W krzywym zwierciadle

Wielka mistyfikacja – sprawa ks. abp. Stanisława Wielgusa

Zachowane w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej materiały dotyczące TW „Jankowskiego” to 898 stron dokumentów i 80 klatek mikrofilmu. W jego teczce były pisane przez niego donosy oraz obszerne i szczegółowe raporty podpisane przez ks. Michała Czajkowskiego. Niczego takiego nie ma w liczącej niespełna 60 stron teczce przypisanej ks. Stanisławowi Wielgusowi. Zastanawia fakt, dlaczego z takim zapałem, z jakim potępiano tego ostatniego, broniono ks. Czajkowskiego. Ciekawy jest również fakt, że w obronie ks. Czajkowskiego stanęli niemal dokładnie ci sami ludzie, którzy za wszelką cenę dążyli do obciążenia winą ks. abp. Stanisława Wielgusa…

Gdy w maju 2006 roku „Życie Warszawy” piórem Tadeusza Witkowskiego obwieściło, że ks. prof. Michał Czajkowski był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL, zewsząd rozległy się głosy sprzeciwu. Ów biblista, nauczyciel akademicki, współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i asystent kościelny miesięcznika „Więzi” miał być agentem SB w latach 1960-1984 działającym pod pseudonimem „Jankowski”. Z artykułu opartego na dokumentacji IPN wynikało, że duchowny donosił m.in. na ks. Jerzego Popiełuszkę oraz metropolitę wrocławskiego ks. abp. Bolesława Kominka.

Ksiądz Czajkowski zaprzeczył. I choć dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN Jan Żaryn stwierdził, że nie ma żadnych wątpliwości, iż TW „Jankowski” to ks. Michał Czajkowski, w jego obronie wystąpiło wiele osób, zwłaszcza z kręgu tych, które nie tak dawno najgłośniej potępiały ks. abp. Stanisława Wielgusa. Przypomnijmy największych defensorów ks. Czajkowskiego: Jan Turnau z „Gazety Wyborczej”, ks. Adam Boniecki z „Tygodnika Powszechnego” czy Zbigniew Nosowski z „Więzi”, którego w styczniu br. rzecznik praw obywatelskich powołał do swojego „zespołu” badającego teczkę ks. Wielgusa…


Idol i jego obrońcy


Dzień po tym, jak „Życie Warszawy” ujawniło, że w świetle materiałów dostępnych w IPN ks. Czajkowski był agentem SB, na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” wziął go w obronę Jan Turnau. Przyjaciel ks. Czajkowskiego i komentator „Gazety Wyborczej” przekonywał: „W całym inspirowanym przez chrześcijaństwo świecie obowiązuje domniemanie niewinności. […] Wierzę w niewinność księdza Czajkowskiego”. Podobne zdanie wyraził ks. Adam Boniecki, redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”: „Póki rzecz nie jest udowodniona, nie jest to takie oczywiste”. Józefa Hennelowa, dziennikarka „Tygodnika Powszechnego”, mówiła z oburzeniem, że „to jest dzika lustracja”, a „dziennikarze nie mają prawa o tym pisać, zanim nie zapadnie werdykt sądu”. „Dla mnie wszystko to jest głęboko niewiarygodne. I nie przyjmuję tego do wiadomości” – stwierdziła Halina Bortnowska.

Profesor Piotr Mitzner z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego przekonywał w TVN 24, że sprawę oskarżeń duchownego postrzega raczej w kategoriach „nagonki i zemsty za działania ks. Czajkowskiego przeciw antysemityzmowi, nacjonalizmowi i Radiu Maryja”.

Sięgnięto również po argument, który mówił, iż tekst dr. Witkowskiego „jest ciosem w dialog polsko-żydowski i chrześcijańsko-żydowski”. Jerzy Kichler, były przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich, powiedział: „Dla mnie to człowiek szlachetny i wspaniały. Nawet jeżeli jest prawdą, że donosił, to i tak powinienem go bronić”. Stanisław Krajewski, współprzewodniczący ze strony żydowskiej Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów dodał: „Ja wierzę księdzu Czajkowskiemu”.

Niedługo po tym, jak na łamach „Życia Warszawy” pojawiły się informacje na temat współpracy ks. Michała Czajkowskiego ze Służbą Bezpieczeństwa, „Dziennik” zamieścił polemikę Jacka Żakowskiego, redaktora „Polityki”. Żakowski stwierdził, że osądzenie patriotycznej przeszłości kolejnego „autorytetu moralnego” odbyło się zbyt pochopnie, albowiem dziennikarze nie poznali jednoznacznych dowodów.

W obronę ks. Michała Czajkowskiego włączyła się również Katolicka Agencja Informacyjna. Marcin Przeciszewski, redaktor naczelny KAI, podkreślał, że to, iż ktoś posiada dossier w IPN, nie uprawnia do wniosku, że był agentem bezpieki, a sam fakt prowadzenia rozmów z SB przez 24 lata wcale nie musi oznaczać działalności agenturalnej. Przeciszewski wyraził obawę, że informacje o współpracy ks. Czajkowskiego z SB „mogą wywołać niepotrzebną sensację”.

Wkrótce jednak ujawniono treść zobowiązania o współpracy z UB podpisanego przez ks. Michała Czajkowskiego imieniem i nazwiskiem 13 lipca 1956 roku. Niedługo potem on sam przyznał się do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL…


Ofiara systemu


Po tym jak ks. Czajkowski przyznał się do winy, jego obrońcy z „Więzi”, „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego” na chwilę się schowali. Zaraz jednak znów pojawili się w mediach, próbując pokazać, „jak pięknie się przyznał”, i dowodzić, że być może przyznał się również do tego, czego nie zrobił.

Jakiejkolwiek krytyki ks. Czajkowskiego unikano na wszystkie możliwe sposoby. Wręcz przeciwnie. Senator Krzysztof Piesiewicz podkreślał, że „nie można oddzielać tych informacji od całego kontekstu historycznego czasów PRL”. Stwierdzając, że nie chce usprawiedliwiać tajnych współpracowników, którzy donosili na opozycję, tłumaczył, iż w jego ocenie nie było osoby „niezależnej mentalnie”, do której nie zapukałaby bezpieka, a ludzie wybierali różne drogi przetrwania totalitaryzmu komunistycznego. „Jest mi przykro, bo zdaję sobie sprawę, co musi przeżywać ksiądz Czajkowski” – powiedział dziennikarzom senator PO, dodając, że trzeba być bardzo ostrożnym w ferowaniu medialnych wyroków, osądzaniu i potępianiu. Warto przypomnieć, że w sprawie ks. abp. Wielgusa senator Piesiewicz wypowiadał się zupełnie inaczej…

Obrońców ks. Czajkowskiego wcale nie powściągał fakt, że zachowane w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej materiały dotyczące TW „Jankowskiego” to 898 stron dokumentów i 80 klatek mikrofilmu. Że w teczce były doniesienia „Jankowskiego”, pisane zarówno na maszynie, jak i odręcznie. Że obszerne i szczegółowe raporty podpisane były przez ks. Michała Czajkowskiego.

Nawet po tym, jak ks. Michał Czajkowski przyznał się do współpracy z SB, grupa 150 osób opublikowała list otwarty, w którym ogłoszono, że w ich ocenie, „ks. Czajkowski stał się ofiarą tamtego systemu i pozostaje nim do dziś”. Pod listem podpisali się m.in.: ks. Adam Boniecki, Halina Bortnowska, o. Ryszard Bosakowski OP, o. Tomasz Dostatni OP, Marek Edelman, Karol Karski, o. Marek Nowak OP, Janina Ochojska, Jerzy Osiatyński, Janusz Poniewierski, ks. Remigiusz Sobański, ks. Artur Sporniak, Adam Szostkiewicz, ks. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, Stefan Wilkanowicz…


Sprawa raportu


Raport dotyczący współpracy ks. Czajkowskiego z SB opracowali wkrótce jego najbliżsi współpracownicy z „Więzi”. Sprawę „badali”: dr hab. Andrzej Friszke, dr Anna Karoń-Ostrowska, Tomasz Wiścicki i Zbigniew Nosowski. W opublikowanym na łamach miesięcznika „Więź” raporcie jego autorzy stwierdzili: „Gdy postawiono tak poważne zarzuty, uznaliśmy, że aby mu pomóc, przede wszystkim musimy poznać prawdę. […] Część dziennikarzy – osoby, które nawet na oczy nie widziały dokumentów IPN – także z góry wiedziała lepiej, jaka jest prawda. Wyrażali to w tonie swych wypowiedzi, komentarzy, tytułów artykułów, zestawieniami fotografii, bezkrytycznym stuprocentowym zaufaniem do zapisków sporządzonych przez oficerów Służb Bezpieczeństwa”. W dalszej części stwierdzili: „Do sprawy dotyczącej naszego duszpasterza i przyjaciela postanowiliśmy zatem podejść w sposób zgodny z zasadami, do których się nieraz odwoływaliśmy: z troską o prawdę historyczną i poszanowanie godności człowieka; bez pochopnego potępienia, ale i bez bagatelizowania sprawy; w duchu pełnej prawdy o tamtych czasach – ze świadomością, że głównymi sprawcami tego zła są twórcy i organizatorzy systemu komunistycznego”.

Raport przygotowany przez redakcję „Więzi” nie był obiektywny. Nawet w najbardziej obciążających kwestiach autorzy próbowali zminimalizować lub usprawiedliwić winę ks. Czajkowskiego. Już na wstępie podkreślono, że „student Czajkowski stał się zapewne przedmiotem inwigilacji lub nawet gry operacyjnej, która miała dać materiał do szantażu”. Dalej czytamy: „W sierpniu 1960 roku esbecy posłużyli się wobec ks. Czajkowskiego szantażem na tle obyczajowym. Wedle dzisiejszej relacji ks. Czajkowskiego, to drobne wydarzenie, które stało się przedmiotem szantażu – na skutek groźby kompromitacji, jaką wmówił mu funkcjonariusz – urosło do rangi wiszącego nad nim „miecza Demoklesa” i stało się powodem jego uległości wobec SB”.

Autorzy nieprzypadkowo podkreślili, że „wśród raportów „Jankowskiego” zdarzały się charakterystyki jednoznacznie pozytywne”. „Część przekazanych wiadomości ks. Czajkowski mógł zatem uważać za niegroźne czy neutralne” – napisali. „Nie można wykluczyć, że do teczki „Jankowskiego” oficer prowadzący z jakichś powodów wkładał raporty sporządzone przez innego księdza współpracującego z resortem. Ponieważ raporty nie są podpisane i były sporządzone maszynowo, nie ma stuprocentowej pewności co do ich autorstwa” – stwierdzili. I dalej: „Można zaryzykować tezę, że „Jankowski” bardziej chronił w swoich raportach swoich świeckich przyjaciół niż duchownych. Być może subiektywnie miał poczucie, że pisze lub mówi o sprawach, które nie są tajemnicą, które były znane i omawiane w jego środowisku, które władze mogły zdobyć także na inne sposoby”.

Z publikacji „Więzi” jasno wynika, że raporty oficerów SB w wielu miejscach przedstawiają zdarzenia nieprawdziwe. Dlaczego w przypadku ks. Wielgusa raporty oficerów przedstawiać miały zdarzenia prawdziwe i tylko prawdziwe?

W tekście podkreślono, „że od 1975 roku przeprowadzał jedynie „niezobowiązujące” rozmowy z funkcjonariuszami, i to rzadkie”. Dlaczego w przypadku ks. Wielgusa nikt nawet nie dopuścił możliwości „niezobowiązujących rozmów”?

Pisząc o swoim „poszukiwaniu prawdy”, autorzy raportu ani jednym słowem jednak nie wspomnieli, że pierwszy prawdę o ks. Czajkowskim wydobył na światło dzienne dr Tadeusz Witkowski. W raporcie zabrakło nawet jednego słowa uznania dla jego pracy…

I jeszcze jedno. Jak stwierdzili autorzy, podstawą raportu były zeznania ks. Michała Czajkowskiego, a dopiero potem dokumenty. Na potrzeby raportu redaktorzy „Więzi” przeprowadzili wielogodzinne rozmowy z ks. Czajkowskim, a także z osobami, które pojawiają się w raportach. Skupili się nie tylko na weryfikacji dokumentów, ale również na weryfikacji „wybranych kluczowych wydarzeń, w tym tych faktów, których prawdziwość kwestionował ks. Michał Czajkowski”.

W swoim raporcie redaktorzy „Więzi” starali się pominąć najbardziej obciążające fakty lub tylko zdawkowo się do nich odnieść, a wszystkie czyny ks. Czajkowskiego, nawet najbardziej haniebne, o ile dało się je jakoś wytłumaczyć i usprawiedliwić, były tłumaczone i usprawiedliwiane. Nie tylko w raporcie, ale gdzie się tylko dało.

W Programie I Polskiego Radia publicystka „Więzi” Anna Karoń-Ostrowska, współautorka raportu, dowodziła, że „funkcjonariusze SB, rekrutując księdza Czajkowskiego, posługiwali się perfekcyjnie dopracowanym mechanizmem psychologicznym”. Stwierdziła, iż esbecy zastosowali wobec młodego ks. Czajkowskiego szantaż obyczajowy, według relacji duchownego wykreowany przez funkcjonariuszy. Jak podkreśliła, mogli też bez trudu wywołać u księdza przekonanie, że informując ich, działa dla dobra Kościoła. Nie omieszkała dodać, iż mimo donoszenia duchowny uczynił wiele dla Kościoła i ludzi…

Postawa ks. Czajkowskiego budziła wątpliwości od dawna. Ale właśnie dzięki temu, że ochoczo występując w liberalnych mediach w roli „głosu Kościoła”, głosił wrogie Kościołowi poglądy, był hołubiony przez dokładnie te same środowiska, które z takim zapałem rzuciły się do kamienowania ks. abp. Stanisława Wielgusa. Można powiedzieć, iż współpraca ks. Czajkowskiego z wrogimi Kościołowi środowiskami nie skończyła się nawet po roku 1989. Przecież jeszcze do ujawnienia dokumentów o swojej współpracy z SB był zawsze do dyspozycji antykatolickich mediów i w niezliczonych programach telewizyjnych zawsze omawiał sprawy Kościoła tylko z jednego punktu widzenia…

Sebastian Karczewski
drukuj