W drodze do Moskwy przepadł sygnet z orłem
Z Anną Wójtowicz, córką Wojciecha Seweryna, twórcy Pomnika
Katyńskiego w Chicago, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem, rozmawia
Piotr Czartoryski-Sziler.
Napotykają Państwo w Chicago problemy z upamiętnieniem ofiar katastrofy
smoleńskiej?
– Niestety tak. Mimo że 80 procent Polonii (z tego, co widać przy głosowaniach)
jest prawicowa i nigdy nie uwierzyłaby w wersję o pijanym generale, który
doprowadził do katastrofy, to jest też mniejszość, która znajduje się po tej
drugiej stronie. Są to ludzie, którzy przeszkadzają nam lub utrudniają
realizację określonych celów. Trudności, które napotykają rodziny smoleńskie w
Polsce, przenoszą się także do nas. Przykładem jest chociażby spór o tablicę
upamiętniającą mojego ojca, którą prezydent Tarnowa przywiózł do Chicago we
wrześniu. Byłam świadoma, że w Chicago jest mnóstwo ludzi, którzy byli przysłani
w czasach komunizmu, tak zwanych szpiegów. Przeszkadzali mojemu ojcu, kiedy
zmagał się z budową Pomnika Katyńskiego. Nie podobała im się idea upamiętnienia
ofiar Katynia i wszystkich poległych na Wschodzie.
Dlaczego, choć minął już prawie rok, nadal nie możecie jej oficjalnie
odsłonić?
– Już od września ubiegłego roku trwa o nią walka ze Związkiem Klubów Polskich,
na którego czele stoją ludzie, którym od tragedii smoleńskiej w jakiś sposób
zależy, by umniejszyć zasługi mojego ojca. Tak jak w przypadku generała Błasika
chciano go po śmierci ośmieszyć i podeptać jego honor, podobne ataki – w
mniejszym stopniu – kierowane są w stronę mojego ojca i dzieła jego życia, jakim
jest Pomnik Katyński. Nie udaje się to, bo nawet władze Chicago uhonorowały we
wrześniu 2011 roku mojego ojca nadaniem jego imienia części ulicy, która biegnie
przez dwa stany: Illinois i Wisconsin. Tak jak mój ojciec przez całe życie nie
milczał, tylko mówił prawdę o Katyniu, uświadamiając innych, także młodzież w
szkołach, i wytrwale budował swój pomnik, tak samo ja traktuję jako swoją misję
i obowiązek, by dbać o dobre imię tych wszystkich, którzy zginęli w katastrofie
smoleńskiej. To ciężka praca, bo jesteśmy jedyną rodziną smoleńską w Chicago.
Wracając do tablicy, nie możemy jej jak dotąd odsłonić przy Pomniku Katyńskim,
bo Związek Klubów Polskich uważa siebie za właściciela tego pomnika, co jest
absolutnie nie do przyjęcia.
Na jakiej podstawie?
– Pomnik Katyński, który budował ojciec, miał swój komitet budowy. Ten zaś
musiał istnieć przy jakiejś dużej organizacji, ostatecznie był nią Związek
Klubów Polskich. Na jego czele stoją prezes i wiceprezes, którzy od początku
budowy Pomnika Katyńskiego mieli wielkie zastrzeżenia. Gdy udało się
sfinalizować budowę, ci sami panowie upomnieli się o odznaczenia państwowe od
prezydenta Kaczyńskiego za współpracę przy jego powstawaniu. Dziś, mimo iż jest
oficjalne pozwolenie samego kardynała Chicago (bo pomnik stoi na cmentarzu) na
umieszczenie tablicy od prezydenta Tarnowa przy Pomniku Katyńskim, nie możemy
tego uczynić, bo panowie ze Związku Klubów Polskich mówią, że to będzie "psuło
jego smak". Ostatecznie nie wiemy, czy ta tablica znajdzie tam swe miejsce, czy
będziemy ją musieli umieścić w którymś z kościołów. Sprawą zniesmaczony jest
prezydent Tarnowa, który nie rozumie całego zamieszania i podkreśla, że został
obrażony. Osobiście jest mi bardzo przykro, bo jestem pośrodku tego sporu o
tablicę. Prezydent przyleciał z delegacją z Polski, przemierzając pół świata,
poniósł koszty podróży, by uhonorować mojego ojca, jako syna ziemi tarnowskiej,
a tablica od tylu miesięcy schowana jest u mnie w domu i nie można jej
zamontować.
Pani ojca łączyły jakieś szczególne więzi z Tarnowem?
– Tak, był z tym miastem bardzo związany. W tym mieście się urodził, kończył
szkołę plastyczną. Ponieważ moja siostra mieszka na stałe z rodziną w Żabnie –
gdzie zresztą ojciec został pochowany – tato, wybierając się do Katynia,
przyjechał z mamą do Polski już 22 marca 2010 roku. Dzień później prezydent
Tarnowa zaprosił go do siebie i nagrodził "Aniołem Ciepła", który nadawany jest
tylko zasłużonym osobom. Odbierając to wyróżnienie, ojciec podkreślił, że bardzo
cieszyłby się, gdyby prezydent Tarnowa mógł kiedyś przyjechać do Chicago. Mimo
że w tym czasie Pomnik Katyński był już tam ukończony, to marzeniem mojego taty
było, by Tarnów miał także swoje widoczne miejsce przy Pomniku Katyńskim. Wiemy
przecież, jak prezydent Tarnowa dr Ryszard Ścigała dba o pamięć ofiar Katynia.
Nikt nie przewidział, że w krótkim czasie dojdzie do tragedii smoleńskiej, w
której zginie ojciec. Na jego pogrzebie prezydent Tarnowa zwrócił się do mnie i
mojej mamy z pytaniem, czy mógłby przywieźć tablicę, tyle że przez tę tragedię
będzie ona miała zmieniony charakter, bo będzie upamiętniać już nie tylko
tragedię katyńską, ale również smoleńską. Oczywiście zgodziłyśmy się,
zaznaczając jedynie, że musimy porozmawiać z władzami cmentarza, na którym stoi
pomnik. Jak wspomniałam, kardynał Francis George już w pierwszą rocznicę
katastrofy wyraził zgodę, by ta tablica została umieszczona w pobliżu Pomnika
Katyńskiego. Niestety, Związek Klubów Polskich nadal to blokuje.
15 kwietnia Związek odsłonił inną tablicę przy Pomniku Katyńskim.
Dlaczego nie uczestniczyła Pani w tej uroczystości?
– Bo nikt nas na nią nie zaprosił, mimo że – powtarzam – ojciec był jedyną osobą
z Chicago, która w tej tragedii straciła życie. Ta tablica została ufundowana
przez Polonię, są na niej wypisane nazwiska wszystkich ofiar katastrofy
smoleńskiej. Nikt oficjalnie z władz Związku Klubów Polskich nas z mamą nie
zaprosił, nawet telefonicznie. Mało tego, w trakcie uroczystości odsłonięcia tej
tablicy urządzono sobie żarty, bo po przemówieniach wywoływali moją mamę do jej
odsłonięcia, choć wiedzieli, że nie przyszła. Uczestniczyłyśmy z mamą jedynie we
Mszy św. w bazylice św. Jacka w drugą rocznicę tragedii smoleńskiej. Ta
świątynia była zawsze drugim domem mojego ojca, a jej proboszcz ks. Michał Osuch
największym jego przyjacielem.
Jak Polonia odbiera to, co się w Polsce dzieje wokół wyjaśniania
przyczyn katastrofy smoleńskiej?
– Wszyscy myślący ludzie zadają sobie wiele pytań, na które szukają odpowiedzi.
Widać to na różnych spotkaniach. W szczególności było to widoczne na tych, w
których uczestniczyły teraz w Chicago panie Ewa Błasik i Ewa Kochanowska. Mimo
że na ten sam weekend, kiedy panie przyjechały do nas, w Chicago zaplanowano
masę innych imprez – które my, jako organizatorzy obchodów smoleńskich,
odbieraliśmy jako celowe, odciągające uwagę od naszych spotkań – nasze
uroczystości się udały. W spotkaniach z paniami uczestniczyło tysiące ludzi,
niezależnie od tego, o której godzinie one się odbywały i jaki to był dzień
tygodnia. Wszyscy chcieli uhonorować te osoby i okazać im szacunek, posłuchać,
co mają do powiedzenia. Wszyscy jesteśmy zbulwersowani tym, co dzieje się w
Polsce. Niedawno w Chicago protestowaliśmy pod konsulatem w obronie Telewizji
Trwam i sprawy smoleńskiej, a później pod Kongresem Polonii Amerykańskiej. Sama
po dwudziestu kilku latach mieszkania za granicą inaczej wyobrażałam sobie
Polskę, jako kraj wolny, demokratyczny. Niestety, odwiedzając ją dość często –
ze względu na przesłuchania w prokuraturze – widzę, że ta demokracja i wolność
są jakoś dziwnie wypaczone. Nie o taką władzę i wolność walczyli nasi rodzice.
Co miesiąc mamy w Chicago Msze patriotyczne za Ojczyznę, na których modlimy się
o to, by władza nad Wisłą zmądrzała, w co niestety – szczerze mówiąc – nie
wierzę. Wszyscy uważamy, że rząd powinien podać się do dymisji, niektórzy już
dwa lata temu powinni podać się do dymisji. To skandal, że tak się nie stało.
Myślę, że gdyby pan tutaj przyjechał i przeszedł się z mikrofonem po ulicy,
gdzie spaceruje większość Polaków, to by pan to samo usłyszał. Ludzie się
buntują, zarówno ci, którzy pamiętają czasy komunizmu lub stanu wojennego, jak i
młodzi. Chcieliby zrobić wszystko, co w ich mocy, by prawda smoleńska wyszła na
jaw. Cały czas kierujemy w tej sprawie listy do kongresmanów amerykańskich. W
tamtym roku Polonia wysłała ich ponad 300 tysięcy.
Pani ojciec był jedynym obywatelem Stanów Zjednoczonych, który zginął na
pokładzie tupolewa. Ten fakt ma znaczenie dla kongresmanów?
– Tuż po katastrofie kongresmani zapewniali, że we wszystkim pomogą, że będą
mówić jednym głosem. 11 kwietnia 2010 r. kongresman Quigley, który był kilka
razy w Polsce, złożył mi kondolencje. Teraz unika spotkań ze mną, za to spotyka
się często z premierem Tuskiem czy ministrem Sikorskim. Po katastrofie wszyscy
kontaktowali się ze mną, łączyli w bólu, wtedy wierzyłam w ich szczerość. Nikt z
nas nie poleciał do Moskwy, zresztą odradzano nam to. Liczyłam, że skoro
konsulat amerykański w Moskwie kontaktuje się ze mną i zadaje pytanie w stylu:
"W czym możemy pomóc?", to zrobi wszystko, co tylko będzie mógł. Tak się jednak
nie stało.
Czego dokładnie nie zrobili?
– Obiecano mi, że będą przy identyfikacji zwłok i sekcji, że będą robić zdjęcia.
Dopiero po ośmiu czy dziewięciu miesiącach dostałam akt zgonu taty po angielsku
z pieczątką z Waszyngtonu, co uznałam za kpinę. Choć wielokrotnie przez pierwsze
miesiące po katastrofie starałam się skontaktować z konsulatem amerykańskim w
Moskwie, nie udawało mi się to. Udało się to dopiero po interwencji konsula z
Krakowa, który był na pogrzebie taty. Po jego telefonie zadzwonił w końcu do
mnie konsul generalny z Moskwy, lecz na pytanie, gdzie jest to, co mi
obiecywali, zaczął się wykręcać, że robią wszystko, co mogą. Gdy zapytałam
jednak, kto konkretnie był przy plombowaniu trumny, odparł, że nikt. Tymczasem
wspomniany konsul z Krakowa sprawdził, że kategorycznie musi być przy tym
pracownik ambasady danego państwa, z którego pochodził zmarły, w tym wypadku
pracownik ambasady lub konsulatu amerykańskiego. Z tego, co słyszę od
Amerykanów, ci nie mają żadnej dokumentacji dotyczącej mojego ojca. Konsul
generalny w Moskwie skierował pod moim adresem znamienne słowa: "Dlaczego wy,
Polacy, zawsze podchodzicie do sprawy z takim jakimś podejrzeniem? To była
straszna tragedia, Rosjanie przecież nie są winni i tak samo jest im bardzo
ciężko to wszystko przeżywać". Odparłam na to: "A czy pan, panie konsulu, zna
historię? Podejrzewam, że przez tyle lat, ile pan w Rosji mieszka, na pewno wie,
jakie były stosunki polsko-rosyjskie i czego możemy się spodziewać po
Rosjanach". Potem napisał do mnie jeszcze list ze słowami: "Jeśli możemy ci w
czymś pomóc", ale nic nie zrobili. Zaczęła się wtedy cała akcja wysyłania listów
do kongresmanów.
Jak ona wyglądała?
– Oprócz tego, że rozdawaliśmy gotowe listy – by ludzie mogli je podpisywać i
wysyłać – we wszystkich możliwych miejscach, m.in. w kościołach i różnych
organizacjach polonijnych, wkładałam do takiej koperty również moje prywatne
listy i skrócony życiorys ojca, żeby Amerykanie wiedzieli, co robił jako
obywatel Stanów Zjednoczonych. Załączałam także kopię listu mojej mamy do
prezydenta Stanów Zjednoczonych, który został mu wręczony rok temu w Polsce. Nie
dostałyśmy odpowiedzi od żadnego z kongresmanów. Mało tego, Quigley, który jest
kongresmanem z dystryktu mojego taty i w dniu tragedii obiecywał rezolucję,
zaczął mnie unikać. Przez rok próbowałam dotrzeć do niego, lecz nie chciał się
ze mną spotkać. Dopiero w tym roku to się udało. Wybrałam się do niego w
styczniu z prof. Biniendą. Niestety, tak jak przypuszczałam, to spotkanie nie
przyniosło żadnych owoców.
Telefon komórkowy, kamera i aparat fotograficzny, które miał Pani ojciec
w dniu katastrofy, a które nie dotarły wcześniej z innymi rzeczami osobistymi, w
końcu się odnalazły?
– Nie. Dotarły do nas tylko rzeczy, które ojciec miał w kieszeniach, jak
dokumenty, odznaczenia, lekarstwa. Siostra odebrała je w Mińsku Mazowieckim. Mój
pełnomocnik zidentyfikował we wrześniu w Mińsku także buty taty. Nie wiem, jak
długo to będzie trwało, zanim je dostaniemy. Proszono mnie w lutym, gdy byłam w
prokuraturze wojskowej w Warszawie, żebym odnalazła numery seryjne aparatu,
kamery, komórki i ich opakowania. Nie posiadam tego, zresztą mój wysiłek
szukania byłby zbyteczny, bo na moje pytanie, czy jeśli dostanę na przykład
aparat fotograficzny, to czy on będzie z kartą pamięci, pani prokurator
odpowiedziała, że raczej nie. To po co mam szukać opakowań, jeśli dostanę tylko
plastik z komórki, a cały środek będzie wyczyszczony? To nie ma sensu. Natomiast
nie wiem, czy pan wie o tym, ale mój ojciec został okradziony po śmierci. Miałam
z tego powodu w prokuraturze okręgowej przesłuchanie, ponieważ zgłosiliśmy do
niej ten fakt z moim pełnomocnikiem.
Co skradziono?
– Ojciec, wyjeżdżając do Katynia, miał na palcu lewej ręki stary sygnet z orłem.
Nigdy się z nim nie rozstawał. Ten sygnet nie wrócił do nas. Zdjęcia, które
oglądałam w prokuraturze, potwierdzają brak sygnetu na palcu. Myślę, że został
skradziony gdzieś w drodze do Moskwy. To przykre, bo to nawet nie chodzi o
pamiątkę czy jego wartość finansową. Poza tym ten sygnet bardzo ciężko ojcu
schodził z palca, a na zdjęciach widać, że jego zwłoki były opuchnięte. Trzeba
więc było użyć sporej siły, żeby go ściągnąć. Gdyby jego ciało było
rozczłonowane, można by było powiedzieć, że gdzieś się zawieruszył. Ale nie
było, a jego dłonie były w idealnym stanie. W Mińsku Mazowieckim nie ma żadnej
wzmianki o sygnecie, dlatego jesteśmy pewni, że nigdy nie dotarł do Polski.
W Moskwie nie było problemów z identyfikacją ciała ojca?
– Identyfikowała go pracownica ambasady polskiej w Rosji. Ojciec miał bardzo
ciemne włosy, nie miał w ogóle siwizny, jedynie na brodzie. Ta pani napisała w
swoim oświadczeniu, że zidentyfikowała Wojciecha Seweryna po krótkich blond
włosach i jakimś znamieniu na przedramieniu, o którym ani ja, ani moja mama nie
mamy pojęcia. Gdy będąc w prokuraturze w Polsce, przeczytałam wyniki sekcji
zwłok, wydawało mi się w pierwszej chwili, że wszystko jest w porządku.
Wierzyłam wtedy, że przeprowadzono sekcję zwłok, bo w opisie wyszczególniono
choroby, jakie przeszedł. Dopiero później zdałam sobie sprawę z faktu, że
pominięto znaki szczególne ojca. Wtedy po raz pierwszy mogłam zobaczyć zdjęcia
ojca z miejsca katastrofy. Nie miałam wątpliwości, że oglądam zdjęcia zwłok
mojego ojca. Natomiast nie mogłam zrozumieć mylnego oświadczenia pani, która go
identyfikowała, że miał blond wlosy. Oglądając te zdjęcia, można było zauważyć
kolor włosów. Wierzę, że mój ojciec był zidentyfikowany według dokumentów, jakie
posiadał w kieszeni, dlatego też było konieczne przesłuchanie świadka, który go
rozpoznał. Po powrocie z Polski do Chicago kontaktowałam się z moim
pełnomocnikiem, ponieważ wiele myślałam nad tym, co przeczytałam w dokumentacji
z sekcji zwłok. Uświadomiłam sobie wtedy, że wyszczególniono choroby taty, bo
miał przy sobie lekarstwa. W lutym 2012 r. odwiedziłam ponownie prokuraturę. Po
obejrzeniu zdjęć z prosektorium jestem pewna, że żadnej sekcji nie było.
Dlaczego więc rodziny muszą godzinami czytać fałszywą dokumentację medyczną? Kto
jest odpowiedzialny za to upokorzenie rodzin i zadawanie wciąż na nowo bólu?
Chciała Pani otworzyć trumnę ojca po tym, jak przyleciała do Polski?
– Tak, ale nie było to możliwe. Po pierwsze, premier wydał takie zarządzenie, po
drugie, odradzano mi to ze względów sanitarnych. Pogrzeb taty był 22 kwietnia,
ja dotarłam do Polski dopiero 21 kwietnia, niemniej jednak chciałam to uczynić,
nawet po pogrzebie taty, już w grobowcu. Dzisiaj wiem jedno – że gdybym nawet to
wtedy zrobiła, to tak naprawdę nic bym nie udowodniła. Zobaczyłabym tylko
zmasakrowane, nagie, brudne ciało, w czarnym worku. Wówczas nikt z nas, rodzin,
nie podejrzewał nawet, że Rosjanie od początku prowadzili z nami nieczystą grę.
Tak samo w Polsce. Były piękne pogrzeby, honory, odznaczenia pośmiertne, warty
honorowe przy trumnie.
Chciałaby Pani, żeby dochodzeniem w sprawie katastrofy zajął się
międzynarodowy zespół?
– Oczywiście. Nie ulega nawet wątpliwości, że powinno tak być od samego
początku. Myślałam, że tak się stanie, że Polska zajmie się wszystkim. Stało się
niestety inaczej, dlatego w dalszym ciągu musimy o takie śledztwo walczyć i
Polonia to cały czas robi. Moim celem, jaki w tej chwili sobie wytyczyłam, jest
dotarcie za wszelką cenę do prezydenta Obamy lub kandydata na prezydenta i
ponownie kongresmana Quigleya. Będę też ponownie rozmawiać z prezesem Kongresu
Polonii Amerykańskiej panem Franciszkiem Spulą, ostatnio byłam u niego na
spotkaniu z paniami Ewą Błasik i Ewą Kochanowską. Nie dam mu spokoju, będę
prosić go o pomoc w dotarciu do Waszyngtonu. Jeśli mi nie pomoże, będę to robić
w pojedynkę, jak dotychczas. Myślę, że wielu ludzi mnie poprze, może trzeba
będzie pojechać pod Biały Dom, niedługo wybory w Stanach, jest duża szansa na
to, żeby upominać się o przesłuchanie w Kongresie. Nie wiem, czy dojdzie to do
skutku, ale próbować trzeba. Wiem, że również rodziny w Polsce będą zastanawiały
się, co dalej. Nie możemy tego tak zostawić, bo jeśli będziemy czekać, aż w
Polsce zmienią się rządy, to tak naprawdę w tej sprawie na niektóre badania może
już być za późno. Może Rosjanie znów wyczyszczą czymś wrak samolotu, żeby już
nic nie można było z niego wyczytać?
Dziękuję za rozmowę.
