boga!

Młodzi świadkowie wiary mieli na koszulkach wypisane hasło: „Jesteś ważny w oczach Boga”. Jedna z dziewcząt powiedziała: „W niczyich oczach nigdy nie byłam ważna. Miałam biologicznie tatę i mamę, ale również dla nich nie byłam ważna. Przyjechałam tu z chłopakiem, ale on traktuje mnie jak przedmiot. Zastanawiałam się, co to znaczy być ważnym, i kiedy zobaczyłam tego młodego chłopaka, który miał dobre oczy, odważyłam się o to zapytać. Więc podeszłam do niego i wskazując napis, zapytałam: „Co to znaczy?”. Patrzył na mnie przez chwilę i nie wiem, czy się zastanawiał, czy modlił. Potem podszedł do mnie i mnie przytulił”. Mówiła dalej: „Wie ksiądz biskup, po raz pierwszy przytulił mnie ktoś i wiedziałam, że oprócz tego, że chce mi coś podarować, niczego ode mnie nie chce”. A potem się cofnął i powiedział: „Widzisz, to jest tak, tylko Bóg to robi nieskończenie piękniej”. Gdyby sam wcześniej tego nie doświadczył, nie byłby takim mężczyzną, takim człowiekiem, takim świadkiem Bożej Ewangelii.

Miłość i ofiara


Drodzy Bracia, dzisiaj usłyszeliśmy w pierwszym czytaniu, że kiedy Duch Święty ogarnął apostołów, ludzie zaczęli się porozumiewać, rozumieli swój język, rozumieli siebie. W tym porozbijanym na różne grupy, jak w nowym podziale dzielnicowym, naszym kraju, trzeba by odnaleźć na nowo język Ducha. Jan Paweł II nam mówił, że solidarność to sposób bycia, to jeden i drugi razem, to miłość i życie dla drugich. Dzisiaj tu, w Piekarach, toczy się zmaganie o człowieka, o mnie – człowieka – o moje ludzkie i męskie powołanie. Patrzcie, to na tej ziemi byli ludzie z „Wujka”. Ja ciągle myślę o tych, którzy wyszli naprzeciwko tamtych zabójców i się nie cofnęli. Co mogliśmy tam zrobić? Krzyż postawić, żeby ofiara przynosiła owoce, bo tylko w Jezusowym Krzyżu widać jakiś sens miłości ofiarnej i w Nim wydaje ona owoce. Każda miłość ma znamiona ofiary – czasem aż takiej, ale teraz ofiary krwi nie potrzeba, ale pilnie potrzebni są świadkowie takiego życia, bo tylko wtedy rodzi się nowy człowiek, rodzi się życie, również to społeczne.

Jesteśmy na Eucharystii. Zauważyliście, że końcowa część życia na ziemi Jana Pawła II to ciągłe mówienie o Chrystusie w Eucharystii? Kiedy w ostatnim Liście na Wielki Czwartek napisał do księży, że nie można odmówić słów konsekracji, które również za chwilę wypowiemy pod przewodnictwem kardynała Franciszka Macharskiego: „Bierzcie i jedzcie”, bez przyjęcia ich za swoje. Każdy z Was musi powtórzyć w sercu Bogu i swoim bliskim, których kochacie, Śląskowi, Polsce i Kościołowi – powtórzyć za Jezusem: „Bierz, daję życie! Nie chcę go tylko dla siebie”. Ojciec Święty Benedykt XVI powiedział nam bardzo wyraźnie, że to właśnie na Eucharystii rodzi się człowiek zdolny żyć dla innych.

Drodzy Bracia, został nam dany święty czas. Więc właśnie w tym klimacie pełnym Boga i Maryi przypatrujmy się powołaniu naszemu. Przypatrzmy się temu, do czego nas Bóg wzywa. Nikt nie może bez pomocy Ducha powiedzieć: „Panem jest Jezus”, nikt nie może zgiąć przed Nim kolan, ale również musimy pamiętać, że Duch się objawia dla wspólnego dobra.

Kiedy rozpoczynała się wojna czeczeńska, w naszej telewizji została pokazana scena, w której dwoje młodych ludzi z dzieckiem usiłowało wybiec z pola ostrzału. A kiedy to się nie udało, a ostrzał jeszcze się wzmagał, mężczyzna upadł na ziemię i swoim ciałem przykrył ich dziecko. Prawdziwy mężczyzna i ojciec!

Drodzy Bracia, chcę Was prosić, bardzo prosić, byście pozwolili wprowadzić się w miłość największą, w Krzyż Chrystusa, w Eucharystię, w której Jezus pochyla się, żeby znowu umyć nam nogi i rozdać się w Komunii. Byście patrząc w swoje serca, patrząc Bogu w twarz, patrząc – po powrocie do domu – w oczy swoim bliskim, mogli powiedzieć: „Mężczyzna wrócił” – ojciec, brat, syn – wrócił mocniejszy, bardziej ludzki i bardziej Boży. Tacy jesteście potrzebni rodzinie, Śląskowi, Polsce, Kościołowi, światu! I nigdy tego nie straćcie! Amen.


Śródtytuły pochodzą od redakcji.

drukuj