W stronę „religii humanistycznej”
W krzywym zwierciadle politycznej poprawności
Z profesorem filozofii Peterem Redpathem z St. John’s University w USA rozmawia Adam Kruczek
Amerykanie uchodzą za bardzo religijne społeczeństwo. Jaka jest ich religijność?
– Religijność amerykańska ukształtowana została pod wpływem protestantyzmu, który do dziś nadaje ton religijności w Ameryce. Dlatego ta religijność jest oparta nie tyle na intelekcie, jak to dzieje się w Kościele katolickim, ile na woli. To jest znamię religijności Amerykanów. W tym typie mentalności, w tej protestanckiej logice, definiowane są zresztą wszystkie religie w Stanach Zjednoczonych.
Nawet katolicyzm?
– Tak, on też jest nabudowany na woluntarystycznym, emocjonalnym podejściu do religii. W ten schemat religijności amerykańskiej są wpisane wszystkie religie. Zresztą nie tylko religie. Ciekawą rzeczą jest to, że również amerykańskie media odwołują się do tego schematu. Zresztą przesiąknięte są nim nie tylko media, ale też nośne społecznie dziedziny twórczości artystycznej, np. świat filmu ze słynną fabryką snów w Hollywood. To jest cały ogromny dział kultury z założenia operujący w sferach wolitywnych i emocjonalnych. Utarła się wręcz zbitka pojęciowa: gdzie wolność, tam kultura medialna. W tym paradygmacie znajduje się też religia. Uznaje się, iż jest ona domeną ludzkiej wolności, w związku z czym nie można do niej odnosić pojęcia prawdy. Amerykanie są przekonani, że w religii nie mamy do czynienia z prawdą.
To w co w takim razie wierzą?
– Każdy może wyznawać to, co mu się żywnie podoba, i nie wolno tego weryfikować czy kwestionować. Natomiast prawdy można poszukiwać w naukach ścisłych, np. fizyce, ale nie w religii czy kulturze.
W Ameryce trwa kampania wyborcza. Jak sfera religii oddziałuje na świat polityki? Czy kandydaci na prezydenta Stanów Zjednoczonych odwołują się do uczuć religijnych, świadomości religijnej Amerykanów?
– Tak, to standard, gdyż dla Amerykanów nie ulega wątpliwości, że źródłem moralności jest religia, a polityka uważana jest za sferę działań publicznych, ściśle związanych z moralnością. Problem polega na tym, że choć polityka czerpie wzorce moralne z religii, to nie wiadomo, z jakiej. Przyjmuje się, iż istnieje jakaś humanistyczna religia będąca podbudową życia społecznego.
Ale czy to religia wpływa na życie polityczne, czy może jest odwrotnie?
– Praktyka jest taka, że jeśli chce się zabrać głos w debacie politycznej, to trzeba zrezygnować z własnych przekonań religijnych, a publicznie wyznawać powszechnie akceptowany wzorzec religijności. Polityk musi więc przyznawać się do religijności, ale nie do jednego konkretnego źródła religijnego. Podstawą moralności polityka nie może być wiara głoszona np. przez Kościół katolicki, ewangelicki czy judaizm, bo to już może stać się przedmiotem krytyki. Jeśli polityk chce zrobić karierę, to musi zaakceptować tę tzw. humanistyczną religię. W gruncie rzeczy jest ona zsekularyzowanym protestantyzmem, który polega na tym, że w miejsce Boga podstawia się ludzkość, która przyjmuje wszystkie atrybuty boskie. Tak rozumianej religii naucza się w Stanach Zjednoczonych w różnych kościołach.
Ale z prawdziwą religią ma to niewiele wspólnego. Czy to jest amerykańska wersja poprawnej politycznie religii?
– Oczywiście tak. To jest właśnie political correctness.
Jaki jest wizerunek Benedykta XVI przedstawiony w poprawnych politycznie mediach?
– Benedykt XVI jest już cieplej przyjmowany przez Amerykanów. Uprzednio ośrodki liberalne, które mają największy wpływ na media, odnosiły się do niego z rezerwą. Na początku był przedstawiany jako ktoś groźny, „pancerny kardynał”. Jednak nie udało się upowszechnić tego stereotypu, gdyż okazało się, że te uprzedzenia nie miały żadnych podstaw. Dlatego jeszcze przed pielgrzymką nastąpiła znacząca zmiana na plus w odbiorze Benedykta XVI przez Amerykanów. Jednak trzeba zaznaczyć, iż Papież Benedykt XVI jest traktowany jako jeden z liderów religijnych związanych z chrześcijaństwem, co większości Amerykanów kojarzy się z protestantyzmem. Mentalność ukształtowana przez polityczną poprawność nie pozwala Amerykanom podejść do Ojca Świętego w innym wymiarze. Przez szeroko rozumiane społeczeństwo będzie rozpoznawany jako głosiciel ważnej religii, ale bez przesądzania o jej prawdziwości.
Ale Benedykt XVI nie dostosowuje się do tej konwencji…
– Papież może nauczać, że np. istnieją obiektywne zasady moralne, natura ludzka i prawda poza wymiarem nauk fizykalnych, ale to będzie traktowane jako nadużycie. Dla rzesz Amerykanów jest – niestety – oczywiste, iż wiara operuje jedynie w sferze uczuć i woli. Inna postawa i wypowiedzi będą przez media jeśli nie krytykowane, to przynajmniej omijane, opuszczane, ignorowane. Jeśli w Stanach Zjednoczonych chce się powiedzieć coś o prawdzie, to trzeba się mocno opierać na naukach fizykalnych. Wtedy to może zostać przyjęte, a nie odrzucone. Natomiast odwołując się do ludzkiej wolności, emocji, uczuć religijnych, można mówić o wszystkim, ale bez odwoływania się do pojęcia prawdy.
Czy to był również sposób odbioru przez Amerykanów nauczania Jana Pawła II?
– Każdy Papież i każda publiczna postać, przyjmując inną postawę wobec religii i związku między nauką a religią, narazi się w Stanach Zjednoczonych na krytykę. Jan Paweł II miał to „szczęście”, że przez znaczną część jego pontyfikatu istniało napięcie między kapitalizmem a komunizmem, co w dużej mierze pomagało mu dotrzeć do Amerykanów. Właśnie jego wpływ na osłabienie socjalizmu i komunizmu w wymiarze światowym pomógł mu znaleźć znaczące miejsce w mediach amerykańskich.
W jaki sposób ukształtował się w Ameryce kanon poglądów określanych jako poprawność polityczna?
– Szukając głębszych przyczyn, trzeba wskazać na rozwój myśli nowożytnej, która zrelatywizowała pojęcie prawdy. W ostatnich dziesiątkach lat na pewno jedną z przyczyn był zabieg na mentalności społecznej, polegający na zamianie poczucia sprawiedliwości na tolerancję bądź współczucie. W klasycznym podejściu do moralności jej podstawą są cnoty. W klasycznej etyce człowiek jest wyposażony w pewne sprawności kontrolowane przez rozum uznający je za rzecz dobrą. Podporządkowanie się rozumowi w wyborze tego dobra czyni nas ludźmi cnotliwymi. Kalwin i Luter, którzy odmawiali rozumowi tych pozytywnych właściwości, przestawili protestantyzm na inne tory. Dlatego moralność amerykańska – ukształtowana w duchu protestantyzmu – odnosi się do dobrych uczuć i pozytywnych emocji zamiast do uzasadnienia rozumowego. Jeśli zastąpimy w etyce rozum uczuciami – jak tego uczy protestantyzm – to osobą cnotliwą będzie ta, która posiada słuszne, właściwe uczucia, a nie poglądy czy działania. A zatem skoro nie potrafimy rozstrzygnąć, co jest prawdziwe i właściwe, musimy powstrzymać się od osądów, a odwoływać się do obszarów pozarozumowych, jakimi są tolerancja, współczucie itp.
Jak doszło do tak masowego upowszechnienia „poprawnej politycznie” mentalności?
– Całe społeczeństwo było wychowywane przez szkoły. Szkoły były w ogromnej większości protestanckie. Podstawą tej moralności nabytej była religia protestancka. A więc sama struktura edukacji jest przyczyną tego, że nieomal całe społeczeństwo może funkcjonować w tych kategoriach. Dopóki w USA nauczany był protestantyzm, a przy parafiach funkcjonowały szkoły parafialne, to z moralnością w Stanach Zjednoczonych nie było większych problemów. To się zmieniło, gdy protestantyzm został zsekularyzowany. Problem szkół protestanckich, które były fundamentem masowego wykształcenia w Ameryce, polega na tym, iż w Ameryce zostały one zeświecczone przez państwo. To państwo decyduje dziś o standardzie nauczania publicznego. Ten nowy standard dotyka również innych wyznań chrześcijańskich.
A szkoły katolickie?
– Położenie szkół katolickich jest, niestety, takie, że też musiały przyjąć pewien zestaw zasad zsekularyzowanego protestantyzmu. Zresztą w przeważającej większości szkoły wyższe w Stanach Zjednoczonych są szkołami zawodowymi, które przygotowują do wykonywania konkretnych zawodów. Dlatego praktyczne nauczanie humanistyki jest usunięte. Brak wykształcenia humanistycznego przekłada się na brak zrozumienia sytuacji, np. w polityce przez zwykłego obywatela, nawet jeśli ukończył on szkołę wyższą.
Widzi Pan jakieś rozwiązanie tego problemu?
– Nadzieje wiążę z nową technologią. Duży wzrost odnotowuje nauczanie przez internet. Szkoły publiczne coraz bardziej pogrążają się w chaosie, stąd coraz popularniejsze jest nauczanie w domu za pośrednictwem internetu. Powoli zaczyna być ono wiodące w Stanach Zjednoczonych. Jestem gorącym zwolennikiem tej formy edukacji. Ludzie, którzy już rozpoznają kryzysową sytuację w amerykańskiej oświacie, uciekają się do nauczania przez internet. Tam można nadrobić zaległości wykształcenia, ominąć problemy związane choćby z polityczną poprawnością. Amerykańskie doświadczenia w tej dziedzinie postaram się wykorzystać w ramach projektu internetowych studiów z zakresu kulturoznawstwa przygotowywanego przy mojej współpracy przez Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.
Dziękuję za rozmowę.
